Ułaskawiony? Ja też chcę!

W ostatnich dniach głośno jest o ułaskawieniu. Mam wrażenie, że większość Polaków ocenia Mariusza Kamińskiego jako winnego, i to poważnie. Zatem nie powinniśmy mieć problemu, by wczuć się w jego sytuację.

Słowo Boże uczy, że nie prośby i groźby, nie straszenie piekłem, ale Boża dobroć prowadzi do upamiętania (zob. Rz. 2:4). A trzeba podkreślić, że Boża dobroć, czy miłość polega nie na jakiejś erupcji życzliwości i miłych emocji Pana Boga względem grzeszników, ale na akcie ułaskawienia. Podobnym do tego, który ostatnio miał miejsce w Pałacu Prezydenckim. Pan Bóg kocha tych, którzy się go boją. Reszcie podaje rękę, póki czas.

Nie chodzi o uniewinnienie – nikt z nas nie ma na nie szansy, bo wina jest niezaprzeczalna (choć wielu ma ochotę składać apelacje). Ułaskawienie to uznanie osoby skazanej prawomocnym wyrokiem za wolną od kary. Pod warunkiem, że ta osoba ułaskawienie przyjmie, a nie będzie się odwoływać od wyroku sądu i dowodzić, że jest nieskazitelna. Ułaskawienie było i jest możliwe dzięki ofierze – śmierci Mesjasza na krzyżu i jego zmartwychwstaniu.

Osoba ułaskawiona powraca do normalnego życia, wolna od oskarżeń, wolna w sensie dosłownym – znów może wszystko, co niezakazane. Powrót – to jest właściwy sens hebrajskiego słowa „teszuwa”, tłumaczonego jako upamiętanie lub pokuta. Powracają więc wygnańcy, grzesznicy, skazańcy, winni, ale ułaskawieni do „zwykłego”, świętego życia – tak, jak Jakub wrócił do Kanaanu, swojej Ziemi Obiecanej po dwudziestu latach wygnania (Rdz. 32).

Autor: jpz2

Powiązane posty: