Wyłączam

Pomyliłem Domaniewską i Wierzbno, zapędziłem się. Dlaczego?! Znam tę okolicę! Psia kość, teraz trzeba – którędy…? Wiem, tym przesmykiem, który udaje część ulicy Modzelewskiego. Tak, kiedyś tędy jeździłem, ale… roboty drogowe? Podjazdem dla wózków. Nic to, znów przyspieszam, wracając nadrobioną bezsensownie drogę. Jestem na miejscu, niestety spocony. Całe szczęście w tej małej klitce panie rozstawiły wiatrak. Wywiad do audycji radiowej – o przeszłości: jaki ma wpływ na nas – dzisiaj? Kiedy i jaki jest sens „grzebać się” w tym, co „było-minęło”? I druga – o przebaczeniu: na co się narażam, gdy chowam urazę, a co zyskuję, gdy przebaczę? Jak przebaczyć i jak poznać, że naprawdę przebaczyłem? 
Po całym dniu pracy i półtorej godziny rozmowy jesteśmy wszyscy troje wyczerpani. Ja to jeszcze pół biedy – w swojej pracy, co prawda umysłowej, nie muszę dużo myśleć, a do tego przewietrzyłem głowę na rowerze. Ale moje rozmówczynie są psychoterapeutkami. I tu jeszcze jedna sesja – ze mną. Weź zbierz swoją wiedzę, odpowiadaj na pytania, pamiętaj myśl, kiedy prowadzący ci przerwie, nie używaj za dużo fachowego słownictwa, nie odchodź od tematu, mów zwięźle i ładnie (bo się nagrywa)… Nie jest to takie proste i przyjemne. Choć staram się, żeby tak było. W sumie jesteśmy zadowoleni. Poszło to na pierwszy ogień, pierwszy odcinek – „Problemy wzięte z głowy” zaczniemy emitować w Radiu Chrześcijanin pewnie za kilka tygodni.

Do domu wracam późno i z niesmakiem patrzę na zegarek. A. zbiera się do wyjścia, żeby odwiedzić przyjaciółkę z dwutygodniowym maluchem.
– Ulciu, ale ja chcę wyjść.
– Nie chcesz wyjść.
– Wychodzę do cioci Martynki.
– Nie wy-cho-dzisz!
– Ulciu, a ty chciałabyś… – Pytam. – …mieć mamę tylko dla siebie cały czas?
– Tak.
– Ale ja byłam z tobą cały dzień, teraz tata chce się wami pocieszyć. – Tłumaczy A., chociaż to U. nie przekonuje. A ja myślę: – „No, tak. Właściwie to prawda, choć… godzina późna…” – Znów zerkam na zegarek niezadowolony. Pracować tak do późna – to głupie. Szczęście w nieszczęściu, że to rzadko. Wraca się wieczorem, a tej „radości” i tak za dużo nie ma, boś zmęczony.

U. nadal jęczy lub płacze, a wyczuć można, że z wyrachowaniem, bo już zaraz uspokaja się w jeden moment – jakby za dotknięciem różdżki (czary, bleee). An. pyta:
– Ulcia, a może przeczytać ci bajkę?
– Taak, ce bajkę (z)nowu!
– Ale nie w telewizorze, tylko do poczytania.
– Chcę bajkę!
– No dobra, zobaczymy, czy coś jest. – Przystaje na to babcia, zaś U. już zadowolona rozsiada się przez ekranem.
– No wiesz, Ula? – Krytykuje mama. – Tak się dałaś przekupić? – bajką? – Ja chowam ubrania do szafy. Niby to dalej niewzruszony, ale sarkam pod nosem: ciągle te bajki. Niech chwile pojęczy sobie, trudno, to też jest do przeżycia – rozczarowanie, żal, złość. W końcu i na pocieszenie przyjdzie czas. Niech mi dadzą posprzątać te ciuchy. Ale już za późno. Fi. dołącza do U. i razem oglądają. Mh! 

Idę skontrolować.
– Ok, jak się skończy ten odcinek, to wyłączamy! – Zapowiadam, uprzedzam, ostrzegam. Zero odzewu, ale wiem, że usłyszeli. Za dwadzieścia minut przychodzę, napisy końcowe migają i pytam: – Kto wyłącza teraz?
– Ja! – Wyrywa się Fi. Czasem on, czasem U. jest pierwsza chętna do czerwonego guzika na pilocie. O dziwo, lepiej znoszą koniec bajki tak, niż kiedy ktoś inny im wyłączy, występując z pozycji władzy.
I tak jest chyba z każdym z nas. Lubimy czuć się, przynajmniej pozornie, panami własnego losu. Choć gdy wyłącza się samemu – cokolwiek: film, fejsbuk, pracę – to wcale nie daje poczucia najlepiej wykorzystanego czasu. Wiem to z autopsji, aż za dobrze.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: