Zacząć od deseru

Może ja wcześniej byłem ślepy, może takie teksty były zawsze, ale ostatnio uderza mnie powtarzalność nagłówków gazet: Jane Fonda – jak to jest być sobą, Dorota Wellman – kobieta nieidealna, Małgorzata Foremniak – kogo kocham? nareszcie siebie, Gabriela Muskała – grzeczna już byłam… Dalej?

Zdaje się, jakby w ostatnich czasach kobiety (mężczyźni zresztą też) mocno wytężały siły, by zaakceptować siebie. Wszystko, co się wpisuje w ten trend, pomaga pokochać ego, łykamy jak ciepłe mleczko. Tym bardziej trudno sobie wyobrazić, by ludzie z zapałem czytali na przykład Kazanie na Górze.

Ktoś kiedyś powiedział, że Jezus w tym kazaniu stawia tak wysokie standardy, że… pozostaje się załamać: nigdy nie dam rady być taki. Na przykład: nigdy nie opanuję pożądliwości oczu w 100%. Nigdy nie doskoczę. To paradoksalnie może prowadzić do dobrego przekonania: potrzebuję Ducha Świętego, Jego darów. Ale najczęściej po prostu odpycha.

Zdrowy, leniwy człowiek myśli: po co się męczyć, jak i tak nic z tego nie będzie? Hm, a gdyby tak… zacząć od deseru? Zobaczmy! Jezus uczy:

jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie przewyższała [sprawiedliwości] znawców Prawa i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios

Gdy mówi „przewyższała”, nie ma na myśli jeszcze bardziej skru-pu-lat-ne-go „przecedzania komara”. To raczej wezwanie, by spojrzeć na sprawiedliwość od zupełnie drugiej (łatwiejszej) strony: nie robić tej upiornej pokazówki, obłudnej i żałosnej gry pozorów, ale zacząć od serca – tego, co niewidzialne.

To oczywiście nie odbywa się bez bożej łaski, ale… dzieje się! Uleczone zranienia, oczyszczone motywy, nadzwyczajna życzliwość dla innych. O ile łatwiej się oddycha… i akceptuje siebie!

Autor: jpz2

Powiązane posty: