Wiem, na ile mnie stać. I po co?

„Wiem, co za ile, nie muszę dbać o bilet” – znamy piosenkę z „Kilera”. Czasem to jest błogosławieństwem, a czasem… wręcz przeciwnie. Dlaczego? Wystarczy poznać jedną z historii Dawida.

W księdze Kronik czytam o ciekawej sytuacji: Dawid – izraelski król, na ogół bezbłędny w trzymaniu się litery i ducha bożego prawa, dopuszcza się przestępstwa. A że był nie tylko znawcą, ale i miłośnikiem prawa, wykroczenie najpewniej było świadome. Zresztą później z tego pokutował. Co go podkusiło? Albo ważniejsze: dlaczego?

Wtedy wystąpił szatan przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów. Rzekł Dawid…:
– Idźcie i policzcie Izraela… i donieście mi, abym znał ich liczbę. – Lecz Joab rzekł:
– Niech pomnoży Pan lud stokrotnie w porównaniu z tym, ile go jest teraz; lecz, panie mój, królu, czyż nie są oni wszyscy sługami mego pana? Po cóż pyta o to mój pan? Po co ma to być przewinieniem Izraela? (1 Kron. 21:1-3, BW)

Ostatecznie król, jak to król, postawił na swoim. Joab – główny dowódca – z obrzydzenia wobec rozkazu – nie wypełnił go do końca, pominął w spisie dwa z dwunastu plemion. Ale i tak Izraela spotkała kara za ten spis. O ile się nie mylę (jeśli tak, to krzyczcie) i dobrze czytam, i szukam, nie ma w Biblii wyraźnego zakazu: nie wolno liczyć Izraela. Zdarzały się spisy nie tylko nie karane, ale wręcz nakazane przez Boga. Tyle że były odpowiednio przeprowadzone, między innymi zawierały element okupu: zamiast ludzi, liczono de facto wniesione przez nich opłaty.

Skąd więc wina i kara? Mój znajomy znawca tematu twierdzi, że chodzi o ideę niepoliczalności, która kojarzy się łatwo z obietnicami Boga dla Abrahama, że jego potomstwo będzie jak gwiazdy, jak piasek, że będzie niezliczone. Inna interpretacja mówi, że liczba mężczyzn zdolnych do walki, którą Dawid poznał w rezultacie spisu, dawała możliwość kalkulacji i samodzielnych decyzji bez szukania bożej rady, głosu, prowadzenia. Nie mówiąc już o powodach do dumy, pożywce dla królewskiej pychy.

Tak czy inaczej, łatwo to jest przełożyć na współczesność i moją osobistą sytuację. Bo przecież i ja mam obietnice od Boga, jakieś powołanie, plan, przeznaczenie. Skoro chcę je wypełnić, muszę pokonać przeciwności; wiedzieć, na co mnie stać. Mierzyć zamiary na siły. A może nie?

Może wystarczy mi do szczęścia wiara, że Boża miłość do mnie, jego błogosławieństwo jest bezkresne jak ocean. Może nie muszę tego sprawdzać, próbować objąć, wywalić gały, żeby ten horyzont jakoś przybliżyć? Może nie muszę podpierać swej pewności siebie liczbami, może starczy Boże Słowo? Może czasem wystarczy zaufać, zamiast liczyć?

Autor: jpz2

Powiązane posty: