Zasady

Fi. mówi:
— Tato, zobacz na mnie!
— Spójrz na mnie! – Poprawiam.
— Spójrz na mnie! – Powtarza.
— Ojej, masz ogon ze sprężyny? Świetny!
— No, i macham nim…
— Widzę, to niezwykły ogon! – Chwalę… no właśnie, co ja właściwie chwalę? Chyba kreatywność. Kiedyś grupie eksperymentalnej polecono wymyślić jak najwięcej rzeczy, które można zrobić ze spinacza biurowego. W tej grupie były dzieci, młodzież i dorośli. Okazało się, że liczba „wynalazków” jest odwrotnie proporcjonalna do wieku. 
Mając to w pamięci, myślę, że niech i ta plastikowa sprężyna będzie ogonem. Niech będzie czymkolwiek, co sobie Fi. wymyśli. Bo na tym polega zabawa. Chociaż jak dla mnie jedyną NAPRAWDĘ zabawną zabawą, jaka może być ze sprężyną, jest układanie schodkowego
toru, po którym sprężyna, umiejętnie puszczona w ruch, „schodzi”. Kiedyś zrobiłem taki tor, kiedy przyszli do nas Ju. i Au. – siostrzeńcy. Fi. też się wkręcił niesamowicie. Wszystkim się podobało. A. patrzyła na tę konstrukcję z puszek, książek, pudełek i krzeseł, i pytała: 
— I dlaczego nie widziałam, żebyś się tak bawił tylko z naszymi dziećmi?
— A, jakoś tak… – Nie protestowałem i nie wgłębiałem się w szczegóły. Za bardzo byłem zajęty zabawą. W końcu to jest najlepsza rzecz, jaką można zrobić ze sprężyną. Wszystko inne jest słabe. Ale tego Fi. nie powiedziałem. Taki subiektywizm byłby zniechęcający.
Potem zagraliśmy w „Metro”. Gra jest chyba dla trochę starszych dzieci, ale Fi. już raz z nami grał, więc i teraz chyba da radę. Zacząłem wykładać wagoniki, pionki, żetony z torami. Zanim przypomniałem mu, na czym to polega, wiele musiałem wyczekać.
— Filu, ale tych żetonów nie przekładasz z kupki na kupkę, tylko masz tam tory, które układamy.
— Gdzie są tory? – Pyta trochę bezradnie.
— No, tu, na odwrocie, nie pamiętasz?
— To ja układam tu.
— Okej, ale strzałka się musi zgadzać ze strzałką, o tak. – Obracam kwadracik. – No, świetnie, bardzo dobrze ułożyłeś.
— Tato, zamieńmy się!
— Nie, ale nie możesz podnosić żetonu, który ja już ułożyłem na planszy.
— To ja kładę tutaj.
— Ok, teraz ja, układamy na zmianę. Bardzo dobrze, musisz układać jak najdłuższą trasę dla swoich niebieskich pociągów, wtedy dostaniesz punkty i przesuniesz swój pionek.
— Mój pociąg jedzie tu, po torach, pubum, pubum… pubum, pubum… – Fi. przesuwa wagonik, którego – zgodnie z zasadami – przesuwać nie trzeba, ba! nie można! No trudno, niech się bawi.
— Mhm… – Trochę ziewam, czekając na swój ruch. – Filu, jak będziesz szybciej układał żetony, gra będzie ciekawsza… – Fi. zareagował, już myśli szybciej, układa. – Aha! I zobacz, niechcący skończyłeś trasę na tej samej stacji, gdzie się zaczyna. Tak nie można, takie są zasady. – Zasady…  myślę. Kto wie, co w życiu ważniejsze: niczym nieograniczona inwencja, czy trzymanie się reguł gry? Nie wiem, w każdym razie Fi. wygrał 21:9. I podsumował:
— Nie martw się, tato, następnym razem uda ci się mnie wyprzedzić…
Na koniec, mimo upomnień sprzątałem pionki sam. A sprzątnąć trzeba – takie są (nudne) zasady.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: