Zakupy

Pamiętam, jak pobudowały się pierwsze hipermarkety – nowość! I odkrycie, i wygoda, i przygoda. Znałem wtedy Sam Bielański, do którego mama posyłała po „większe” zakupy z wózkiem. Ale Leclerc na Chomiczówce albo Auchan na Żeraniu – to co innego; ogromnie długie regały, działy ze wszystkim (w stu odmianach) i olbrzymi koszyk, który wypełniało się po brzegi. Stąd chyba zostało mi takie przyzwyczajenie: ładować więcej – na zapas, stosownie do „zapasów” na koncie. Kiedy pewnego razu pobiłem rekord w Lidlu (czterysta sześćdziesiąt złotych), A. zrobiła duże oczy i wzięła to za dodatkowy (poważny) argument za tym, żeby to ona (sama) robiła zakupy. 
Tak, teraz robi sama. A proszę bardzo. O tyle łatwo, że mamy auto (do bagażnika i wio!). O tyle trudno, że nieraz sama wnosi na trzecie piętro. To mi przypomina moją mamę. Często nosiła siaty. Wychodziłem czasem na klatkę, żeby przejąć ciężary. – „A ja zawsze się obładuję jak ten juczny osioł”. – Mówiła. Pamiętam jak dziś. – „A miałam tylko kilka rzeczy wziąć”. – Stąd chyba wynikło wyobrażenie, że w weekend trzeba się obkupić na cały tydzień – w hipermarkecie. Żeby matka miała względny spokój.

To było może kilka razy, jak tata wziął naszą trójkę rodzeństwa i pojechaliśmy razem do Le. Na rowery zapakowaliśmy: mleka, soki, kasze, słoiki, sery, puszki – wszystko, co najcięższe. Nie mieliśmy jeszcze auta. Wracaliśmy przez Zdobycz Robotniczą – osiedle będące dziełem PPS, podobnie jak spore fragmenty Żoliborza – spokojne uliczki i niska zabudowa „dworkowa”, po drodze nasza szkoła podstawowa przy Fontany… – wszystko budowane jeszcze przed wojną. W czasie mojego dzieciństwa – lat 90. – starych tynków nie oblepiono jeszcze styropianem, na chodnikach leżały stare, duże, połamane płyty zamiast kostki bauma – mogło to spokojnie służyć za scenerię filmowej akcji z peerelu.

Rowery robiły się „towarowe” również wtedy, gdy jeździłem z bratem na Włościańską. Pociliśmy się, pedałując po kładce dla pieszych przerzuconej nad Trasą Toruńską – jak przez garb olbrzyma. Pociliśmy się w czerwcowym słońcu, pakując ziemniaki i na wierzch czereśnie do wiklinowych koszy, przyczepianych gumą do bagażnika. Bazarek tamtejszy był całkiem duży, dopóki nie wybudowano stacji metra Marymont oraz pętli dla szybkich autobusów latających przez most Grota z Tarchomina. Na tę nową pętle nie załapały się już chyba stare, poczciwe Ikarusy zajeżdżone przez kierowców-rajdowców E-4 i 508. Póki żyły, bujały i wyły aż miło.

Całe to domowe zaopatrzenie i towarzysząca mu zapobiegliwość, żeby było na jutro i pojutrze, graniczyła często z przesadnym chomikowaniem. Dobre i to, że „na życie” nie brakowało, a przynajmniej ja tego tak nie zauważałem, a dziś wspominam idealistycznie. Zresztą do dziś nie przywiązuję większej wagi do jedzenia. W tym czasie jednak niemało rodzin naciągało „krótkie kołdry”. Pamiętam, jak na jednej lekcji w pierwszej klasie wypaliłem (z dużą przesadą), że „u mnie w domu zawsze jest czekolada” – bez sensu. Rozmowa dotyczyła chyba rodzinnych zwyczajów. Niby nic takiego, ale dziś wydaje mi się to co najmniej pretensjonalne; kiedy któremuś z moich kolegów mogło zwyczajnie brakować w domu chleba, nie wspominając o słodyczach. Ot – nie do pomyślenia, że dziś mamy te wszystkie Biedronki, własne auta i wielkie lodówki. Czy kiedyś pojedziemy jeszcze na bazarek rowerem?

Autor: jpz2

Powiązane posty: