Ulga

– Ziu! Ulo-kręcioł! – Wołam. Trzymam U. za ręce i obracam młynkiem kręcąc się dookoła, tak że U. nogami trafia w piłkę: pach, pach, pach.
Fi się złości.
Siada naburmuszony.
Złości się i krzyczy.
A, niech krzyczy, tutaj sobie może.
– Ale czemu się złościsz? – Pytam, żeby nie było, że olewam.
– No bo ty nie możesz tak…
– Jak? …Przecież żartowałem. Kopnąłem sobie piłkę tylko. Nogami Uli. I co? – Wzruszyłem ramionami i poszedłem, bo U. już mnie ciągnęła za rękę, na drabinkę.
Fi. podchodzi i widzę, że się zamierza ręką. Co? Z kamieniem? Kamyczek jak pięć złotych, no ale jednak, zwariował. Kpiny jakieś? Wystawiam rękę w samoobronie. Rzucił.

* * *

– Już porozmawiałam z Filem o tym. – Uprzedza mnie A. – W końcu, jak zrozumiał, było mu bardzo przykro.
– Mhm… Dobrze. Idę zdjąć buty. – I zdejmuję. Spokojnie, sznurówka za sznurówką. Dopiero co wróciłem, przyprowadzając z podwórka U. Nie wiem, co się działo w międzyczasie z Fi.
– No, Filu, miałeś przeprosić tatę. – Przypomina mama.
– Nie, nigdy nie przeproszę.
Idę umyć ręce. Wracam.
– Tato, przepraszam cię, żałuję, że tak zrobiłem. – Fi. jednak wygrał.
– Dziękuję ci. – Biorę syna na ręce. I przytulam. I nic więcej nie mówię, nie muszę.

Nie muszę! W tym momencie zdaję sobie sprawę, że nie muszę nic więcej mówić. I to jest takie dobre. To jest jakoś inaczej. Nieraz było, że w swojej słusznej złości poszedłem o krok za daleko: z całą swoją przewagą doświadczenia, umiejętności wypowiedzenia i argumentacji oraz siły fizycznej.

Naprawdę, można krzywdy dziecku nie zrobić, a się zemścić, odegrać. Nie użyć przemocy, a dosolić. Żeby miało „za swoje”. „Już ja ci dam nauczkę!” Jeden komentarz za dużo, jeden ton za wysoko, jeden uścisk za mocno. To się rozgrywa w sercu i wypływa na zewnątrz.

Tym razem tak nie było. Po prostu chwyciłem za rękę i natychmiast wróciliśmy do domu. Częściowo trzeba było go wnieść. Krótkie słowa: „Rzuciłeś kamieniem z takiego powodu? Zastanów się nad sobą”.

Poczułem ulgę. Ulżyło mi, że słyszę „przepraszam” i sam nie muszę mówić „ja też przepraszam”. To nawet nie to, że mam z tym problem. Nie mam. Ale ile można? Ile razy popełniać ten sam błąd? Jaka ulga. Ulga w świętości, jak o tym pisze John Eldredge. Świętość nie jako nudny i nieosiągalny stan doskonałej ascezy, ale kondycja serca, w której… już nie musisz!

Autor: jpz2

Powiązane posty: