Zostanie z ciebie mokra plama

Jeśli bardzo zależy mi na czymś ważnym, to na pewno będzie ciężko. Co w takim razie myśleć o cierpieniu? Czy jest ono w jakiś sposób cenne, a może nie ma sensu?

Kiedy przychodzi nieszczęście, czyli shit happens, mam wybór:

  • mogę wziąć to na klatę i iść dalej z nadzieją, że to trudne doświadczenie uzdolni mnie do czegoś,
  • mogę się z tym nie pogodzić i postawić w roli ofiary, która albo się poddaje i zostaje cierpiętnikiem, albo jeszcze walczy i zostaje bohaterem tragicznym – to już nie ma większego znaczenia.

Pogodzenie się z cierpieniem jako czymś, co może wyjść na dobre – to nazwałbym cechą dojrzałego człowieka. Jest to cecha, której każdy się uczy chyba przez całe życie. Napisałem „każdy”? Przepraszam, był pewien człowiek, o którym wiem, że nigdy się nie wahał. Owszem, przeżywał takie uczucia jak lęk, stres, ból odrzucenia, wstyd, ale nie cofał się przed tym, co uznawał za słuszną drogę, choć mogło mu sprawić przykrość. Oczywiście myślę o Jezusie, a „przykrość” to mało powiedziane. Jezus przeżył coś więcej niż przykrość, przeżył swoją mękę i śmierć, jeśli można tak powiedzieć. Tuż przed tym, jak został wydany, z jego czoła płynął krwawy pot. Po co? Chyba każdy wie: żebym ja i ty, i każdy człowiek mógł być zbawiony z łaski przez wiarę, nie z uczynków…

Cierpienie Jezusa miało sens. Ale co ze mną? Chyba każdy w trudnych chwilach pyta: jaki sens ma moje cierpienie? Mój ból, łzy, zawód, jęki, bezsilna złość i płacz? Tadeusz Nalepa śpiewał taką piosenkę „Kiedyś ci wierzyłem” z tą niezapomnianą puentą: Powiedz Ojcze nasz (…) Powiedz czemu dźwigać mam twój krzyż? Nieśmiało odpowiem za Boga: może właśnie dlatego, żebym ja i tysiące fanów mogli słuchać tych przejmujących piosenek i szukać odpowiedzi na trudne pytania?

Niedawno wracałem z gór, a w Skoczowie odwiedziłem znajomych i ich kościół. Na kazaniu padły słowa, które były dla mnie inspiracją do napisania tego posta: kiedy Bóg dopuszcza, byś był miażdżony przez okoliczności, On też podniesie cię i wysłucha, będzie cię trzymał tak, byś to przeszedł, przetrwał. A ty wylewaj przed nim swoje serce, tak jak Ewa po śmierci Abla, jak Anna, przyszła matka Samuela, o której kapłan Heli pomyślał, że jest pijana, tak jak Maria, oblewająca stopy Jezusa łzami i perfumami (bez których była skończona jako prostytutka). A ja zaryzykuję i dodam: …i tak jak Nalepa!

Wyrażenie „miażdżony przez okoliczności” jest nieprzypadkowe. Głoszący przyrównał Jezusa i Ducha Świętego do oliwek i oliwy. Ile potrzeba zmiażdżyć oliwek, lnu, lawendy… do wyprodukowania jednego litra oleju? Ile trzeba było cierpienia i krwi Jezusa, aby został on uwielbiony, a Duch Święty – wylany? Trzeba było całej krwi i cierpienia bez granic…

A w ostatnim, wielkim dniu święta stanął Jezus i głośno zawołał: Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije. Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo, z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej. A to mówił o Duchu, którego mieli otrzymać ci, którzy w niego uwierzyli; albowiem Duch Święty nie był jeszcze dany, gdyż Jezus nie był jeszcze uwielbiony. (Jan. 7:37-39, BW)

A ile ja muszę znosić zgniatanie i łzy, abym był zdolny współczuć i poświęcić się dla słabszego człowieka? Bo co z tego, że Duch jest mi dany z łaski i nie muszę na to zasłużyć? Wciąż przecież może mnie spotkać los Jonasza, czyż nie? Rzeczywiście, wielu jest współczesnych Jonaszów, którzy nie chcą się narażać, Piotrusiów Panów, którzy nie chcą dojrzeć, facetów, którzy nie zamierzają cierpieć…

Autor: jpz2

Powiązane posty: