Wróble

W ogóle dobrze, że zrobili tę wystawę Lego, bo teraz, kiedy mijamy stadion, Fi. mówi: „stadion”! A nie, jak wcześniej: „pociągi”! Bo tylko z pociągami kojarzył mu się Narodowy. Teraz doszła druga rzecz. Zanim pociągi, czyli makieta kolejowa wróci, Lego musi się zebrać, bo to jest ten sam lokal. Dzieci zaliczyły więc Lego po raz drugi, tym razem z A. 
Żona moja, w przeciwieństwie do mnie, myśli o jedzeniu, zwłaszcza o jedzeniu dzieci. Zatem rozsądnie postanowiła: najeść, napić, wysikać, a dopiero potem na Lego. Usadowili się przed wejściem wokół stolika, wyjęli kanapki, owoce, naleśniki, herbatę. Konsumują. Spokój. Ostatnia wycieczka szkolna właśnie z wystawy wyszła pięć minut temu. To sprytnie: A. wybrała dobry czas.
Aż nagle wtarabania się jakaś grupa przedszkolaków. Może stadion będą zwiedzać, czort wie. Jak wróble obsiadają wszystkie krzesełka i stoliki. Introwertyczna z natury A. już jest w niepokoju. Ale to jeszcze nie najgorsze. Bo zaraz te dzieci wokół krzyczą: – „Ja chcę jeść! Ja chcę pić! Jeść! Pić!” A tu porozkładane, cały stolik pełen jedzenia i picia.
Głupie to uczucie, więc A. chowa, co tam już niepotrzebne. Z jednej strony to bez sensu. A z drugiej strony… co ty byś zrobił? To takie absurdalne, że aż śmieszne. Jak parodia „Ptaków” Hitchcocka u Monty Pythona, jak zbierają się nad facetem gołębie, w wiadomym celu. Tak te dzieci – jak wróble. Ale to może tylko w naszej wyobraźni. Dzieci się tym nie przejmują. Ani tamte, ani nasze. Fru! Każde w swoją stronę.
Autor: jpz2

Powiązane posty: