Taka miłość się nie zdarza

Nic nowego nie da się powiedzieć w temacie przypowieści o synu marnotrawnym (Łuk. 15:11-32). Przewałkowane to zostało na wszystkie strony. Ale może da się coś świeżego?

Historię tę słyszałem od Philipa Yancey’a, ten z kolei od dr. Paula W. Branda. Brand był wybitnym lekarzem i misjonarzem w Indiach. Pewnego razu opowiadał tamtejszym ludziom przypowieść Jezusa o synu marnotrawnym. Mężczyźni z powagą i skupieniem wysłuchali go. Zadał im pytanie, co o tym myślą. Wtedy jeden z nich powiedział:
– To poruszająca i mocna historia, ale nierealistyczna.
– Dlaczego?
– Po pierwsze, gdyby w naszej wiosce którykolwiek syn poprosiłby ojca o swoją część dziedzictwa, na pewno by jej nie dostał. Spadek dostaje się po śmierci. A jeśli ktoś prosi o niego przed śmiercią spadkodawcy, to tak, jakby życzył śmierci staruchowi. Żaden ojciec nie zniósłby takiej obrazy i odrzucenia.
Po drugie, mówiłeś, że bogaty ojciec wybiegł na spotkanie synowi, który roztrwoniwszy majątek, wracał skruszony do domu, by pełnić rolę niewolnika. To również nie wydarzyłoby się nigdy w naszej wiosce. Tutaj wszyscy bogaci ludzie chodzą powoli, tylko biedni podwijają kiecę i dyrdają tu i tam, bieganie to oznaka ich niższości.

I to jest świeże spojrzenie – ludzi, którzy być może słyszeli o Jezusie pierwszy raz w życiu i mogli zdobyć się na trzeźwą, niereligijną ocenę. Ich wnioski były słuszne. Okazuje się, że pokazana w przypowieści miłość ojca do syna jest nierealistyczna. Nierealistyczna jest miłość mojego Boga do mnie. Chciałoby się powiedzieć: taka miłość się nie zdarza.

Mój Bóg pozwolił mi z siebie zakpić, a potem jeszcze wybiegł mi na spotkanie, choć to uwłacza jego nieskończonej wyższości, bogactwu. Czy rzeczywiście? Konkrety proszę.

Po pierwsze, Bóg dał mi w dziedzictwie część swojego tchnienia, moje życie. A co ja z nim zrobiłem? Rozprzedałem na swoje pożądliwości, zaprzedałem się grzechowi. Używałem sobie tak, jakby Ojca już w ogóle nie było.

Po drugie, gdy postanowiłem pokutować, wybiegł do mnie w dramatyczny i realny sposób; jego syn, Jezus Chrystus, w ludzkiej skórze, a właściwie obdarty pejczami z tej skóry, zawisł na krzyżu zamiast mnie. Umarł tam jako niepodobne do człowieka, krwawe coś. I tak Bóg się uniżył.

Są to znane fragmenty, ale przypomnę, bo warto:
I rzekł młodszy z nich ojcu: Ojcze, daj mi część majętności, która na mnie przypada. Wtedy ten rozdzielił im majętność. (Łuk. 15:12, BW)
Wstał i poszedł do ojca swego. A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go jego ojciec, użalił się i pobiegłszy rzucił mu się na szyję, i pocałował go. (Łuk. 15:20, BW)

Bóg pozwolił mi w sposób okrutny go odrzucić, potem mnie wypatrywał, zobaczył mnie, użalił się, rzucił mi się na szyję i pocałował. Każda z tych czynności, gdy się nad nią zastanawiam, sprawia, że łzy napływają mi do oczu. I dzięki zmartwychwstaniu Jezusa wiem, że to nie żadna, literacka fikcja mnie wzrusza. Ale żywa miłość.

Autor: jpz2

Powiązane posty: