Utyty

Utyć – nie utyłem, choć pamiętam, jak po paru miesiącach od narodzin Fi. zdarzyło mi się napisać na fejbuku: „Wróciłem do wagi sprzed ciąży”. Wydało mi się to zabawne. Ale też było prawdą. Spadło mi wtedy z sześć kilo. Od tamtej pory prawie nic się nie zmienia, pewnie z powodu moich leniwych nawyków żywieniowych. Ale zauważyłem inną rzecz. 
Znajomy napisał, że chciałby się spotkać z dziewczyną, ale nie żeby ją podrywać czy coś, tylko poznać. No, jak człowieka. Zatem żeby sobie nic nie pomyślała – tylko… jak to zrobić? Odpowiedzieli mu doświadczeni pół żartem-pół serio: to się tak nie da, „one” ciągle myślą. Ale możesz spotkać się w małym gronie, tylko większym niż dwa. 
Czytając to, przypomniałem sobie moje dawne, podobne rozterki, dotyczące różnych dziewczyn: jak się z nią spotkać, żeby sobie COŚ pomyślała, ale znów nie tak bardzo, żeby się nie poczuła jakoś zobowiązana, bo przecież chcę ją po prostu poznać, a z trzeciej strony jednak zależy mi… I tak dalej. Nieważne zresztą, co dokładnie myślałem. Ważniejsze, co czułem.
To co czułem – to właśnie przypomniało mi się i było przyjemnym wspomnieniem. Bo ten stan pewnego napięcia i głodu: znajomości, relacji, bliskości – był i jest czymś najbardziej twórczym, co może człowieka spotkać. Gdy się dziewczyny nie zna, gdy jesteś zakochany, ale jeszcze nie jesteście razem lub niezbyt długo razem, lub jeszcze nie jako małżeństwo, nie mieszkacie, nie śpicie razem, to jest oczywiste: można bliżej. CHCĘ bliżej!
W małżeństwie inaczej: trzeba o to dbać, podejmować pewien wysiłek – odkrywać (z fascynacją), że można JESZCZE bliżej. Bo zawsze można i to jest piękne. Można, ale czy chcę? I ta zasada, i to pytanie z niezwykłą łatwością przekłada się na relację z Bogiem: czy chcę bliżej i więcej? Czy już utyłem, jak napisano o Izraelu: „utył Jeszurun i wierzga – utyłeś, stłuściałeś, zgrubiałeś – i porzucił Boga, który go stworzył, znieważył skałę zbawienia swojego” (Pwt 32:15).
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: