Uciechy

Przeszedłem przez gorący piach, prawie parzy stopy, aż przez plecy przebiega dreszcz przyjemności. Wkra leniwie przetacza swoje wody, a ja wchodzę w nią coraz dalej, aż na środek, woda po kolana. Miła odmiana: chłodna, a po chwili zdaje się już letnia i jakby ciepła, liże włosy na nogach. Patrzyłem w górę rzeki, pojawiły się kajaki. Zszedłem im z drogi i wróciłem do Fi., który podłapał zabawę w transport wody i wylewanie jej na piasek, i patrzenie, jak mała rzeczułka zamienia się w mgnieniu oka w jeziorko, bajorko, bagienko, w końcu wilgotny ślad.
– Tato, zdejmiesz mi koszulkę? – Mocuje się z materiałem, który zmoczony u dołu przylgnął do skóry.
– Tak, mogę ci zdjąć, ale wolę ją zostawić, wiesz, bo ona cię chroni przed słońcem, żeby nie poparzyło ci skóry.
– No dobra. Ale zdejmę majtki.
– A zdejmuj sobie. 
– Zobacz tato, mam bułkową rękę!
– Oho! I masz też bułkowe nogi! Popatrz! – Fi. w połowie oblepiony piachem – jakby obtoczony w panierce. – Śmiesznie!
– Tak, idę zmyć bułkowe ręce! – Włazi do rzeki. Wychodzi. Znów robi panierkę. Znów zmywa. 
Potem bierze błotną pigułę.
– Zaraz cię, tato, ochlapię! – Wrzuca mocno do wody, tuż przede mną – tak umyślnie.
– O, nie! Och, ty! Ochlapałeś mnie faktycznie! No to ja ciebie! – Teraz gonię go z garstką wody. Chlups! Śmiechy i chichy. Wracam do rzeki. Fi. wycofuje się na z góry upatrzoną pozycję. Za daleko jak na zasięg chlapania. 
– No, tato, teraz!
– Ok, biorę wodę!
– Tato, nie, już nie musisz mnie trzaskać wodą!
– Chyba raczej chlapać, nie trzaskać.
– Yyy, tato, już nie… Tato! Już nie musisz… Tato, już nie musisz mnie chlapać-trzaskać wodą.
– Dobrze, a ty nie musisz zawsze zaczynać zdania od początku, żeby było bezbłędne i idealne. Powtarzasz „tato, tato…”, a możesz zacząć od słowa, na którym się zaciąłeś. Mówiłem ci nieraz, bo to cię pewnie męczy niepotrzebnie.
Teraz zakopuję Fi. pod piachem – do pasa. Rusza palcami u stóp. Ścigamy się. On chce wygrzebać stopy, ja chcę je zasypać. Wtedy widzę, jaki jest z tego wszystkiego zadowolony i bardzo się cieszę, że mamy taki czas. Nie zdarza się to rzadko, ale też niezbyt często.
Potem piętnaście złotych za dzienny wstęp na wielką, dmuchaną zjeżdżalnię. Zastanawiam się: nie tak dużo, ale i nie mało. Hm… No, skoro już on tak bardzo chce… Korzysta – jak nakręcony: wspinaj się, zjeżdżaj, powtórz. Trzydzieści razy. Znów chwila szczęścia. A. prosiła, żebym go tu pilnował. Zbędne. Mógłbym sobie pójść. Mógłbym też zostać i pogrzebać w telefonie, ale… popatrzę, jak się cieszy. I chyba cieszy się również z tego, że ja patrzę. Może, w małym stopniu, chyba tak mi się zdaje.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: