Tylko staw się i stój!

Zegar tyka. Palce stukają o blat. Oczy wędrują to na zegar, to na palce. To znów na monitor, ale tamtędy prześlizgują się tylko. Nie ma szans skupić się na czymkolwiek. Tylko ten zegar, stukanie w blat. Czekanie. No dobrze, pora iść. Wstaje i bierze głęboki oddech, przeciera czoło. Ręka ześlizguje się po klamce. „Ręka? Jaka spocona! Do cholery, to już przesada. Wziąć się w garść trzeba”. Wychodzi, trzaska. Trzasnęło jakoś za mocno chyba. „Może tym zajmę myśli, zmartwię się zastępczo…” Idzie przez korytarz długi i ciemny, światła na automat wyłączają się zaraz dla oszczędności. Idzie przez zapach wytartej wykładziny i starej farby. Idzie, by stanąć i zawahać się przed samym wejściem, przed tabliczką „Dyrektor”. Zerka w bok. I wchodzi natychmiast, patrzy – tu on, dyrektor, trochę zaskoczony, że bez pukania… tam mignęła ona, której nie chce widzieć. Nie chce i dlatego tak nagle wparował. Jeszcze przez te pięć sekund uniknąć wzroku i „dzień dobry”. „Na pewno przygotowała się świetnie ta jędza. Papiery ma, tak, papiery na mnie, coś niosła. Oszczerstwa, puste słowa. A jednak słowa. I potem słuchaj: słowo przeciwko słowu. A czyje? Czy nie kłamliwe? To już nieważne, nieważne. Przechlapane”. A jednak przyszedł.

* * *

Zegar tyka. Długopis pędzi po kartce jakby w obłędnym natchnieniu. Geniusz? Ha, o piękna ironio! Dureń, błazen, cymbał, ale nie geniusz. Nic, nic nie wiedziałem. Nie wiedziałem przez te okropne pół godziny pustki. Jakby między uszami hulał wiatr. I w końcu olśnienie. Marne, bo marne, ale uchwyciłem się tej myśli, tego przebłysku pamięci, konceptu, który ma szanse na tróję, może czwórkę nawet. Może całoroczna średnia jest uratowana? Został kwadrans, a ja się modlę, żeby chociaż bez błędów to poszło. Z nerwów zjadłem już pewnie tuzin przecinków. Może nie warto było próbować? Przecież był ten drugi termin, poprawkowy. Wtedy, właśnie wtedy trzeba było przyjść, odroczyć to o parę dni, przygotować się. A jeśli i wówczas miałbym to samo zaćmienie, co dziś? Lepiej mieć drogę odwrotu. Lepiej spróbować pierwszej nadarzającej się okazji. Żeby móc wcześniej wygrać. Albo wcześniej ponieść porażkę. A jednak przyszedłem.

* * *

Zza miejskiego muru wstaje słońce. Gdzieś tam, w oddali majaczy pustynia Jeruel i podnóża gór, i wejście do doliny. To miejsce wzywa. Pomruk bitwy, której nie chcemy, a na którą jesteśmy skazani. Albo na zgnicie w głodowych męczarniach, w mieście oblężonym przez Moabitów i Ammonitów. Nie, to wykluczone. Padły już słowa. Wypowiedziane z przekonaniem i mocą. I z nadzieją.

Nie waszą rzeczą będzie tam walczyć, ustawcie się tylko i stójcie, i oglądajcie ratunek Pana, o Judo i Jeruzalemie! Nie bójcie się i nie lękajcie! Jutro wyjdźcie przed nich, a Pan będzie z wami! (2 Kron. 20:16-17, BW)

Autor: jpz2

Powiązane posty: