W czterech ścianach

Nie jestem zwolennikiem siedzenia w domu. Zacząłem na coś chorować, zanim to się stało modne. Tak sobie żartowałem ze znajomymi. Zresztą to prawda. Tak było. Poszedłem na zwolnienie w pierwszych dniach marca. A potem to szaleństwo z kwarantanną.

No, siedzę. Każą, to siedzę. Odczuwa się społeczną presję. Idziesz do sklepu – wszyscy jakby bykiem patrzą. Wyszedłem (jeszcze tydzień temu) na rower z dziećmi, a po paru kilometrach względnego spokoju wyprzedziło mnie jakieś babisko ze słowami: „trzeba mieć nas..ne we łbie!” Odparłem grzecznie: „ale w którym?”. Musiałem to zrobić szybko, w tej samej sekundzie, bo pomknęła szybciej od nas.

Przyznaję, nie było to pełne wyrozumiałości i wszystkoprzebaczającej miłości bliźniego. Nie było nawet zbyt inteligentne. Za to było szczere i wyrażało to, co czuję: „czy to ze mną jest coś nie porządku, że nie czuję żadnego zagrożenia? Czy z nimi, że panikują?”

„Z nimi” – to znaczy z kim? Nie da się pokazać palcem. Jedni bardziej, drudzy mniej. Ten to przesadza. A tamten – bo ja wiem? A może ja przesadzam? Woda z mózgu. Albo nas..ne we łbie. Szczerze? Już wolę wodę. Ludzie nerwowi się zrobili. Do żony zadzwoniła klientka z wyrzutem: „a więc rozumiem, że ma pani w d..e moją paczkę?!”. Co zrobić? Chciałby się człowiek śmiać albo pyskować, a musi dyplomatycznie.

Ja jednak jestem zwolennikiem siedzenia w domu. Praca zdalna niełatwa, to fakt: dzieci na karku (dosłownie). Ale tutaj to ja sobie przynajmniej popatrzę na ten wielki świat z małego okna, podumam. I pomyślę, że właściwie… to można żyć, nie wychodząc na dwór. Dobrze, zaprośmy przyjaciół. Ale wciąż… To, co ważne, da się zamknąć w czterech ścianach. Proponuję kuchnię albo sypialnię.

Autor: jpz2

Powiązane posty: