Ulotność chwil

Jest 16 lutego i niewiele miesięcy minęło od ślubu, jeszcze mniej pozostało do narodzin F. – mojego syna. Brzmi to niesamowicie, wręcz nie do wiary.
A. – moja żona – wygląda pięknie. Często poprawiam się w myślach dla poprawności myśli, dlatego, żeby nie wyszło z ust coś bezsensownego, poprawiam się tak: – A. jest spełnieniem moich marzeń. Czy tak? Nie! Ona jest tą, z którą chcę spełniać wszystkie marzenia.
– Prawdopodobnie przeczytałem to w jakiejś mądrej książce.
A co jest moim marzeniem? Być blisko Boga. Widzieć boże królestwo na ziemi. Czyli co? Czyli to, jak smutek zamienia się w radość, łzy – w śmiech, ból – w taniec, krzywda – w przebaczenie, obojętność i nienawiść – w miłość, grzech – w świętość, zniewolenie – w wolność.
Co robię, żeby to marzenie się spełniło? Nie będę przeceniał swojej twórczości, na którą nie mam ostatnio czasu, więc powiem po prostu: robię to, że kocham A.
Przy okazji zdarza mi się kochać i innych, ale o tym może kiedy indziej. Niedawno po ślubie pomyślałem, poczułem raczej, że jest we mnie tyle miłości, że starczyłoby nie tylko dla mojej żony, ale jeszcze na jednego człowieka, może takiego… małego. Niebawem przyjdzie mi więc przekonać się, jak to jest – kochać własne dziecko.

Autor: jpz2

Powiązane posty: