Wielozadaniowość

Czytałem kiedyś na blogu matki utyskiwania na wielozadaniowość. Tekst napisany ironicznie, kąsający los matki, która chcąc, nie chcąc, musi się dzielić na różne sprawy. Nie może się na przykład spokojnie pobawić z dzieckiem. A gdy już może, to tylko teoretycznie, bo z tyłu głowy… No, zresztą, znacie to chyba. Samo życie.

Aha! I jeszcze autorka zazdrościła ojcom. Że ten jak wróci z pracy, to może poświęcić uwagę w stu procentach dziecku. To nie do końca tak. Wyznaję jako ojciec. Dziś rano tego doświadczyłem. An. poprosiła mnie o kawę. Jasne, zaraz zrobię. Ale zrobiłem dopiero, jak przypomniała mi drugi raz.

– No bo widzisz… – Tłumaczę się, używając przykładu sprzed chwili. – Przychodzi taka Ula i chce mi pokazać swojego pieska. – I ja już prawie zapomniałem o robieniu tej kawy. A przecież trzymam w ręku pojemnik na wodę od ekspresu.
– A, pudełeczka w mózgu… Nie mogą się dotykać. – Zauważa An. sarkastycznie. Ale to akurat było dość śmieszne. Nawiązanie do „dwóch mózgów” Marka Gungora.

A to prawda. My, mężczyźni nie borykamy się z tym, że ciągle coś jest z tyłu głowy. Tak jest u kobiet – szalone przetwarzanie danych ze stu źródeł. My mamy za to problem z dziesiątkami nieskończonych spraw. Bo urwał się wątek, bo przyszło dziecko, bo zadzwonił telefon, bo spojrzałem na jakiś przedmiot.

Wiem, że robię błąd logiczny, uogólniam: myślę „ja”, a piszę „my”. Ale czy tak nie jest? A zresztą, tak czy inaczej, wielozadaniowość – jako cnota wyrobiona w korpokulturze pracy – jest jakimś mitem.

»
Autor: jpz2

Powiązane posty: