Wielobóstwo

Wczoraj nie wydarzyło się nic. To znaczy, że chętnie zbluźniłbym, mówiąc: – „równie dobrze tego dnia mogłoby nie być”. Tak nie powiem, bo nauczyłem się, że przedziwny jest sens i powiązania między czasem obecnym i tym minionym, a nawet tym, co przede mną. Oboje z A. mieliśmy jakiś dziki ból głowy. Nie skończyły się jeszcze katar i odkasływanie, które pochłonęły naszą rodzinę jak jakieś koszmarne hobby. Toteż wszystko trwało w letargu – z niechęci, z bezsilności. Pobrzmiewało mi jednak w głowie kazanie, którego wysłuchałem tego dnia, przy jakiejś głupiej robocie („głupiej” – tj. potrzebnej, ale niewymagającej specjalnego skupienia).

Było o tym, jak ja – współczesny, wręcz oświecony chrześcijanin – wracam do politeizmu, jak sobie pozwalam na bałwochwalstwo. Ja – konkretny i ja – abstrakcyjny (jeden z wielu). Jak to możliwe? Wystarczy zadać sobie pytanie: czy całym sobą – myślami, sercem, siłą, czasem, pracą itd. – czczę jednego Boga, a może wiele rzeczy? Całym sobą – „to utopia” – głosi kaznodzieja. Ale czy przynajmniej dążę do tego ideału? Co jest przed moimi oczami? Często ekran – a na nim? Co mi imponuje, co doceniam, za czym ta kolejka, w której stoję? Czego pożądam, chciwie pragnę? I wreszcie: co mi wdrukowano w domu, w szkole, co mi jest przeszkodą – moim własnym sposobem na życie, uparcie stosowanym, a nie wziętym wcale z góry?

Medytowałem, leżąc niestety nie bez ruchu, bo odkasływałem i smarkałem co chwila. Głaskałem się też po brzuchu, nie z zadowoleniem, raczej z mdłości i z żalem, że przesadziłem. Zjadłem na pusty żołądek – o jedną rzecz za dużo. – Ach! O wiele łatwiej byłoby, gdyby się spełniło moje marzenie z dzieciństwa: ktoś wynalazł takie tabletki „zamiast jedzenia”. – Wzdychałem. – Nie trzeba byłoby się starać o pożywienie, ani pilnować czasu posiłków; ja mam problem z „nie za rzadko”, a inni podobno z tym, żeby „nie za często”. – I tak medytując, znalazłem odpowiedź na pytanie nurtujące mnie w ostatnich dniach na nowo: w imię czego zmieniać świat? W imię czego dzielić się chlebem, ubraniem, domem i dobrą wiadomością o zbawieniu? W imię czego iść – jak mówił Jezus – i czynić Jego uczniami narody całe, człowieka za człowiekiem? W imię miłości? A skąd ona i do kogo?

Jak każdy mam ciało leniwe, nie kochające niczego poza tym łóżkiem, na którym właśnie leży. Ono nie chce się poświęcać dla sprawy. A ja, jak każdy, też wynajduję na to ciało różne kijaszki – do poganiania (się). Nie zbzikowałem tak, żeby to robić naprawdę. Ale kijaszek jest potrzebny – gdzieś w głowie, arsenał kijaszków! Jednak tym ostatecznym (i nareszcie miłym) argumentem jest kij pasterski Jezusa – narzędzie bardzo osobliwe, bo wcale nie kojarzące mi się z przemocą. Jezus najpierw umarł za mnie, żeby potem kwestia mojego poświęcenia… nie była żadną kwestią. Tylko rodzajem krótkiej decyzji: „no, jasne, dla Ciebie wszystko i o każdej porze, i nic w zamian”. „I tylko dla Ciebie” – monoteizm w praktyce.

«
Autor: jpz2

Powiązane posty: