Wagony

— Tudum, tudum… tudum, tudum… – Fi. przesuwa po podłodze pociąg z puzzli i imituje tętent kół. – Ula! Licz, ile wagonów przejechało! – Tudum, tudum…

Koleżanka żaliła się trochę, że przez ostatnie dwa miesiące miała tylko jeden wolny weekend. Pojechała do rodziców. Podkarpackie.
— Ale to bajka. – Mówię z nutą zazdrości. – Tak wsiąść do pociągu – byle jakiego, jak w „Remedium”. Zająć miejsce, ruszyć i nie robić nic, i czekać, co się zdarzy. Ulegać lekkim wahnięciom, jakby się było piórkiem w bezwietrzny dzień albo ziarnkiem piasku na dnie jeziora. Może ktoś ciekawy się trafi – z nim pogadać i otworzyć go jak książkę – nowy, inny świat. A może zwykłą książkę się poczyta. Albo po prostu: całą drogę przesiedzi się w ciszy i porozmyśla, i pogapi w okno, i poczuje ten ruch w czasoprzestrzeni, w samotności, jak meteor.

— Hm, ale siedem godzin? – Odparła z przekąsem, gasząc moje
pastelowe fantazje o podróży pociągiem.
— Siedem godzin? – Ulatnia się ze mnie romantyzm. – No tak, to może już nie taka bajka… To jak ty jechałaś, przez Kraków?!
— E, nie…
— No, nieważne… – Nie dodałem już nic. Tudum, tudum… Liczyłem tylko wagony w myślach. 

Fi. wypowiedział te słowa „liczyć wagony” w sensie najprostszym. A mnie utarło się w głowie inne skojarzenie, że „liczenie wagonów” jest wtedy, gdy ktoś zakręci się i potem bezwiednie porusza oczyma lub całą głową, dopóki nie uspokoi zmysłów. To może być kot zdjęty z obrotowego fotela lub ktoś niewprawny po kręceniu piruetów. A może… Może to jest jedno i to samo: dać się uwieść, nawet na niby, przez pęd pociągu albo postradać na chwilę równowagę i spokój spojrzenia. Świat pędzi lub wiruje wokół, a my… My jesteśmy w swoim domu jak w łupinie orzecha i spędzamy dzień razem. Liczymy wagony.

«
Autor: jpz2

Powiązane posty: