Zabawa

Dzień olesiński. Sami na gospodarstwie. Poszedłem do sąsiada. Kopa jaj. Po drodze obstępują nas indyki. Kury trochę bardziej bojaźliwe. Wracamy do domu. Wracam myślami do Warszawy, czy wszystkie obowiązki wykonane? Audycje zmontowane? Tak. Dyżury na niedzielne nabo ustawione? Tak. Powinienem być zadowolony. Czy mogę się położyć? – „Połóż się. Rzadko tak leżysz bezczynnie”. – Łaskawie zachęca A. Powinienem być zadowolony. Gdybym mógł robić cokolwiek, to co bym chciał? Co za dzień, nawet tego nie wiem, skołowany.

Fi. niechcący wdepnął w pudełko od gry. Jak to dziecko, nieuważnie. Jak to on, chwiejnie drepcząc w miejscu.
— A! No zobacz! Jestem wściekły. – Ściszam głos. – No co za chamstwo: przyjść w gości i zepsuć coś. Wiem, że niechcący, ale będziesz się tłumaczył cioci. – Fi. popatrzył, popatrzył i pobiegł na górę. Nie nakrzyczałem. Ale może za mocno powiedziałem.

Teraz czuję się jeszcze bardziej tak, jak się czułem przed chwilą. Jak to nazwać? Teraz dopiero jaskrawo widzę: pokoju nie ma we mnie, ani radości, ani też nie umiem sprawiedliwie podejść do sprawy, sprawiedliwie to znaczy: prawo, uczciwie plus wyrozumiale, łaskawie, miłosiernie, nieprędko okazując gniew. Zatem nie ma trzech: sprawiedliwości, pokoju, radości. Tych trzech, które oznaczają boże Królestwo – taki Eden tu i teraz. Jak ten raj przywrócić w sobie i wokół siebie?

Pytam tak Tatę; On, Bóg mówi:
— Najpierw bądź wdzięczny. Dziękuj. – Dziękuję za różne rzeczy. On na to: – Ale za co? W tym nie ma serca. Dziękuj za coś, co naprawdę przynosi ci radość.
— Przynosi radość? Kurczę, już zapomniałem. Zapomniałem! Chwilowo tylko. Ale szczerze, na ten moment… nie wiem. Przychodzi Fi. i szuka czegoś, znalazł — dzwoneczek. Wraca teraz tam, skąd przyszedł i dzwoni, i jest zadowolony. I już wtedy wiem. Zabawa! Od tego trzeba zacząć…

Autor: jpz2

Powiązane posty: