Zostać

– Czasem już mi się nie chce tym samochodem. Ciągle coś się dzieje, można tu, można tam. Te dzieci pakować, zapinać, paliwo palić, przyspieszać, hamować, okna otwierać, bo gorąco, potem wracać – zasną, nie zasną… Czasem to dobrze, a innym razem mam już dość. – Wyznaję. Idziemy ciemną uliczką.
– O, jak tu jasno! – Zauważa A., gdy wchodzimy w tunel dla pieszych pod trasą Dolinki, świeżo wyremontowany.
Poszliśmy na spacer. Ja to zaproponowałem, czując ten zapach wiosennego deszczu, który spadł. I jeszcze bezczelnie zapytałem An., czy możemy, bo U. jeszcze nie spała. Wygramoliła się z łóżka i nuże – do babci, do drugiego pokoju. I babcia już sobie filmu nie obejrzy. Bo gdy U. zaśnie, An. zaśnie sama. Ale U. to nie obchodzi. Nie

obchodzi jej również to, że wrzeszczy nad śpiącym już bratem, kiedy A. chce ją jednak zatrzymać w jej łóżeczku. U. jest bytem w sobie najważniejszym i tłumaczyć jej, że jest inaczej – próżny trud lub raczej: praca u podstaw. Ale babcia jest wyrozumiała. No i wtedy ja pytam, czy możemy wyjść.
– Jasne, idźcie. – Mówi An., całkiem serio.
Idziemy. Nie żadna tam kawiarnia, restauracja. W ogóle nie samochód. Po prostu spacer. To też jest niezłe, słodkie uczucie – wyjść tylko; bez dzieci, że nie wiąże cię żadna uwaga i powinność, nie wiąże cię nic z wyjątkiem dłoni, którą trzymasz, którą chcesz, żeby cię wiązała. Przemierzamy małe uliczki między blokami – jak to na Ursynowie – asfaltem wyłożone, teraz mokrym po burzy i ciemnym jak lustro w noc. Stawiamy nogi na tym brudnym lustrze. Światła latarń i okien – tych żyjących jeszcze o tej porze – próbują rozgarniać mrok. Jednak mrok jest dość silny, by nam sprzyjać, by wzmacniać w nas poczucie, że oto jesteśmy tylko my i świata poza nami nie ma. Lub jest lecz niezbyt ważny, jak migoczący horyzont osiedli na Służewiu widziany z Kopy Cwila.
– Nie wiem, co napisać na bloga. – Przyznaję się A.
– Napisz to, co mówiłeś. Że czasem warto jest nigdzie się nie ruszać i zostać w domu.
– Tak, to dobra myśl. – Zgadzam się. Rzeczywiście było tak: wczoraj po obiedzie i dziś po obiedzie – zostaliśmy w domu. Tak, jakby obiad był jakąś granicą nieustaloną lecz silną. Darowaliśmy sobie wyjście na koncert – trochę szkoda. Odpuściliśmy spontaniczne odwiedziny brata – tego również trochę szkoda. Łapaliśmy oboje, kiedy się dało, choćby pięć, piętnaście minut snu, choćby najpodlejszego, gdy dzieci kręcą się obok, czegoś chcą. Jedzenie, zabawa. A. trochę przemeblowała pokój dzieci, ja trochę posprzątałem, czyniąc tę naszą przestrzeń bardziej miłą życiu. Choć w istocie – skoro chcemy w tym domu zostać – już jest miła!
Autor: jpz2

Powiązane posty: