Biblia w 65 słowach

Popularny w internecie skrót TL;DR („tool long; didn’t read” – „za długie; nie doczytałem”) coraz częściej określa podejście ludzi do jakiejkolwiek treści dłuższej niż sto słów. Nie dotyczy to tylko młodych.

Z jednej strony to chore (coraz trudniej przekazać dłuższe, cenne historie), z drugiej – to zdrowy odruch (informacji jest tyle, że trzeba wybierać i skracać).

A co, jeśli chcielibyśmy przepisać całą Biblię na nowoczesny język TL;DR? Natknąłem się na jedną z takich propozycji. Jednych może to śmieszy, a innym… cóż, może się przyda:

KSIĘGA RODZAJU
Bóg: No dobra, wy dwoje, nie róbcie jednej rzeczy. A co do reszty, bawcie się dobrze.
Adam i Ewa: Dobra.
Szatan: Powinniście zrobić tę rzecz.
Adam i Ewa: Dobra.
Bóg: Co się stało?!
Adam i Ewa: Zrobiliśmy tę rzecz.
Bóg: O, ludzie…
RESZTA BIBLII
Bóg: Jesteście moim ludem, nie możecie robić tych rzeczy.
Ludzie: Nie będziemy!
Bóg: Dobrze.
Ludzie: Zrobiliśmy.
Bóg: O, ludzie…

W tym westchnieniu zawiera się coś więcej, niż zawód. Jest też zapowiedź sądu, ratunku, odnowienia i panowania, i cała paleta emocji. W tym westchnieniu zawierają się setki biblijnych historii, ale też historia moja i twoja. TL;DR?

Samo się nie zbawi

Uwaga, moi ewangeliczni bracia i siostry, będę ocierał się o herezję. No bo jak można kwestionować niezbywalne prawo wstępu do nieba nabyte przez nowe narodziny? No jak? Nie wiem, ale Ezechiel pisze w imieniu Boga tak:

Odrzućcie od siebie wszystkie wasze występki, którymi wykroczyliście, a uczyńcie sobie nowe serce oraz nowego ducha. Dlaczego macie ginąć, domu Israela? Nie pragnę śmierci tego, co umiera – mówi Pan, Wiekuisty. Nawróćcie się i żyjcie! (Ezech. 18:31-32, NBG)

To ciekawe, po pierwsze dlatego, że jest skierowane do Wybranych, czyli jakby do ciebie i do mnie też. Czyli wisi nad nami groźba śmierci? A jednak? A czemu nie? Po drugie, dobra wiadomość jest taka, że Bóg, cokolwiek bym (złego) robił, tej śmierci sobie nie życzy. Nie czeka z utęsknieniem, aż ślepy wlezie w dziurę, wpadnie w dół i skręci kark. Ale woła: stój, zawróć!

Trzecia rzecz ciekawa: jak to ma być, że zawrócę? Czego potrzebuję ja – ślepy? Odnowionego umysłu, serca. Każdego dnia. Mam sobie to serce sprawić, odnowić, wymienić, obrzezać sam? Czy to Bóg zrobi? I tak, i tak. No proszę! Polecam wyszukać „serce” i postudiować Biblię. Naprawdę: raz Bóg mówi „zrób to sam”, a innym razem „zrobię to Ja”.

Bo tu nie ma miejsca na dogmaty i paradygmaty. Ja robię krok, Bóg dodaje sił i łaski. Zwracam uwagę na „ROBIĘ”. Bo jak pisze Jakub, „jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa” (Jak. 2:16 PUBG). Tu znowu: szok! Fizyczny uczynek jest czymś bardziej duchowym niż siedząca w mózgu wiara!

Kochani, na miłość boską, trzeba nam choćby kiwnąć palcem! Samo się nie zbawi!

Poza kolejką

Gwałtowny szturm na drzwi Lidla o 6 rano, pierwszego dnia promocji? Wzór do naśladowania! Bo tak właśnie od czasów Jezusa wygląda zbawienie. Takie ma być dzisiaj moje dobijanie się do bram nieba.

To jest kolejny odcinek z cyklu „Na tropie pozornych sprzeczności w Biblii”. Wpisuje się też w stary spór pt. „czy prawo Mojżesza wciąż obowiązuje”. Ale najciekawsze w słowach Jezusa jest, że się „każdy gwałtem wdziera do Królestwa” – co to ma znaczyć?

Prawo i Prorocy byli do Jana. Odtąd jest głoszone królestwo Boże i każdy się do niego gwałtem wdziera. I łatwiej jest niebu i ziemi przeminąć, niż przepaść jednej kresce prawa. (Łuk. 16:16-17, PUBG, zob. też Mat. 11:20)

Dwa wersety, a zamęt w głowie na dwie godziny. Najpierw przychodzi mi obraz uchodźców, którzy poza kolejką, bez spełniania jakichkolwiek formalnych wymagań, gwałcąc zasady ochrony granic, niekontrolowanym strumieniem napływają na terytorium obcego kraju.

Za sobą zostawiają ojczyznę, do której pewnie już nie wrócą. Trochę tęsknią, ale tu im będzie lepiej. Chcą zostać poddanymi króla i zasymilować się w jego państwie. Zupełnie tak, jak każdy (grzeszny) człowiek, przychodzący do Boga. Jeśli jest tu coś gwałtownego, to… pokuta i żarliwa wiara zdolna znosić przeciwności: „błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie (…) do nich należy królestwo” (Mt 5:10).

I co tych uchodźców jeszcze czeka? Muszą podporządkować się prawu. Ciekawe, że Jezus mówi o końcu prawa (Jan Chrzciciel jest cezurą) i jednocześnie o jego niezachwianej trwałości. O co chodzi?

Znów podkopuje autorytet faryzeuszy, którzy uczynili sobie z tego systemu źródło sporych dochodów. Bo to oni wpuszczali i wydalali z Królestwa. A właściwie, mówi Jezus, „sami nie weszli i innym wejść nie dali”. Ale już niedługo! Bo Król zaprowadza nowy porządek. Posyła Zbawiciela, przywraca rządy nad sercami gwałtowników, których urzekła Jego miłość.

Kto ci powiedział, że to koniec?

Stój, nie wychodź, proszę. Wiem, co teraz myślisz… I myślisz, że ja myślę to samo. Że już nie ma o czym mówić, że cię skreśliłem. 

Czy ja powiedziałem, że już nie chcę cię więcej widzieć? Czy myślisz, że to takie łatwe: po prostu olać kogoś dlatego, że on olał ciebie?!

Boli. 

Wiele myślałem o tym, jak mogę cię przy sobie zatrzymać. Nie dbam o to, co o mnie pomyślą głupcy, szydercy; czy w ich oczach nie okażę się mały. Jeszcze zdążą mnie poznać.

Ale dbam, zabiegam o to, co ty będziesz o mnie mówić, myśleć. I stąd moja prośba: stój, nie wychodź. Nie odchodź. Wróć. Wróć, bo ja nie odszedłem. Jaki masz dowód, że było inaczej? Nigdy nie chciałem rozwodu, nawet nie sugerowałem, nie pragnąłem.

Nie było mnie? Byłem. Obok. Obojętny? Bynajmniej! Nie walczyłem? Zrobiłem wszystko. I patrzyłem na każdy twój ruch. Musiałem patrzeć! Wiem wszystko.

Milczysz… Powiedz coś…

Tak mówi Wiekuisty: Gdzie jest list rozwodowy waszej matki, przez który ją porzuciłem? Albo gdzie są Moi wierzyciele, którym musiałem was zaprzedać? Oto jesteście zaprzedani przez wasze grzechy, a przez wasze występki porzucona jest wasza matka.(Iz 50:1, NBG)

Ach, jaki jestem (nie)idealny

Dziś krótko. O Dawidzie, królu. No bo jak on mógł? Jak i po co mógł popadać w takie skrajności? Pisze, że już prawie umiera nędznie, a po chwili, że jest czysty, prawy, sprawiedliwy i…

…i w ogóle NAJ! – Chciałoby się dodać. Z jednej strony w Psalmie 14 (i 53) pisze, że „wszyscy odstąpili, razem się zepsuli; nie ma takiego, co czyni dobro, nie ma ani jednego„. Z drugiej strony w Psalmie 18 dwa razy podkreśla:

Wiekuisty mnie wynagradza według mojej sprawiedliwości, odpłaca mi według czystości moich rąk (…) Bóg mi oddaje według mojej sprawiedliwości, według czystości moich rąk, która jest przed Jego oczami. (Ps 18:21,25, NBG)

Czytając o wrogach Dawida, jak był „osaczony” itd. zapewne niejeden człowiek myślał: ja nie mam takich wrogów, a przynajmniej ich nie widzę. Albo więc jestem szczęściarzem, albo ignorantem.

Podobnie z tymi „czystymi rękami”; mówię: nie jestem wcale taki sprawiedliwy. A przynajmniej tego nie doceniam. Bo jestem teologicznym zbukiem, który nie potrafi się cieszyć z prostych rzeczy i chwytać nadziei.

Dawid nie był filozofem. Często myślał i pisał sercem. Czy przesadzał? Może. Tym bardziej mi się podoba to oddawanie Bogu swoich, nawet przesadzonych, obaw, smutków i radości. To… emocjonowanie się przed Bogiem.

A najbardziej podoba mi się to, że w każdej sytuacji, czy Dawid był zgnębiony, czy podniesiony na duchu, pozostawał wdzięczny tylko Bogu i tylko z Nim widział swoją przyszłość.

Głupie gadanie

Mówią, że im człowiek starszy, tym częściej mu się zdarza myśleć: jak ja, kurde, mało wiem. Im człowiek dojrzalszy, tym więcej pytań i mniej odpowiedzi. Im człowiek mądrzejszy, tym głupszy? Jak to?!

Do takiego słusznego wieku musiał dojść Sokrates, gdy wypowiedział słynne „wiem, że nic nie wiem”. Podobną dojrzałością cechował się Apostoł Paweł, Szaweł z Tarsu, znawca Pism i Prawa, wykształcony, sroce spod ogona nie wyleciał, a jednak…

Bracia, nie przybyłem do was, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. (1 Kor 2:1-2, BT)

Na pewno nie jest to pochwała ignorancji. Paweł pisze „postanowiłem nie znać/ nie umieć”, a tak może powiedzieć tylko ktoś, kto coś więcej zna i umie. Kiedy tak powie profesor, to nadstawimy ucho, co zamiast…? Kiedy to powie żółtodziób, zaraz prychniemy, że cymbał.

Paweł z pewnością coś wiedział i umiał. Listy apostolskie, będące próbką jego talentu, oddają łatwość, z jaką potrafił przywoływać wersety z Pism hebrajskich, żonglować nimi i perorować. Takie wyznanie, jak z powyższego cytatu, można by więc uznać za przejaw kokieterii.

Z drugiej strony, co bym powiedział o Pawle, gdyby nie ten cytat? Że jest jakimś uczniem sofistów, którzy w tych czasach mieli już łatkę retorów, co to każdego kota ogonem odwrócą. „I nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne…” Tak i Paweł naumiał się Prawa, a teraz na podstawie Mojżesza i proroków spiera się z wyznawcami… Mojżesza i proroków!

No, dosyć tych fantazji. Przecież napisał wyraźnie: nie przyszedłem, żeby kazać wyniośle ex cathedra, brylować i błyszczeć, nie… Postanowiłem wrócić do prostoty. – Na czym się znam? – Pytacie. Na Jezusie. I to ukrzyżowanym. Znam się na Chrystusie bezprawnie skazanym, haniebnie zamordowanym i pozbawionym czci. Oto moja wiedza. Kupujecie to?

No właśnie. Dlatego pisze Paweł dalej: „przybyłem do was w słabości i w lęku, i w wielkiej trwodze” (2:3, BW) Dzisiaj mamy trochę inny kontekst, mówię komu: słyszałeś o Jezusie na krzyżu? – Pewnie, stary, ale o co ci chodzi? – Chrystus jest dziś inną figurą kulturową niż wtedy. Ale jedno się nie zmieniło: mowa o krzyżu jest głupia.

Oczywiście, żeby to przyznać, trzeba zdjąć płaszczyk religijności. I okulary mądrali. Głupio się wtedy wygląda. A może ta głupota to nie głupota, ale taka „niezręczna cisza” – miejsce na „Ducha i moc”. To są dwie rzeczy, których boją się wszyscy mądrale.

Krzyż jest absurdalny

Dla wielu ludzi tak właśnie jest. Przyzwyczaiłem się do tego. Jak pisze Apostoł Paweł „mowa o krzyżu jest głupstwem dla świata”. Jest absurdem. Jak ten absurd pojąć i przyjąć? To dość oczywiste.

Przeczytałem w pewnym miejscu rzecz, która miała być jednym z koronnych argumentów za tym, by chrześcijaństwo uznać za fałszywe:

Teologia chrześcijańska jest niespójna tak, że dochodzi do absurdów. Bóg, zabijający swego syna po to, by przebaczyć nasze przyszłe grzechy to jakbym ja złamał swojemu synowi nogę, żeby móc przebaczyć sąsiadowi na wypadek, gdyby kiedykolwiek zaparkował na moim podjeździe. To śmieszne!

U początku każdego nonsensu zwykle stoi jakieś kłamstwo, czyż nie? No to zastanówmy się, jak to jest z tym zabijaniem własnego syna. Hm… Właściwie nie potrzebuję zbyt długo nad tym myśleć. Niech sprawę wyjaśni sam ten „zabity syn”. Natychmiast przychodzi mi do głowy jego – Jezusa przypowieść:

Pewien człowiek zasadził winnicę i wydzierżawił ją wieśniakom, i odjechał na dłuższy czas. A we właściwym czasie posłał do tych wieśniaków sługę, aby mu dali owoców z winnicy. Ale wieśniacy, obiwszy go, odprawili z niczym. [Tak też było z drugim i trzecim] Rzekł właściciel winnicy: – Co mam uczynić? Wyślę syna mego umiłowanego; może tego uszanują. – Lecz gdy go wieśniacy ujrzeli, rozprawiali między sobą, mówiąc: To jest dziedzic, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze. I wyrzuciwszy go poza winnicę, zabili. Co więc uczyni im właściciel winnicy? Przyjdzie i wytraci tych wieśniaków, a winnicę odda innym. (Łuk. 20:9-16, BW)

No to kto tu jest śmieszny, niepoważny? Kto ociera się o absurd? Pan winnicy – Bóg, czy raczej dzierżawcy – wieśniacy? Ja nie mam wątpliwości, ale gdyby ktoś miał, to jeszcze raz:

To jest dziedzic, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze.

To jest naprawdę śmieszne. I straszne. Przerażająca jest ludzka głupota. Boże uchowaj mnie! Uchowaj, bo jak mówi przysłowie, „nie śmiej się, dziadku, z czyjegoś wypadku… dziadek się śmiał i to samo miał”. Czy Bóg posłał swojego syna na świat po to, by go zgładzić? Tak, ale jego odrzucenie i śmierć oraz zmartwychwstanie jest zarówno powodem sądu i kary, jak i przebaczenia i zbawienia. Jak na kamieniu węgielnym można oprzeć budowę albo… roztrzaskać się o niego.

Czegoś więc brakuje w tej analogii. Nie tylko zmartwychwstania, to jest jakby uzdrowienia złamanej nogi. Fałszywe jest przypisywanie sprawstwa tej kaźni Bogu. Tak, „spodobało się Panu zmiażdżyć go cierpieniem” (Iz 53:10, BT), ale czy zrobił to sam? Nie, ale zrobili to dzierżawcy winnicy – my, grzeszni ludzie. Każdy z nas dołożył swój kamień, swój gwóźdź do krzyża. Nie skorzystać wobec tego z ostatniej szansy – to dopiero absurd.

Nie podniecaj się tak, to tylko kamienie

Czym tu się podniecać? Ściany, kolumny, sufity, posadzki, święte przedsionki. No tak, ładne to, okazałe, ale… co z tego? Dziś dostaję „drobną” radę, co jest naprawdę zachwycające.

Wychodzili na Górę Oliwną. To właściwie pagórek. Górka. Wyszli z olbrzymiej świątyni przez Złotą Bramę. Dziś jest zamurowana, zatarasowana cmentarzem. Jedyna brama w Jerozolimie, która prowadzi z zewnątrz wprost na teren świątynny.

Wdrapywali się coraz wyżej i wyżej. Szli razem – Jezus i dwunastu. Może to był Piotr, może Jakub… obrócił się na chwilę tyłem do szczytu, a przodem do świątyni. Westchnął sobie z zadowoleniem jak, nie przymierzając, Waluś Kwiczoł z „Janosika”, podziwiający tatrzańskie stoki. I mówi:

„Nauczycielu, patrz, co za kamienie i co za budowle!” (Mar. 13:1, BW) A Jezus mu odrzekł: „Te wielkie budowle? Nie zostanie z nich kamień na kamieniu, który by nie został rozwalony.”

Ale go zgasił. – „Jezu, no co ty? Przecież to jest cud świata. Może kiedyś ktoś to rozwali, tfu, ale póki co… mucha nie siada!” Ja bym tak powiedział. Albo pociągnął Jezusa za język: – „Ale co, ale kiedy, kto i jak?” Tak też zrobili uczniowie. Siedzieli już sobie na szczycie, mając widok na całe miasto. Piotr, Jakub, Jan i Andrzej zaczęli go pytać na osobności: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak, gdy to wszystko będzie się spełniać?”

Jezus zaczął przepowiadać przyszłość, jak to będzie u końca czasów. I powiedział między innymi: „Gdy ujrzycie ohydę spustoszenia – tam, gdzie być nie powinna – kto czyta [proroka Daniela], niech uważa – wtedy ci, co są w Judei, niech uciekają w góry”.

Chodziło Jezusowi o spustoszenie świątyni i Jerozolimy. Jest więc jasne, że nie lekceważył przybytku, nazywał go przecież „domem swego Ojca”. Dlaczego więc tak ostudził emocje swoich uczniów?

Żeby na to odpowiedzieć, warto poczytać dalej; jak zawsze – kontekst. Rozdział 13 wypełniony jest, jak wspomniałem, przepowiednią końca czasów i zakończony powtarzającym się wezwaniem: „Czuwajcie!” Mam czuwać ze względu na nadzieję. A nadzieję mam z wiary, że jestem wybrany. A wybrani zostaną zbawieni.

Przypomina mi się inna sytuacja, w której Jezus studził emocje uczniów. A właściwie chciał je „przesunąć”: „nie z tego się radujcie, iż duchy są wam podległe, radujcie się raczej z tego, iż imiona wasze w niebie są zapisane”. (Łuk. 10:20, BW)

Widzialne, wspaniałe sprawy, jakie widzę we współczesnym kościele, mogą przyciągać moją uwagę, budzić podziw. Jedni podniecają się Licheniem, a inni poziomem organizacji konferencji chrześcijańskich. Powstają kółka zainteresowań, podziwu, czci dla… rzeczy zbudowanych ludzką ręką. A tymczasem wystarczy (i należy) ograniczyć swoją radość do… faktu własnego zbawienia. To zmienia wszystko!

Proszę, uwielbiam, czekam

Takie następstwo wygląda na nielogiczne. Czasem ktoś mnie prosi o pomoc, a ja się zgadzam. Wtedy ta osoba dziękuje mi. A ja odpowiadam: „podziękujesz, jak już zrobię”. Ma to sens?

Ma. Ale Dawid robił inaczej, a dowód tego znajduję w Psalmach. Sporo z nich, zaczyna się od opisu beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znajduje, opisu jego wrogów, którzy chcą go zgładzić, potem jest prośba do Boga o ratunek i zapowiedź, że kiedy pomoc nadejdzie, Dawid będzie uwielbiał, wychwalał swojego wybawcę.

I właściwie ostatnie słowa są już tym uwielbieniem, zapowiedzią zwycięstwa, proklamacją bożej sprawiedliwości, wierności, łaski. Tak, jakby Dawid nie czekał na odpowiedź Boga, ale już upewniał się co do dobrego zakończenia. Można zapytać: a co mu pozostało? Nie wiem… chyba biadolenie i czekanie na smutny koniec. To też jest jakaś opcja.

Zachowanie Dawida jest zachęcającym wzorem, że nawet pod silną presją, gdy zdolność logicznego myślenia często spada do zera, można robić jedno: chwalić Boga. Jest to bardzo krzepiące, ale też… DZIAŁA. Działa? Pewnie. Można w to wątpić albo… można wypróbować. Gdy nadejdzie kolejny kryzys w moim życiu, będę powtarzał słowa Psalmów:

Zrzuć na Pana brzemię swoje, A On cię podtrzyma! On nie dopuści, by na zawsze zachwiał się sprawiedliwy. (Ps. 55, BW)
To wiem, że Bóg jest ze mną. Bogu, którego słowo wysławiać będę, Panu, którego słowo wysławiać będę, Bogu ufam, nie lękam się; cóż mi może uczynić człowiek? Tobie, Bożą, spełnię śluby, Tobie złożę ofiary dziękczynne, boś od śmierci ocalił duszę moją, nogi moje od upadku (Ps. 56, BW)
Gotowe jest serce moje, Boże, Gotowe jest serce moje, będę śpiewał i grał, zbudź się, chwało moja! Zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę. Wysławiać cię będę, Panie, wśród ludów, Będę grał tobie wśród narodów, bo wielka jest łaska twoja aż do niebios i aż do obłoków sięga wierność twoja. (Ps. 57, BW)
Ale ja opiewać będę moc twoją, rano weselić się będę z łaski twojej, boś Ty był twierdzą moją i ucieczką w czasie mej niedoli. Mocy moja, tobie będę śpiewał, boś Ty, Boże, twierdzą moją, Boże mój łaskawy. (Ps. 59, BW)

Bo tak robią wszyscy

Wydaje się to dziecinne tłumaczenie, a przecież tak często korzystamy z niego w dorosłym życiu, oszukując siebie, innych ludzi, czy wreszcie… samego Boga.

Ostatnio wspominałem na tym blogu o „podwójnym” zbawieniu: „od” i „do”. Od niewoli egipskiej i do wolności (świętego życia) w Kanaanie. Każdy z nas, którzy nawracamy się do Boga, postanawiając żyć dla Niego, musi się w tym odnaleźć. Nazwać, zdefiniować swoje „od” i „do” we własnym życiu. Nie byłem w Egipcie, nie byłem też w Kanaanie. Jestem Polakiem, żyjącym w XXI wieku. Skąd jestem i dokąd zmierzam… z Bogiem? Obie te rzeczywistości nie są żadnym pewnym gruntem, fundamentem, opoką.

Tego, co czynią w ziemi EGIPSKIEJ, w której mieszkaliście, nie czyńcie. Tego, co czynią w ziemi KANAAN, do której was wprowadzę, nie czyńcie. Nie będziecie postępować według ich obyczajów. Będziecie wypełniać MOJE wyroki, będziecie przestrzegać MOICH ustaw, aby według nich postępować. Ja jestem Pan, Bóg wasz! (3 Moj./Kpł 18:3-4, BT)

Tylko Bóg i jego słowo jest pewnym gruntem. Ale to ciekawe, że Bóg widzi zagrożenia zarówno w przeszłości, jak i przyszłości swojego ludu. Po pierwsze, przestrzega przed tym, co było. I to rozumiem, czuję; mam w pamięci trochę złych doświadczeń i własnych błędów, których nie chciałbym powtarzać, od których, jak wierzę, Bóg mnie już uwolnił.

Po drugie, przestrzega przed tym, co będzie. Ale jak to? Czyż Bóg nie ma o mnie „myśli o pokoju, a nie o niedoli”?, „aby zgotować mi przyszłość i natchnąć nadzieją”? (Jer. 29:11-12) Ma, ma dla mnie dobre rzeczy, ale to nie znaczy, że pozbawił moją przyszłość konfrontacji, prób, pokus, skrótów i bocznych dróg przez manowce.

Z jednej strony znajdę się w miejscach i przejmę „ziemię”, błogosławieństwo tych, którzy je utracili z powodu swoich ustawicznych, ohydnych uczynków. Z drugiej strony będę miał wiele okazji, by „skorzystać” z ich wzorców postępowania. Wszyscy tak robią – ci, których znałem i ci, których dopiero poznam. I czego się dorobili! Czy miasta egipskie i kanaanejskie nie wyglądają świetnie?