Zombie walk

Dziesiątki, jeśli nie setki filmów grozy oswoiły nas z postacią zombie – chodzącego umarlaka. A co, jeśli tacy „zmartwychwstańcy” pojawiliby się naprawdę i przeszli twoją ulicą?

Tak, wiem, że organizuje się takie marsze, stąd mój tytuł „zombie walk”. Ale to tylko banda przebierańców, urządzających sobie niesmaczną – jak na mój gust – rozrywkę. Tymczasem… co ja czytam w Ewangelii Mateusza:

Jezus znowu zawołał donośnym głosem i oddał ducha. I oto zasłona świątyni rozdarła się na dwoje, od góry do dołu, i ziemia się zatrzęsła, i skały popękały, i groby się otworzyły, i wiele ciał świętych, którzy zasnęli, zostało wzbudzonych; i wyszli z grobów po jego zmartwychwstaniu, i weszli do świętego miasta, i ukazali się wielu. (Mat. 27:50-53, BW)

Łukasz wspomina jeszcze o trzygodzinnym zaćmieniu słońca (około południa, po śmierci Jezusa). Sporo tych zastraszających efektów. Pytanie pierwsze: serio? To zostawiam apologetykom. Ja wierzę, że tak. Po drugie, po co? Przeczytałem, że miał to być znak nadejścia czasów ostatecznych – Żydzi (pierwsi adresaci Ewangelii Mateusza) wierzyli, że zmartwychwstanie będzie możliwe dopiero u kresu. Jasne: umarli wstają z grobów, no koniec świata!

I tak się stało. Żyjemy w „ostatniej godzinie”. Zastanawiam się, jak bardzo makabryczny był to widok. A może zmartwychwstali oblekli się w normalne ciała i wcale nie wyglądali odrażająco? Tak, czy inaczej, ich powstanie było niezwykłym znakiem i potwierdzeniem tego, że śmierć Jezusa jest przełomowym wydarzeniem w dziejach, że był Mesjaszem.

I tak jak każdy cud i znak – znany z opowieści lub widziany na własne oczy – stawia mnie przed wyborem: wierzyć, czy nie? Nie ważne, jak bardzo jest szokujący, duży, niezaprzeczalny. Tu mi się przypomina moja rozmowa ze znajomą z pracy (dosłownie parę dni temu):

— No to miał Pan szczęście z tą pracą! – Mówi do mnie. – Ale jak to przypadek rządzi losem, nie?
— Zgadza się, tylko… wie Pani, tak się tylko mówi, że to przypadek, a ja w przypadki nie wierzę.
— Czyli co?
— Czyli myślę, że w tym był palec boży. Nawet powiedziałbym: cud.
— A ja w cuda nie wierzę. – Śmieje się. – Jak jakiś palec boży mnie dotykał, to chyba tylko karzący. – Dodaje już bardziej serio.
— No to trzeba zacząć od małych rzeczy. Potem Pani uwierzy w te wielkie. A tak, bez wiary w cuda, to co dobrego jest możliwe?

„Zaiste, ten był Synem Bożym” – powiedział przerażony setnik i ci, którzy z nim byli. Zgromadzone tłumy odchodziły z Golgoty, bijąc się w piersi. Uwierzyli. Chyba nie za późno. Ja też uwierzyłem.

Autor: jpz2

Powiązane posty: