Wieczór

Był plan na randkę: U. idzie spać. Fi. się już dziś nie budzi. Z randki nici: U. nie chciała spać, Fi. wstał, obudzony zresztą przez grzmoty – nie zdążyłem zamknąć okna. Zresztą były tak blisko, że i z zamkniętym oknem umarłego by obudziły. Piękna burza. Dziwny wieczór. A. zdejmuje z lodówki kosze ze słoikami, przebiera – te do śmieci, te się nadają. Jutro 26 kilo truskawek u pani Marylki zamówione. U. zawsze lubi do tej pani Marylki przychodzić: – „Pani Mayylko! Poplosze klówki! Dla mnie, dla Fila, dla mamy, dla taty i dla babci.” – Wtedy dostaje pięć sztuk, zaś A. przyprowadza ją do porządku: – „Ulciu, już tak nie sęp, weźmiemy je normalnie na wagę”. Pani Marylka na to protestuje: – „Już dobrze, będzie tak, w gratisie”. – I uśmiecha się.

Siedzę i patrzę na A., jak się wspina po słoiki w krótkiej sukience. I patrzę. Przypomina mi się scena z filmu „Samych swoich”: – „Pomóc ci?” – Pyta Wicia Pawlak. – „Nie”. – Odpowiada Jadźka Kargulówna, robiąc na drabinie. – „A może ci jednak pomóc?” – „Nie”. – „No to ci pomogę”. – Tu u nas by było podobnie, tylko że ja nie proponuję pomocy, tylko po prostu się gapię na nogi A. Nigdy mi się to nie nudzi.
– I co? Mam teraz wymyślić zabawę na następne dwie godziny? – Pytam zafrasowany. Jest dwudziesta. – Fi. przecież teraz spać nie pójdzie.
– Nie wiem, coś wymyśl. – Zbywa mnie A.
Kręcę się po domu, jakoś miejsca sobie znaleźć nie mogę. Burza się skończyła.

– Chodź, Filu, chcesz poskakać po kałużach?
– Tak!
– No to wkładaj kalosze. – Chwyciłem jeszcze dwie kurtki, żarówki do kierunkowskazu i kluczyk do auta. I te słoiki do śmieci. Jesteśmy już pod klatką.
– Tato, jeszcze hulajnoga!
– O, nie, Filu, nie wziąłem klucza do piwnicy, wiesz? A poza tym: jak chcesz z hulajnogą skakać po kałużach? – Fi. zastanowił się, w milczeniu poszedł za mną, bez protestu. Uff. – Filu, plan jest taki: idziemy wyrzucić słoiki, potem wymieniamy lampkę w kierunkowskazie, potem idziemy, gdzie będziesz chciał. – I tak zrobiliśmy. Fi. przebiera nogami i tupie w kałuże, zadowolony. Z hukiem wrzuca słoiki do pojemnika. Otwiera kluczykiem maskę auta. Wkłada nową żarówkę (w międzyczasie trzy razy ją upuszcza, ja tylko wzdycham i sprawdzam: nie stłukła się).
– Świeci się? – Wciskam awaryjne. Fi. biegnie przed maskę. Pomarańczowe światło rozbłyska na jego twarzy, włosach.
– Tak, tato!
– No to super, idziemy!
– Nie, pojedźmy gdzieś! – Ładuje się na swój fotelik.
– Ale dokąd?
– Na rurę.
– Na rurę już za późno, dziewiąta godzina. A poza tym nie mam przy sobie dokumentów, mógłbym mandat zapłacić, gdyby mnie policja złapała.
– Pojedźmy gdzieś.
– No dobra, to tutaj po osiedlowych uliczkach, ok?
– Ok! – Cieszy się. 
Otwieram parkingową blokadę, myślę: – „Bez sensu, no ale dobra…” – Jedziemy. Po dwustu metrach zatrzymuję się, parkuję.
– Filu, chodź, popatrzymy jak grają piłkarze. Albo przez szybę jak pływają na basenie. Co wolisz?
– Jak pływają na basenie. – Zaliczyliśmy jedno i drugie. W międzyczasie opowiadałem mu wszystko: o czepkach i włosach, okularkach, ratownikach, ćwiczeniu oddychania w pływaniu, potem o dwóch bramkach i bramkarzach, co mogą rękami, komentowałem każde podanie, aut, stratę, gol, rozegranie akcji. W końcu wiatr począł dąć tak mocno, że Fi. chciał wracać. Do samochodu weszliśmy akurat, gdy lunęło. Poczułem się bezpiecznie, przynajmniej ja, wiedząc o puszce Faradaya. Wróciliśmy do domu w biegu, pełni wrażeń i słów.
To miał być piękny, dobry, miły wieczór. Potem miał być zły. A potem znów okazał się dobry – zmiany akcji z budowaniem napięcia (atmosferycznego).
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: