Wrony

„Taki mam gust spaczony, że lubię wrony” – śpiewał Wojciech Młynarski. A ja nie śpiewam, tylko podnoszę wzrok do góry i patrzę, patrzę na stada wron przelatujące wysoko. Przez lata mieszkania z rodzicami każdego świtu mogłem obserwować je na Bielanach, gdy wracały na dzień do miasta, a wieczorem – na noc do Lasu Bielańskiego. Dziś „moje” wrony latają do Lasu Kabackiego i z powrotem. Dla mnie to żadna różnica. Niebo o świcie jest zawsze takie samo dla całej Warszawy. I czarne, migotliwe plamy ptasich korpusów i skrzydeł nie zmieniły się i nie zmienią. Ani wczoraj, ani dziś, ani jutro.
W ten chłodny, grudniowy poranek, ostatni dzień pracy przed świętami, spodziewałem się, że metro będzie luźniejsze. I tak rzeczywiście było. Napotykałem tylko pojedyncze figury słoików – warszawskich przyjezdnych, z nieodłącznymi przyczepkami – walizkami na kółkach. To ci, którzy jeszcze nie odpłynęli Polskimi

Busami w czwartkowe, ciemne popołudnie. Pozostał im piątek – czas najwyższy, by dołączyć do stada i wznieść się do nieba, i odnaleźć gniazdo.

„Wznoszenie do nieba” – poetyckie, co? Ale i prozaiczne, bo… czym innym jest świętowanie, oddzielanie czasu? Czy nie wymaga jakiejś podróży, jakichś zabiegów? Nie jest to tak jak u Platona, o którym wczoraj przy firmowym „opłatku” mówił dyrektor, jak zwykle starając się, niejako z powagą urzędu, zachować neutralność światopoglądową. Że Platon uważał, iż pracujemy po to, by świętować, a więc oderwać się od ciała ku wyższemu światu idei. Przy tym zauważył (tego nie wiedziałem), że słowo „szkoła” pochodzi od greckiego σχολή lub łacińskiego schola – spokój, czas wolny (na nauki), odpoczynek, bezczynność.
To zupełnie się kłóci, moim zdaniem, z myślą biblijno-żydowską, gdzie sprawy duchowe i cielesne idą razem. Podobnie jak człowiek jest całością, tak i jego świętowanie nie może polegać na próbach rozpłatania siebie na dwoje, czy troje, aby na chwilę poczuć, stać się wyższym bytem, „stworzonym do wyższych celów”. Zatem na tym firmowym opłatku życzyłem wielu osobom odpoczynku, zwłaszcza kobietom, bo mężczyźni od roboty wymigać się potrafią (sądzę po sobie). Co nie znaczy, że opanowali sztukę świętowania. 
Rozmawialiśmy o tym z A.; o tym, jak próbujemy się czasem oderwać od ziemi. Oderwać nie raz czy dwa do roku, ale jak najczęściej. Mi pomaga uwielbienie. Siadam z ukulele i śpiewam, i po jakiejś chwili, dłuższej czy krótszej, czuję się dobrze. Czuję, że nic nie muszę, że jest dobrze i że to wystarczy – tak być przed Bogiem, choćby nawet było „tyle” do zrobienia. I ten moment jest święty. Podoba mi się. Jak te wrony (choć może mam gust spaczony).
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: