Wiara jest dla mięczaków

Zrobiłem dziś coś, czego robić się nie powinno: zacząłem czytać Pismo Święte z zamiarem udowodnienia z góry założonej tezy. Ale osądźcie sami: czy nie mam racji, że chrześcijaństwo jest dla mięczaków?

Dla słabeuszy jest taka wiara w Boga, który daje nadzieję na brak cierpienia, wolność od lęku przed nicością. Bo przecież taki gieroj, który nie chce okazać słabości, nie przejmuje się ciosami, ranami i w ogóle obcy mu Weltschmerz, ból świata – to dobre dla rozedrganych młodzików, typu Werter.

Zapędziłem się z tą ironią. A chciałem o Mojżeszu. Jemu, jak się zdaje, też doskwierał taki ból, uwierała go świadomość, że, łagodnie rzecz ujmując, „źle się dzieje na tym świecie”. Najpierw się wkurzył, że „biją naszych” – to zrozumiałe. I zabił oprawcę – Egipcjanina. Potem się wkurzył, że „nasi” biją się między sobą. Ułomkiem nie był, więc znów chciał zrobić z tym porządek, ale skończyło się… marnie:

A ten (napastnik – przyp. JPZ) mu odpowiedział: Któż cię ustanowił naszym przełożonym i rozjemcą? Czy chcesz mię zabić, jak zabiłeś Egipcjanina? Przeląkł się Mojżesz i pomyślał: – Z całą pewnością sprawa się ujawniła. – Także faraon usłyszał o tej sprawie i usiłował stracić Mojżesza. Uciekł więc Mojżesz przed faraonem i udał się do kraju Madian, i zatrzymał się tam przy studni. (Wj 2:14-15, BT)

Dowodów na to, że Mojżesz „chciał dobrze, a wyszło jak zwykle”, jest na kartach Biblii jeszcze więcej. Mimo to stał się bohaterem narodowym, bohaterem wiary i, przy okazji, bohaterem literackim – jak najbardziej pozytywnym. A jak to się zaczęło? Bóg powiedział:

– Teraz oto doszło wołanie Izraelitów do Mnie, bo też naocznie przekonałem się o cierpieniach, jakie im zadają Egipcjanie. Idź przeto teraz, oto posyłam cię do faraona, i wyprowadź mój lud, Izraelitów, z Egiptu. – A Mojżesz odrzekł Bogu: – Kimże jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu? – A On powiedział: – Ja będę z tobą. (Wj 3:9-12, BT)

Wyraźnie widać, że Mojżesz w międzyczasie spokorniał, zmiękł (został mięczakiem?). Siedział u teścia Jetry, w ziemi Madianitów przez „długi czas” albo czterdzieści lat w roli pasterza, pastucha (co za degradacja z księcia). Jak dalece wątpił w to, że cokolwiek może zdziałać, można przeczytać w rozdziale czwartym Księgi Wyjścia. A jednak Bóg uparł się, że to właśnie on ma wyprowadzić Izrael na wolność, ku Ziemi Obiecanej.

I tak sobie myślę, zmierzając do puenty, że każdy z nas jest takim Mojżeszem. Mija czterdzieści lat życia w „Egipcie” i wtedy człowiek dochodzi do kresu swojej wiary w siebie i mięknie. A Bóg jakby na to tylko czeka (może czasem krócej niż lat czterdzieści, mam nadzieję), bo nie potrzebuje ode mnie ani heroizmu, ani użalania się nad sobą, ale po prostu posłuszeństwa.