Wdzięczność

Ktoś mnie zapytał: – Janek, a na nartach pojeździć można? – Bezczelny. Ja nie na narty tu przyjechałem. Ja na nartach nawet umiem, ale mnie ta zabawa ani nie rajcuje, ani nie kosztuje. No a pojeździć nie można, bo żaden wyciąg nie działa.
– Szanowanie, a dzisiaj jakaś szansa jest, żeby coś ruszyło? – Zagadnąłem mężczyzn w drelichach, kręcących się przy maszynowni dolnej stacji pod Czarną Górą.
– Odbiory techniczne, proszę Pana, wykluczone. – Kiwnął głową tak, jakby to miało wszystko przypieczętować. Żeby on mógł wrócić do pracy, a ja – zmyć się przez roztopy. Żeby to się zapadło pod mokrą ziemię.
– No, jasne. – Kiwnąłem głową tak, jakby to było oczywiste, jakbym się tego spodziewał i jakbym

wręcz dziękował, że on powiedział to, co myślałem, że powie. I się zmyłem.
Wyszło to w końcu nieźle, bo żeśmy przejechali stamtąd na przełęcz i na Czarną weszli piechotą, i zeszli tą samą drogą. Akurat – wystarczająco, jak dla nas, jak na ten śnieg, nierozruszane nogi i dwa obciążniki: Fi. & U. Jak to mówił wilk w „bajce-grajce” o Jasiu i Małgosi (słuchana w drodze): – „Idzie dwójka świeżych mięs”.
Wróciliśmy do domu, obiad i jeszcze spacer na wieczór. Z pewną satysfakcją zerknąłem na aplikację pogodową: śnieg dziś i pochmurno. Nic z tych rzeczy. Dzięki Bogu. Taka mała rzecz niby – kamyczek wdzięczności – do kupy.

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: