Talent

Urodzony handlowiec. U. bawi się z A. w sklep. U. ma już pewne doświadczenia, bo chodzi z mamą do „pani Malylki” po warzywa, owoce, dobry nabiał i… żeby wyłudzać krówki na ładne oczy.
– I co jeszcze mogę od ciebie kupić? – Pyta A.
– No, pomidolki. – U. siedzi za kasą i wykłada towar.
– A po ile?
– Yyy… pięćdziesiąt. – U. wali cenę z sufitu, ale co tam, ważna jest interakcja i ten dreszczyk, że coś zaraz opchnę mamie.
– Eee, to drogo. – Narzeka mama-klient.
– Mhm, taak. – Z szerokim uśmiechem potwierdza U. Ja się przysłuchuję i nie wiem, czy łapać się za czoło, czy za usta, by nie wybuchnąć śmiechem: urodzony sprzedawca, genialny handlowiec. Potrafi powiedzieć klientowi w twarz, że przepłaca i jeszcze się przy tym uśmiechnąć – tyleż uroczo, co bezczelnie.
Po chwili role się zmieniają: sprzedaje A., kupuje U.
– Ale Ulciu, musisz zapłacić tyle, co mi się należy, nie mniej. – Tłumaczy A. – Czy jak ja pójdę do pani Marylki i pani Marylka powie, że do zapłaty jest pięćdziesiąt, to ja mogę dać dziesięć i jest w porządku?
– Mhm…
– Ona ma talent do interesów, mówię ci. – Krzyczę ja z drugiego pokoju. – Ale mama, ma rację, Ula. Chyba że pani Marylka da na krechę albo okaże się być Arabem. I zacznie żądać, żeby się z nią targować. Ale wtedy mama przestanie do niej zaglądać.
Tą uwagą ściągnąłem U. do siebie. A chciałem mieć chwilę spokoju na dokończenie innej pracy. Swojego interesu nie dopilnowałem. A U. skrzętnie to wykorzystała.
Autor: jpz2

Powiązane posty: