Wbij to sobie do głowy!

Jurand mówił jak natchniony. To nie ulegało wątpliwości. Patrzyłem na niego zadziwiony, nie dowierzając – taki świetny mówca. Ani kto pisnął, klasa słuchała jak zamurowana. Kogo? Tego śmiesznego chłopaka, który słabo sobie radził na WF-ie, ledwo piłkę lekarską mógł podrzucić.

Wszyscy koledzy mu to pamiętali, a że babka od polskiego akurat wtedy przerabiała „Krzyżaków”, to dostał ksywę Jurand. Tak, wszystkim to było do śmiechu, prócz Juranda oczywiście. Ale jakoś mimo wszystko trzymał fason.

Do tej pory to on raczej słuchał mnie. To ja go w to wszystko wciągnąłem. I paru innych. Ale on przejął się najbardziej. Chodził ze mną na wszystkie spotkania. A nawet więcej, chciał być ze mną na wszystkich przerwach. A zwłaszcza na długiej, kiedy wychodziliśmy na boisko. Podczas gdy wszyscy grali w piłkę albo rozsiadali się pod murami, my spacerowaliśmy sobie wzdłuż i wszerz, i szukaliśmy ich. To znaczy tych, o których można byłoby się modlić. Czasem to był ktoś ze skręconą nogą, czasem ktoś, kto na pierwszy rzut oka nie wyglądał ani biednie, ani smutno. Po prostu pytaliśmy…

No i tak się to zaczęło. W klasie mieliśmy już swoją grupkę. Pozostali patrzyli na nas raczej z sympatią i zaciekawieniem. Oprócz tych trzech. Spod ciemnej gwiazdy. Zawsze na nie. Zawsze złym okiem łypali. Każdą religię rozwalali, zadając katusze Bogu ducha winnemu księdzu. Czasem stawaliśmy po jego stronie, a właściwie po swojej własnej – kiedy kpiny z wiary sięgały zenitu. Byliśmy przekonani, że nie toczy się tutaj wojna o dobre stopnie z zachowania, ale coś więcej: serca.

Pewnego razu przegięli pałę. Mówili, że nas zniszczą, że brzydzą się tą wodą, którą mamy w mózgach. Kipiała z nich bezinteresowna nienawiść, z którą nie da się negocjować. Zero dialogu. Zacisnąłem zęby. Mówię do Juranda:
— Weź, zbierz chłopaków, zrobimy ustawkę. My kontra oni. Na religii. – Wywalił gały.
— No co, co ty… Chcesz się bić? W szkole??
— Tak, ale to nie my ich pobijemy. My tylko będziemy mówić. Ciach, jak mieczem. Ty pierwszy. Czujesz to?

I teraz siedzieli tutaj z nami, w milczeniu nie odrywali wzroku od Juranda. Cieniutki, jak zwykle w swoich czarnych spodniach i czarnej koszuli, wyglądał jak połowa księdza, który stał z boku w sutannie opiętej na brzuchu, oparty o szafę. Potem była jeszcze Anka, Marek, Fikus, Boniek. A ja siadłem z tyłu w kącie i w myślach się modliłem, podnosząc ręce. A jak na chwilę się rozpraszałem, Jurand zacinał się, jąkał. Więc znów podnosiłem, a jak mi zdrętwiały, opierałem o parapet.

I tak dotrwałem do dzwonka. Wychodziliśmy uśmiechnięci. Po raz pierwszy udało nam się zatkać im usta. Wyciągnąłem kanapkę i Biblię. Otworzyłem i zatkało mnie:

I tak ręce jego były stale podniesione aż do zachodu słońca. Tak pobił Jozue Amalekitów i ich lud ostrzem miecza. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Zapisz to dla pamięci w księdze i wbij to w głowę Jozuego, że całkowicie wymażę pamięć o Amalekitach pod niebem. Potem zbudował Mojżesz ołtarz i nazwał go: Pan sztandarem moim! (2 Moj. 17:12-15, BW)

— Jur… pfle! Kawałki bułki wyleciały mi z ust na podłogę. Przełknąłem pośpiesznie resztę. – Jurand! – Nie słyszał, zajęty rozmową. Wszyscy chcieli go nagle o coś pytać.
— Jurand!
— No co?
— Chodź, musisz sobie wbić do głowy…

Autor: jpz2

Powiązane posty: