Nie wytrzymam na wolności

Dzisiaj nic nie napiszę „do słuchu”. Nie mam bon motu, puenty i „kredą w kominie” (choć lubię). Ale tylko parę myśli dręczących na temat wolności. Żeby się może komuś udzieliło. Przeczytałem: 

Ale oni, nasi przodkowie, hardzie czynili; usztywnili swój kark i nie słuchali Twoich nakazów. Owszem, nie chcieli słuchać oraz nie wspominali Twoich cudów, które przy nich czyniłeś. Usztywnili swe karki, mianowali sobie wodza, by w swym uporze powrócić do niewoli. Lecz Ty ich nie opuściłeś, Boże przebaczający, łaskawy, miłosierny, nieprędki do gniewu na twarzy oraz wielkiej miłości. (Neh. 9:16-17, NBG)

Trzy zdania gwoli jasności:

  1. przodkowie wyszli z niewoli egipskiej;
  2. wybierając sobie króla, nie trafili w niewolę obcego ludu;
  3. wybierając sobie króla, trafili w niewolę własnego króla.

Ciekawe: będąc poddanym króla, w pewnym sensie jestem niewolnikiem. Podobnie jest w republice, choć w bardziej zawoalowany sposób. Czy więc warunkiem prawdziwej wolności jest anarchia? Nie, przecież Bóg uwolnił Izraela, a przy tym miał być jego Królem. To się ze sobą nie kłóci.

Chociaż faktycznie, jest tu jest pewien paradoks: warunkiem prawdziwej wolności jest… poddanie się – temu jedynemu właściwemu Królowi. Może tak być z jednego powodu: to jedyny król, który daje wolną wolę. „Kładę przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo”. 

Jedni wybierają życie, a drudzy, bardziej lub mniej świadomie – śmierć. Zabawne, że jedni i drudzy uważają siebie za bardziej wolnych. A przecież oba wybory są równie wolne. Tylko konsekwencje są różne. I nawet nie chodzi o sąd ostateczny, który czeka wszystkich; „dobrych” i „złych”.

Napisane jest: kto choć raz zgrzeszył, ten jest niewolnikiem grzechu. To zupełnie pod włos obiegowej opinii, że wolność oznacza niezależność, czy wręcz przekorę.

Chyba dlatego właśnie powstały religie i królestwa, państwowość, do dziś silnie zazębione, żeby tę anarchię okiełznać setkami ludzkich nakazów i zakazów. A my, Polacy, wiemy dobrze, że ani obca, ani własna władza… No właśnie. Ciekawe, prawda? Ciekawe o tyle, że nie zaczyna się w Sejmie czy Episkopacie, tylko w domu. W każdym domu.

Szczęście na zawołanie

– A czy masz jakieś swoje marzenia? – zapytał ktoś Wiolę – misjonarkę. Zamyśliła się i zamilkła na moment. Od przeszło godziny mówiła bez przerwy: o tym, co w ostatnim czasie robiła, czego doświadczyła, nauczyła się, cudach, które widziała i świadectwach Bożego działania, które słyszała.

– Ale co, chodzi ci o takie osobiste? No tak, może chciałabym zobaczyć Gruzję, Grenlandię, ale… właściwie najbardziej bym chciała mieć w końcu taki czas tylko na bycie z Tatą, z Bogiem. Często za tym tęsknię.

Ostatnio myślałam o tym – ciągnęła dalej – i do tego chcę was zachęcić, żeby w każdej sytuacji znajdować Boga, słuchać i cieszyć się Jego obecnością. Usłyszałam to od Niego wyraźnie, że nie ma takich okoliczności, które mogłyby nam przeszkodzić. Kiedy byłam w Sudanie, czułam, że On jest, nawet jak żołnierze… jak kule latały dookoła -wspominała Wiola z jakimś nieadekwatnym spokojem.

Myślałem o tym i o dwóch fragmentach, które moja znajoma misjonarka przywołała:

Zatem Szarak, Meszak i Abedne odpowiedzieli, mówiąc królowi: (…) Oto będzie, że Bóg, którego my chwalimy i który jest władny wyrwać nas z pieca pałającego ogniem – On nas wybawi! A jeśli nie, niech ci będzie wiadomo, o królu, że nie będziemy czcić twoich bogów, ani kłaniać się złotemu obrazowi, który wystawiłeś. (…) A trzej związani mężowie Szarak, Meszak i Abedne, wpadli w środek pieca pałającego ogniem. (Dan. 3:16-18,23, NBG)

I drugi cytat:

To wam powiedziałem, abyście mieli pokój we mnie. Na świecie będziecie mieć ucisk, ale ufajcie, ja zwyciężyłem świat (Jan 16:33, PUBG)

Jak to: zwyciężył świat, a mimo to na tym świecie będziemy mieć ucisk? To po co zwyciężył? Po co umarł i powstał z martwych? – Nie po to, żeby zmieniać trudne okoliczności. – Komentowała Wiola. – Nie po to, żebyśmy mogli uniknąć ognistego pieca. Choć to się czasem dzieje. OK. Ale krzyż był głównie po to, żebyśmy bez względu na wszystko, co się wokół dzieje złego, mogli spokojnie być przed Nim, bo… nie ma nic słodszego.

PS.

Umiłowani, nie dziwcie się temu ogniowi, który na was przychodzi, aby was doświadczyć, jakby was coś niezwykłego spotkało; (I Ptr. 4:12, PUBG)

Nad rzekami Babilonu

Każdy słyszał Boney M.: „By the rivers of Babylon, there we sat down Ye-eah we wept, when we remembered Zion”. Dużo mniej z nas wie, że słowa pochodzą z Psalmu 137, a już tylko garstka wzięła je sobie do serca.

Tymczasem ja czuję, jakby były napisane dla mnie na dziś. A nawet na dziś wieczór. Na teraz. Izraelici wieszają na wierzbach swoje lutnie. Ja odkładam na bok swoje ukulele. Ciężkim krokiem, już po ciemku niosę zakupy z samochodu i po schodach. Ciężko w ciele, ciężko na duszy. Co ich trapiło, a co męczy mnie?

Babilon. Uprowadzenie, życie w rozproszeniu na obcej ziemi, w kraju okupanta. Z jednej strony, życie się nie kończy, trzeba jakoś do przodu. Z drugiej strony…

Jakże my mamy śpiewać pieśń WIEKUISTEGO na obcej ziemi? Jeżeli cię zapomnę, Jeruszalaim, niech zdrętwieje moja prawica. Niech mój język przylgnie do mego podniebienia, jeślibym nie pamiętał o tobie, jeślibym nie postawił Jeruszalaim [ponad największą moją radością]. (Ps. 137:4-6, NBG)

„Obca ziemia” to dzisiaj co innego; nie obszar geograficzny, jak Babilon. Jak mówią; nie kraj, ale stan umysłu. Skupienie na kręceniu swoich spraw, zapomnienie o czymś absolutnie najważniejszym, pięknym, doskonałym, potężnym: o Królestwie Bożym.

O świecie bez złości i chorób. O świecie poddanym Jezusowi z miłości. Jeżeli o tym zapomniałem, niech zdrętwieje mi ręka, niech język stanie kołkiem. Jeśli zapomniałem, to nie tylko jestem niewolnikiem, ale nawet się z tym pogodziłem.

Żydzi nie powinni byli się przyzwyczajać do wygnania babilońskiego. Ja nie powinienem nigdy przywyknąć do troski. Jezus uczył: „nie troszczcie się… spójrzcie na lilie wodne…” Ilekroć troska powraca jako treść codzienności, tylekroć żywot robi się ciężki, nieatrakcyjny, nieznośny.

Co jest najciekawsze: do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do takiego szarego życia. Tylko czy warto? Nie… A jeśli nie, to… Czy umiem jeszcze co jakiś czas zapłakać nad rzekami Babilonu?

Czy da się wygrać życie

Mówi się: wygrał życie na loterii. A reszta śmiertelników to co? Reszta próbuje, jak może. Grają jak umieją. Ciężka to praca, a nierzadko daremna. A gdyby tak pomyśleć inaczej, beztrosko?

Gdyby było tak pięknie, że można wygrać na loterii. Albo chociaż tak, że ciężką pracą zawsze się dorobisz. Gdyby tak… było, to nie powstałyby przysłowia i powiedzonka typu: „nie ma sprawiedliwości na tym świecie” albo „biednemu zawsze wiatr w oczy”, albo „taka karma”.

Czasem człowiek się narobi, a nic z tego nie ma. Nic nowego pod słońcem. Widać podobnie czują ludzie od wieków, skoro psalmista pisze:

To wam jest na marne; tym, którzy wcześnie wstajecie, do późna przesiadujecie i spożywacie chleb znoju; bo to samo, podczas snu, daje Swojemu ulubieńcowi. (Ps. 127:2, NBG)

Znajomy skomentował: „albo Bóg gra nie fair, albo ma poczucie humoru, którego ja jakoś jeszcze nie ogarniam”. Bóg ma jakichś swoich ulubieńców, których faworyzuje, rozpieszcza, a inni, którzy uczciwie harują, ledwo wiążą koniec z końcem. To demoralizujące, no nie? Tak, oczywiście. Jeśli tak postawimy sprawę… Ale spójrzcie jeszcze na jedną scenę z życia Jezusa.

Siedzi sobie przy studni, odpoczywa, czekając na swoich uczniów, którzy poszli po jedzenie. Zjawia się Samarytanka. Jezus ma kilka powodów, by ją zignorować i słowem się nie odzywać. Ale prosi o wodę i nawiązuje rozmowę. W finale ta kobieta, poruszona do głębi, uznaje go za Mesjasza i szczęśliwa biegnie do miasta, rozpowiadając, kogo spotkała.

W tym samym momencie wracają uczniowie z jedzeniem. Głupio im pytać, czemu się zadaje z Samarytanką, więc tylko proszą: – Mistrzu, jedz! – I teraz najlepsze… Jezus odpowiada:

Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie (…) Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał, i dokonać jego dzieła. (Jan. 4:32,34, BW)

I co? Dlaczego nie dopraszał się Samarytanki o ten cholerny kubek wody po wielogodzinnej wędrówce, tylko prowadził jakąś „zbędną” konwersację? Dlaczego nie chciał jeść, kiedy wreszcie mógł? Coś chciał udowodnić? Myślę, że… nie. Po prostu miał taką radochę, że nawet nie chciało mu się pić i jeść.

To nie była teologiczna gadka zmurszałego rabbiego, który kiwa chudym palcem i poucza prostaczków o wyższych wartościach, jak jakiś Platon. To były słowa prawdopodobnie podyktowane zwykłymi emocjami. Bo Jezus był w ciele i przeżywał wszystko tak, jak my. Pasja, z jaką podchodził do swego powołania, powodowała cierpienie, gniew, radość. Był tym pochłonięty. Był bożym ulubieńcem. Jedzenie, picie przychodziły… same, kiedy odpoczywał. Jak w Psalmie.

A czy wygrał swoje życie?

Bóg wybiera wkurzonych

Jeśli jesteś uparty jak ja i zdarzało ci się uczucie, że przyjęcie nagany cię przerasta, i złośliwie obstawałeś przy swoim, to… dobrze trafiłeś – ten tekst (dziś trochę dłuższy) jest właśnie dla ciebie.

A może przeciwnie, starasz się być w porządku wobec wszystkich – ludzi i Boga – i czasami zdaje się, jakby nikogo to nie obchodziło? I znosisz fakt, że jest po prostu porażka i bida z nędzą, i… to jest strasznie wkurzające, żeby gorzej nie powiedzieć. Jeśli tak, to również dobrze trafiłeś – ten tekst jest dla ciebie. Bo tak naprawdę mogę być jednym i drugim typem człowieka – zależy od mojej decyzji.

Księga Sędziów zaczyna się od opowieści, jak Izrael zamieszkał w swojej Ziemi Obiecanej, nie wypędził wszystkich jej mieszkańców, jak miał przykazane – nie zdołał albo nie chciał – i między innymi z tego powodu szybko odwrócił się od Boga. Odwrócił się, to znaczy zaczął sobie żyć swoimi sprawami, na kocią łapę, zapoominając, że coś trzeba, a czegoś nie wolno i że są jakieś świętości, których szargać się nie godzi i… nie warto po prostu.

I Bóg to wszystko widzi, gniewa się i z bólem serca postanawia dać nauczkę. Napadają na Izrael narody, które jeszcze nie tak dawno… uciekały. A jeden z tych narodów rozbisurmanił się wyjątkowo. Najeżdżał, wyjadał wszystko do cna, tak że „Izrael bardzo zbiedniał” (6:6).

I oto jest sobie pewien Żyd, który jak wszyscy jego bracia klepie biedę. I tę biedę klepie dosłownie.  Siedzi w jakiejś ciemnej norze, brudny, spocony, głodny i klepie cepem o klepisko, młóci jakieś nędzne resztki tego, co się udało zebrać przed albo po Midianitach. Po tych psach okrutnych. Bolą go plecy, to się prostuje. Walnął się w głowę. – Aj! Te ohydne pieczary, jamy, do cholery! Kiedy to się skończy?! – Spluwa z obrzydzeniem i pasją, i znów: klep! klep! klep! I w tedy przychodzi jakiś facet i mówi:

— Wiekuisty z tobą, dzielny rycerzu! – A Gideon mu odpowiedział:
— Przepraszam, mój panie! Czyżby Wiekuisty był rzeczywiście z nami? Czemu więc, to wszystko nas spotkało? I gdzie są wszystkie Jego cuda, o których nam opowiadali nasi ojcowie, mówiąc: „Czy nie Wiekuisty wyprowadził nas z Micraim?” A teraz Wiekuisty nas porzucił oraz podał nas w ręce Midjanitów. – Wtedy Wiekuisty zwrócił się do niego, mówiąc:
— Idź z tą twoją mocą, a wybawisz Israela z ręki Midjanitów. Zaprawdę, Ja cię posyłam! – Zatem Mu odpowiedział:
— Przepraszam, Panie! Czym mam wyratować Israela? Przecież mój ród jest najsłabszy w pokoleniu Menasze, a ja najmniej znaczny w domu mojego ojca. (12:15, NBG)

Jest coś, za co nie można nie kochać Gedeona – to jego prostolinijność i szczerość. Mówię o tym samym, co widać u Natanaela, który dziwi się na wieść o Jezusie-Mesjaszu: „Czy z Nazaretu może być coś dobrego?” (Jan. 1:46, BW) Jezus się nie obraża, ale komentuje z uznaniem: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma fałszu”. (47) W całej historii Gedeona to się tylko potwierdza, polecam! (Sędz. 6-8)

Ta cecha Gedeona była, jak sądzę, decydująca. Ta szczerość i pewien rodzaj zdrowej frustracji sprawiły, że został wybrany przez Boga na generała, na wybawcę Izraela. Te cechy sprawiły, że nie zawahał się, gdy przychodziły trudne momenty i… rozkazy. Tak, bywało, że zwlekał i prosił o potwierdzenie. Tak, bał się. Ale się nie wycofał. Wiedział, jaka jest stawka. Brzydził się tą niewolą i jej przyczyną – bałwochwalstwem.

Był wkurzony po prostu. Jeśli został wybrany przez Boga, musiał odznaczać się też jakąś dozą świętości, sprawiedliwego postępowania. Ale jak każdy bohater biblijny nie był bez wad, co czyni go postacią tym bardziej interesującą i łatwą do utożsamienia się. A propos utożsamienia; jaki ja mam stosunek do rzeczywistości i smutnych faktów? Czy w ogóle je zauważam? Traktuję jak przeszkodę, czy raczej okazję do spełnionego życia? Do tego, by zostać „wybawicielem”, skoro tylko nadarzy się okazja?

Zachować dystans

Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy. (Gal. 6:2, BW)

Nie, to się nie uda. Nie uda się. To, co się tutaj udaje, to tylko te rowy, taczki, kopce. Możesz kopać, wywozić ziemię, sypać kopce. O, tak. To się udaje. Jeśli w ogóle można to mierzyć w kategoriach sukcesu. Jeśli to w ogóle jest mierzalne. Tak, jest. Mierzyć można na metry, tony, godziny. Ale nie, nie jest. Bo niepoliczalne jest i niemierzalne coś, co odczuwamy: cierpienie albo jakkolwiek chcesz to nazwać. To jest to, do czego zawęziło się tutaj i teraz nasze rozumienie świata i siebie, siebie nawzajem.

— To się nie uda. – Mówię do hrabiego. Hrabia próbuje zachować resztki dystansu. Możemy mieć tyle dystansu do rzeczywistości, co Achilles do żółwia, zgodnie z pokręconą myślą starożytnego Zenona. Odebrano nam połowę przytomności, naszego człowieczeństwa – zdolności postrzegania rzeczy z jakiejś wyższej przestrzeni, zdrowych doświadczeń młodości. Potem z tej połowy zabrano jeszcze połowę. Zostało ćwierć. Z ćwierci znów połowę. I z tego znów połowę. Tak, że każdego dnia, pogrążamy się o połowę bardziej w stosunku do tego, co było wczoraj. I co nam pozostaje? Wierzyć w paradoks Zenona, że oprawcy nigdy nie pozbawią nas pełni prawdy, tak jak Achilles nigdy nie dogoni żółwia. Hrabia wierzy najmocniej. Dlatego właśnie jest hrabią. Jeszcze hrabią i jeszcze w ogóle jest.
— Uda się. – Odpowiada hrabia. Krótko, słabo, ledwo. Ale z pewnością. Upada razem z workiem. Kopniak. Kopniak. Podnosi worek. Niesie dalej. Ja niosę swój. Ledwo. Ale z pewnością. To jedyne, co mam. Pewność i wolę. Niepotrzebną, bezsensowną, nie na miejscu, jak cukier do rzeki.
— Ej, hrabia!
— No?
— Mam pewną myśl.
— Wiem, jaka to myśl.
— Jaka?
— Że się nie uda. – Cedzi przez zęby, ledwo. Znów upada. Znów kopniaki. Znów bierze worek. Ja przystaję, czekam. Teraz kopniak dla mnie. I w twarz. Ruszamy. Ocieram krew.
— To nie ta myśl. – Seplenię. Hrabia milczy. – Ale myślałem, że może się zamienimy. – Hrabia milczy dalej. Ja milczę. On chyba myśli. Mam nadzieję! Ufam, wierzę, że myśli, bo może choć trochę serio mnie traktuje. Jeszcze. Odzywa się w końcu:
— Myślałem, że rozumiem, ale nie. Po co?
— Ha! – Uśmiecham się półgębkiem. – A więc chcesz!
— Po co?
— Jak to po co? Żeby się zamienić. Ja poniosę twój, a ty mój.
— To bez sensu.
— To ma sens!
— Są takie same, durniu.
— Nie są. Twój jest twój, a mój jest mój. To jest różnica. – Hrabia przystaje. Kopniak. Pała. Biorę jego worek. On chce się podnieść. Kopniak. Biorę dwa. Ledwo. On już nie wstaje, uśmiecha się jeszcze. Idę. Jego wzrok na moich plecach. Czuję i zapamiętam. Na zawsze. Zrozumiał. Patrzył, jakby rozumiał. Mówili, że to ostatni grymas, ale ja wiem swoje. Nie pozwolił odebrać sobie dystansu. A mój urósł do nieba. Tak niewiele trzeba było.

Powołanie na balkonie

Na podstawie Drugiej Księgi Mojżeszowej (Exodus), rozdział 3.

Tego dnia wiatr gnał przez miasto i szarpał wszystko, co napotkał na drodze. Drzewa uginały się wyjątkowo nisko, niektórzy przechodnie przytrzymywali czapki, a uliczny kurz i smog mieszały się, utrudniając oddychanie. Gdyby nie żółte i czerwone liście, wirujące tu i ówdzie, można by pomyśleć, że to jakieś północnoafrykańskie miasto, do którego wiatr znowu nawiał syfu z pustyni.

Atramentowa drukarka, bzycząc i szurając, wolno opluwała arkusz tekstem. Modest czekał z wyciągniętą ręką. Westchnął zniecierpliwiony i wreszcie wyciągnął kartkę. Zdjął okulary, przetarł dłonią łysiejącą głowę i zaczął czytać, jakby chciał sprawdzić, czy w tych kilku zdaniach się nie pomylił, czy to ma sens. – Pomyłka? Przecież nie językowa, raczej życiowa… – Ironicznie powiedział sam do siebie. (więcej…)

Prawo wolności rozwala system

Chłopcy z Placu Broni nagrali fajną piosenkę: „wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. Ale każdy rozumie wolność inaczej i tylko niektórzy rozumieją ją naprawdę i są wolni.

Alexis de Tocqueville – znany każdemu studentowi politologii – powiedział, że „wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. To popularny cytat i dzisiaj prawie wszyscy się z tym zgadzają. Ale w Liście Jakuba czytam coś, co stoi zupełnie w poprzek tej filozofii, rozwala system:

Mówcie i czyńcie tak, jak ludzie, którzy będą sądzeni na podstawie Prawa wolności. (Jak. 2:12, BT)

Cóż to za przedziwna rzecz: prawo wolności? Co to znaczy? Prawo, jak się zwykle uważa, to jest coś, co mnie ogranicza, wyznacza zasady: rób to, a tego nie rób. Zawęża moją wolność! W pewnym sensie te dwie rzeczy – prawo i wolność – są sprzeczne ze sobą. Świat mówi, że wolność ZACZYNA się tam, gdzie grzech, tzn. gdzie nie wiąże mnie prawo: jem zakazany owoc i… nie umieram! Ha! A więc byłem zwodzony, niewolony przez system: korporacje, politykę, kościół… Teraz będę cynikiem, będę się pchał i wyszarpię tyle, ile się da – aby stać się jednym z tych, którym wolno więcej, bo mają pieniądze, władzę, znajomości. W końcu moja wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się wolność drugiego człowieka. Czy jakoś tak.

Ale prawda jest taka, że jest zupełnie odwrotnie: wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się… jego grzech (por. Jan. 8:31-34). Zaczyna się zaś od zwycięstwa nad grzechem. Wolność lub niewola nie zależy od systemu, ale tkwi we mnie. Żeby to zrozumieć, trzeba mieć specyficzne pojęcie (bożego) Prawa. Bo to Prawo (Tora)… no właśnie: NIE ogranicza wolności, ale jest lekcją, drogą wolności – i to takiej, której nikt i nic mi nie odbierze, nawet przemocą. Jak to? A tak to: jeśli zachowam czyste serce, wolne od pożądliwości, to nawet więzienie, ubóstwo i śmierć nie zgaszą mojego ducha. Tora to droga, z której nie zbaczam również dlatego, aby moje miłosierdzie, jak pisze Jakub, górowało nad sądem, przez łaskę. A sąd mnie czeka, bo zdążyłem już zawinić.

Jeśli jednak wypełniacie zgodnie z Pismem królewskie przykazanie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie. Lecz jeśli czynicie różnicę między osobami, popełniacie grzech i jesteście uznani przez zakon za przestępców. Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego. (…) Tak mówcie i czyńcie, jak ci, którzy mają być sądzeni przez zakon wolności. Nad tym, który nie okazał miłosierdzia, odbywa się sąd bez miłosierdzia, miłosierdzie góruje nad sądem. (Jak. 2:8-10, 12-13, BW)

Na koniec jakieś przykłady: kolega zrobił mi świństwo. Aż się prosi, żeby obsmarować mu tyłek. Można też spuścić zasłonę miłosierdzia, przebaczyć. Wtedy stracę reputację, czas, pieniądze, okazję do rewanżu. A co zyskam? Wolność. Bo każdy osąd szybko staje się nawykiem – silniejszym ode mnie, który działa jak trucizna. Albo: przechodzi ładna dziewczyna ­­– nogi, dekolt… Obejrzę się za nią, czy nie? A za tą drugą, ósmą, dwudziestą? W końcu niewola: muszę zajrzeć do internetu. I tak dalej…

Emerytur nie będzie

„Odpoczniemy w niebie” – powiedział Giovanni Bosco, katolicki święty. Cóż to ma znaczyć? Pochwała pracoholizmu? Raczej nie. Może tu w ogóle nie chodzi o odpoczynek od pracy.

Ale od czego można jeszcze odpoczywać? Na przykład od konfliktu, nienawiści, ataków… Ktoś powie mi: – Ale kto cię atakuje? Wyluzuj, chłopie! – Tak, jak do Jezusa mówili: – Demona masz! Kto chce cię zabić? (Jan. 7:20, BW) Na porządku dziennym są konflikty wartości, nienawiść osób, które chciałyby ukryć prawdę albo atak w postaci choroby, kradzieży, wypadków. Niby wszyscy tego doświadczamy, a jednak jest pewna różnica…

Ktoś, kto nie nawrócił się do Jezusa, znosi „tylko” konsekwencje swoich małych i dużych błędów. Gwałty na własnym sumieniu mają konsekwencje. Jakieś drzwi się zamykają, jakieś zranienia, potępienie, samotność i odrzucenie, poczucie pustki, skrywany smutek… A ponadto nieudolne próby bycia po prostu dobrym człowiekiem. Motto moralne wielu ateistów „nie ranić innych” wydaje się mrzonką.

A kto nawrócił się do Jezusa, ma i lepiej, i gorzej. Lepiej, bo jest wolny od powyższych bolączek – na początku wydaje się wręcz, jakby zło zupełnie zniknęło. Gorzej, bo kiedy otrzymuję moc przeciwstawiania się złu, w pakiecie dostaję zajadłego wroga. Tak, Jezus pakuje mnie w niekończące się kłopoty, wysyła na wojnę. Chroni mnie, ale nie daje opcji „teleportacja”. Muszę się zmierzyć ze światem. To wszystko jest w jego modlitwie:

Przekazałem im Twoje słowo, lecz świat ich znienawidził, bo nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego. (Jan. 17:14-15, BE)

Niech cię szlag… ominie

Wielkanoc zwana jest świętem Paschy, z hebrajskiego ‘pesach’, czyli ‘omijać’, ‘przejść obok’. Może to elementarz, ale jakże potrzebny w tym czasie zajączków, jajeczek i żuru z białą kiełbą.

Ominąć? Ale co, kiedy, dlaczego, w jakim celu? I co do tego mają Żydzi? Bardzo dużo. Bo to oni świętowali Wielkanoc po raz pierwszy. Cel: wyjść z niewoli. Przeszkoda: uparty faraon. Środek: cud. Cudem była każda plaga, bo każda podkopywała hardość faraona. Bóg Izraela kpił sobie z bogów egipskich, uosabianych przez: Nil, żaby, komary, muchy, bydło, pył ziemi (wrzody), grad, szarańczę, światło (ciemności). Ale dopiero plaga dziesiąta sprawiła, że faraon zmiękł i marzył już tylko o jednym: niech Żydzi się wynoszą!

Bóg po prostu odwiedził nocą wszystkie domy w Egipcie i zabił wszystko, co pierworodne. Jeśli jakiś dom – rodzina uniknęła tego, to z jednego powodu: zgodnie z mojżeszowym-bożym poleceniem zjadła wieczorem baranka i pomazała jego krwią drzwi.

A krew ta będzie dla was znakiem na domach, gdzie będziecie. Gdy ujrzę krew, ominę was, i nie dotknie was zgubna plaga, gdy uderzę ziemię egipską. (2 Moj. 12:13, BW)

W Wielki Piątek, kiedy żydzi jedzą kolację sederową, odpowiednik tamtej pierwszej kolacji z barankiem, umarł Jezus Chrystus – Baranek Boży. Dziś, jeśli chcę, by boży sąd mnie ominął, muszę pomazać krwią Chrystusa swoje drzwi i zjeść jego ciało, a więc jem chleb i piję wino. Ktoś powie: – Phi, co tam może znaczyć taki chleb i wino? Przecież to tylko chleb i wino. – Cóż, tamte baranki w Egipcie to też były tylko zwykłe baranki, a jednak duchowe znaczenie tego posiłku było ogromne. To była kwestia życia i śmierci. I jeszcze jedno: baranek musiał być w każdym domu. To znaczy, że dziś przyjęcie Baranka Bożego to sprawa indywidualna, nie żadna tradycja.