Złamany róg

Tym razem zamiast rozważań – opowiadanie. Nie wykluczam, że ta forma pozostanie dominująca na tym blogu. Może będzie krócej, może rzadziej – zobaczymy…

Obudził się w środku nocy. Przez zaciągnięte w oknach wertykale ledwie sączyła się poświata latarni z przyszpitalnego parku. A może to było tylko patio? Nie mógł tego wiedzieć, nigdy wcześniej tu nie zaglądał. – Była karetka, dyżur, sala operacyjna, oślepiające światło… nic więcej nie pamiętam. – Przyszła mu pierwsza myśl. Rozejrzał się po ciemnej sali. Przez uchylone drzwi wpadało do niej jeszcze tylko światło biurowych lampek z dyżurki pielęgniarek. – Pielęgniarki, tak! To jeszcze pamiętam… – Wymamrotał jakby w olśnieniu mnicha, wertującego stare księgi. – To chyba było pod narkozą. Czy ja w ogóle miałem narkozę? – Zastanawiał się. – Nie wiem, ale ta jedna, och, nie mam więcej pytań, dziesięć na dziesięć, ludzie kochani, gdybym tylko mógł się do niej dobrać, nie pożałowałaby, oj nie…

I już miał rozpłynąć się w marzeniach, już miały odżyć w nim wszystkie emocje – wedle powiedzenia, że mężczyzna na ogół długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie… Ale w tym właśnie momencie ciało spięła pierwsza fala bólu. – Hyyy! Ja pier… – Wyszeptał, ledwie zwalniając zaciśnięte gardło. Do oczu napłynęły łzy. Gdy spazm przeszedł w ciągły, ćmiący ból, Arturowi wrócił rozum i zdolność myślenia. – Chyba mam… miałem znieczulenie… – Kur… Aaa! Sss… – Znów syknął z bólu. – No tak, krew napłynęła i stąd ten… – Ach! Uff! – Stękał niemal bezgłośnie, szeptem. Coraz czarniejsze myśli zaczęły wypełniać głowę. – Co będzie dalej? Ile jeszcze godzin, dni będę musiał cierpieć, a może… może zawołam pielęgniarkę? A jeśli przyjdzie ta właśnie, która wtedy…? O, nie, za nic! To mogłoby się źle skończyć, już wolę leżeć tu sam. Sam? – Artur rozejrzał się jeszcze raz po sali. – Tu łóżko puste, tu zajęte, tam zajęte. Śpią, chrapią. Muszę być jeszcze w szoku, skoro wcześniej nie zwróciłem na nich uwagi.

Szok – to słowo najlepiej mogło oddać jego emocje – kiedy to się stało, aż do teraz czuł tylko jedną i tę samą mieszankę lęku i złości. Z trudem dobywał z pamięci dalsze zdarzenia, nie było ich wiele, tylko jak koszmarne echo powracał do jego uszu tępy trzask jakby łamanej gałęzi albo rozdzieranej tkaniny i piorunujący ból. Ale najgorsza, gorsza nawet od bólu, była myśl o tym, że być może nigdy już… – Nie, nie, to niemożliwe, nie… Boże, dlaczego ja, dlaczego ja, dlaczego… – Powtarzał w duchu pytanie – tak długo, aż udręczony tą myślą zasnął.

* * *

— Art? Artur? No, brachu, nareszcie. Myślałem, że już będę musiał lecieć, zanim mnie zaszczycisz słowem. – Roześmiany i jakiś znajomy głos dotarł do świadomości Artura. Potem powoli otworzył oczy.
— A, to ty. – Westchnął i odwrócił głowę.
— No co, jak nie chcesz, to pójdę. Tylko zajrzyj do szafki, bo przyniosłem ci parę rzeczy. ­– Stropił się młody mężczyzna, który do tego momentu siedział na stołku dla odwiedzających jak wykuty ze skały i wzrok miał wbity w Artura.
— Co? Jakich rzeczy? – Artur uważniej spojrzał na kolegę.
— O, ocknął się, przyjemniaczek. – Ożywił się i zachichotał ironicznie Misza. – Takie tam… tylko wiesz, konspiracja, oni tutaj jakąś dietę ci pewnie dadzą, bidę z nędzą na talerz kładą, widziałem te baby, jak roznoszą. – Mówił to wszystko z roześmianymi oczami, z narzucającą się wesołością, co zaczynało już Artura irytować. – Kebab jest jeszcze ciepły. No i Snickersy, żebyś nie gwiazdorzył. Dobrze w sklepie myślałem, że dąs będziesz miał, kurna, jak wykastrowany kot. Hi hi hi…

Po twarzy Artura po raz pierwszy prześliznął się uśmiech. Doprawdy, trudno było zachować kamienną twarz, kiedy Misza nawijał, nawet w najgorszych sytuacjach. Właśnie za to wszyscy go lubili.
— Ty, a ty… jak ty się tu znalazłeś, skąd… co ty wiesz? – Wydukał zdezorientowany jeszcze Artur.
— Miałem numer tej laski.
— Co? Jak?
— Nieważne, po prostu miałem. Współczuję ci, brachu. – Artur milczał. – Będziesz miał teraz dużo czasu na myślenie, więc chciałem ci jeszcze coś powiedzieć, zanim pójdę. Żebyś się nie załamał. – Tu ściszył głos, nachylając się blisko do Artura. – Wystarczy, że złamałeś wacka. – I dodał trochę śmielej: — Ale głowa do góry, wyliżesz się, hi hi hi, jeśli można tak powiedzieć w tym wypadku. Pytałem lekarzy…
— Tja? I co, powiedziałeś, że jesteś tatusiem i chcesz wiedzieć, czy synkowi nic nie będzie?
— Nie, no. Nic mi nie mówili, tajemnica przecież, ale tak ogólnie, że to się operuje natychmiast i zwykle dobrze rokuje, w sensie, że… No wiesz, dasz radę.
— Jak dam radę, to dam. Dobra, to co mi chciałeś powiedzieć? – Artur spojrzał w oczy Miszy.
— Bez ogródek powiem, bo szkoda gadania. Weź przystopuj z tymi babami.
Artur przewrócił oczami. – Wiedziałem, wiedziałem, że to powiesz. A co, tobie nie mogło się zdarzyć?
— Mogło, pewnie że… chociaż, no… teoretycznie tak, mogło. – Misza zaczął się motać.
— To się nie przypieprzaj, tylko swojego interesu pilnuj. – Wypalił Artur, po czym rozejrzał się po sali. Na szczęście dwaj inni pacjenci mocno spali.
— Ale może to jakiś znak. Nie ma przypadków. Wiesz, na jaki werset dziś trafiłem w Biblii?
— Nie wiem, ale czasem myślę, że powinieneś mieć siedemdziesiąt lat, cipkę i moherowy beret. – Z przekąsem odparł Artur, sięgając do szuflady po kebaba. – Ostry?
— Jak sam diabeł. To co, przeczytać ci?
— No czytaj, bo widzę, że cię skręca. – Wziął kęs i dorzucił z mlaskaniem: – I tak przecież leżę tu i się nudzę.
— OK, psalm siedemdziesiąty piąty, werset jedenasty, to mowa o Bogu: „i połamie wszystkie rogi bezbożnych, lecz rogi sprawiedliwych podniosą się”.
— Oto słowo Pańskie, Bogu niech będą dzięki. To koniec?
— No.
— I co?
— I… – Zająknął się Misza.
— To o rogaczach? A, nie… Ha! – Artur parsknął śmiechem, z trudem zdążając ręką do pełnych ust. – Auć! To boli, weź przestań, nie mogę się śmiać, nie mogę się w ogóle wysilać… Że to niby o tym moim złamaniu? No to żeś przywalił. Wielki Bóg, który łamie wacki. Ha ha, i podnosi sprawiedliwym, uh, ojej, nie mogę…
— Dobra, się nie nabijaj, tylko słuchaj, to tylko symbol. Baran ma rogi, znaczy ma siłę i może się trykać. A jak się dobrze tryka, to wszystkie baby są jego. To jego duma i moc. – Artur spoważniał.
— I co dalej?
— No i mam nadzieję, że to ci da do myślenia, ten ból, ten wypadek. Że człowiek jest kruchy, słaby i w ogóle może polegać tylko na Bogu. A ty ciągle myślisz, że jesteś ten gieroj. Sorry, ale tak to wygląda. Mówię ci jak przyjaciel. Masz szansę na nowe życie.
— Dobra, jestem zmęczony. Idziesz już?
— Jasne. – Misza powoli wstał, zarzucił plecak na ramię i odwrócił się w stronę drzwi.
— Misza…
— Co? – Odwrócił się do Artura.
— Dzięki za żarcie i w ogóle, że byłeś.
— Nie ma sprawy. Bądź zdrów.
— Wpadnij jeszcze, na razie! – Artur patrzył jeszcze na zamykające się drzwi i słyszał krok Miszy, jego charakterystyczne tupanie – coraz ciszej i ciszej…

Autor: jpz2

Powiązane posty: