Zachować dystans

Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy. (Gal. 6:2, BW)

Nie, to się nie uda. Nie uda się. To, co się tutaj udaje, to tylko te rowy, taczki, kopce. Możesz kopać, wywozić ziemię, sypać kopce. O, tak. To się udaje. Jeśli w ogóle można to mierzyć w kategoriach sukcesu. Jeśli to w ogóle jest mierzalne. Tak, jest. Mierzyć można na metry, tony, godziny. Ale nie, nie jest. Bo niepoliczalne jest i niemierzalne coś, co odczuwamy: cierpienie albo jakkolwiek chcesz to nazwać. To jest to, do czego zawęziło się tutaj i teraz nasze rozumienie świata i siebie, siebie nawzajem.

— To się nie uda. – Mówię do hrabiego. Hrabia próbuje zachować resztki dystansu. Możemy mieć tyle dystansu do rzeczywistości, co Achilles do żółwia, zgodnie z pokręconą myślą starożytnego Zenona. Odebrano nam połowę przytomności, naszego człowieczeństwa – zdolności postrzegania rzeczy z jakiejś wyższej przestrzeni, zdrowych doświadczeń młodości. Potem z tej połowy zabrano jeszcze połowę. Zostało ćwierć. Z ćwierci znów połowę. I z tego znów połowę. Tak, że każdego dnia, pogrążamy się o połowę bardziej w stosunku do tego, co było wczoraj. I co nam pozostaje? Wierzyć w paradoks Zenona, że oprawcy nigdy nie pozbawią nas pełni prawdy, tak jak Achilles nigdy nie dogoni żółwia. Hrabia wierzy najmocniej. Dlatego właśnie jest hrabią. Jeszcze hrabią i jeszcze w ogóle jest.
— Uda się. – Odpowiada hrabia. Krótko, słabo, ledwo. Ale z pewnością. Upada razem z workiem. Kopniak. Kopniak. Podnosi worek. Niesie dalej. Ja niosę swój. Ledwo. Ale z pewnością. To jedyne, co mam. Pewność i wolę. Niepotrzebną, bezsensowną, nie na miejscu, jak cukier do rzeki.
— Ej, hrabia!
— No?
— Mam pewną myśl.
— Wiem, jaka to myśl.
— Jaka?
— Że się nie uda. – Cedzi przez zęby, ledwo. Znów upada. Znów kopniaki. Znów bierze worek. Ja przystaję, czekam. Teraz kopniak dla mnie. I w twarz. Ruszamy. Ocieram krew.
— To nie ta myśl. – Seplenię. Hrabia milczy. – Ale myślałem, że może się zamienimy. – Hrabia milczy dalej. Ja milczę. On chyba myśli. Mam nadzieję! Ufam, wierzę, że myśli, bo może choć trochę serio mnie traktuje. Jeszcze. Odzywa się w końcu:
— Myślałem, że rozumiem, ale nie. Po co?
— Ha! – Uśmiecham się półgębkiem. – A więc chcesz!
— Po co?
— Jak to po co? Żeby się zamienić. Ja poniosę twój, a ty mój.
— To bez sensu.
— To ma sens!
— Są takie same, durniu.
— Nie są. Twój jest twój, a mój jest mój. To jest różnica. – Hrabia przystaje. Kopniak. Pała. Biorę jego worek. On chce się podnieść. Kopniak. Biorę dwa. Ledwo. On już nie wstaje, uśmiecha się jeszcze. Idę. Jego wzrok na moich plecach. Czuję i zapamiętam. Na zawsze. Zrozumiał. Patrzył, jakby rozumiał. Mówili, że to ostatni grymas, ale ja wiem swoje. Nie pozwolił odebrać sobie dystansu. A mój urósł do nieba. Tak niewiele trzeba było.

Autor: jpz2

Powiązane posty: