Wtorek

Facet miał grube dłonie. Siwe włosy tu i tam wystawały spod znoszonego kaszkietu, który – mógłbym przysiąc – chyba przyrósł do tej głowy, scalił z fizjognomią. Zresztą gdyby nawet nie, to po co by to było zdejmować? Pod nim byłoby po prostu nic. Pod koszulą dla odmiany było z pewnością coś – brzuch o rozmiarach wielkich, aczkolwiek takich, które w tym wieku można sobie już spokojnie wybaczyć, podobnie jak rybacką, luźną kamizelkę z milionem kieszonek (choć A. – wiem to na pewno – nie wybaczyłaby mi takiej przenigdy). No ale te jego dłonie – to one były najważniejsze.
Przypomniały mi jedną anegdotkę: przychodzi facet do krośnieńskiej huty (szkła, oczywiście), żeby pracę dostać.
– Ile macie doświadczenia? – Słyszy, gdy już przeszli do rzeczy.
– Dziesięć lat dmuchałem.
– Pokażcie ręce. – Mężczyzna wysunął przed siebie łapy wielkie i mocne jak imadło, i jakby też całkiem zręczne. 
– Dobrze, no no. To od kiedy zaczynacie?
– A co, to już wszystko?
– A co byście więcej chcieli? Mam pytać o rozmiar buta? – Tak skończyła się rozmowa. Człowieka po tylu latach pracy ze szkłem nie da się pomylić z żółtodziobem. Oczywiście trzeba też się znać, bo mogą być pozory…
– To tyle o historii, a za chwilę… – Mówi nasz przewodnik w rybackiej kamizelce. – Wejdziemy przez tamte drzwi na dział zdobienia, na którym przepracowałem czterdzieści lat. – Tak! Nareszcie zaspokoił moją największą ciekawość. Miałem go nawet o to sam zapytać, ale trochę nie było dobrego momentu, bo a to dzieci, a to hałas panujący w części „hutniczej”, gdzie dmuchali szkło, a w końcu też… trochę jakoś się wstydziłem, nie wiem czemu. Tylko te jego dłonie… – „Czterdzieści lat”! – Myślę. – I napełniło mnie jakieś uczucie uznania dla tego człowieka. Zaczęło się ono mieszać z konsternacją lub przerażeniem, kiedy zaczęliśmy iść przez „zdobienie”. Dwa równoległe rzędy stolików ze szlifierkami, przy których siedzieli ludzie w obryzganych fartuchach. Każdy miał przed sobą wirujące pionowo kółko ścierne, do którego przykładał półfabrykat i wycinał rozmaite wzory poznaczone flamastrem według projektu plastyka. 
Jak to się robi na ogół, szlifierki były bez ustanku obficie nawilżane, dlatego rzygały ciągle mieszanką wody i drobinek szkła, i ścierniwa. Rzecz jasna, nie było to nic złego w porównaniu z faktem, że można przy takim stoliku przesiedzieć czterdzieści lat. Ja rozumiem, że są różne wzory, że każda partia się kiedyś kończy i potem zaczynasz robić coś „zupełnie innego”, ale w zasadzie robisz, nomen omen, w kółko to samo. Z drugiej strony… Coś trzeba robić, chleb do domu przynosić, w takim Stroniu Śląskim też… O to tym bardziej nie miałem już śmiałości pytać przewodnika w kaszkiecie, a szkoda. Tak… Przecież mógłby mi wyjaśnić, przedstawić swój punkt widzenia po tylu latach…
Kiedyś, pamiętam, robiliśmy z kumplem wywiady z nauczycielami do gazety szkolnej, którą prowadziłem przez dwa lata. „15 pytań do twojego p’sora” – tak to się nazywało. Jedno z ostatnich brzmiało: „Dlaczego wybrałem pracę w szkole?” Byliśmy ciekawi, jak będą odpowiadać, zwłaszcza Nowak – facet od niemieckiego, dość młody i wymagający. Lubił robić np. „Blitz” – czyli błyskawiczną kartkówkę ze słówek, których trzeba było przetłumaczyć dziesięć na polski i dziesięć na niemiecki. Cały myk polegał na tym, że na każde miałeś jakieś pięć sekund. Potem karteczki były zebrane, również błyskawicznie i Schluss! Tak samo prędko i z pewnością siebie odpowiadał Nowak na 15 pytań. Przy tym ostatnim podrapał się w głowę – nieco łysiejącą (jak mi dziś, kiedy jestem w jego – tamtym – wieku).

– Dlaczego wybrałem pracę w szkole? Hm… Żeby… żeby… – Myślał, jak to będzie szczerze i niegłupio, a może nawet inspirująco (w końcu też jest „ciałem pedagogicznym”). – Żeby poniedziałek nie był taki sam, jak wtorek, o! – Uśmiechnął się i czekał, jak to zapiszę. A ja jakoś do dziś to pamiętam, kiedy idę do pracy we wtorek.

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: