Mnie? Nie znam człowieka

​To jest może zbyt radykalne postawienie sprawy, zahacza o jakąś schizofrenię. Ale prowokuje – to już dobrze.

No bo jak można się zaprzeć siebie? Powiedzieć: „nie znam go”? To kłamstwo. „Nie mam z nim nic do czynienia”? Nie lepiej. A może „nie to, co ja, ale to, co ty chcesz” – jak modlił się Jezus przed swym procesem i śmiercią?

Tak, to już lepiej. Ale to jeszcze nie wszystko, bo naśladowanie Jezusa, bycie Jego uczniem to trzy rzeczy:

Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech 1) wyprze się samego siebie, 2) weźmie swój krzyż i 3) idzie za mną. (Mat 16:24, PUBG)

Branie krzyża to NIE jest zgoda na „taki los”. „Co tam się trafi, to wezmę na klatę” – nie! To jest kształtowanie swego losu. Tak jak Jezus. Nie unikał konfrontacji, nie bał się gróźb, wychodził cało z opresji, a kiedy przyszło mu zginąć, to niejako sam wszedł w łapy oprawców, co wcześniej zapowiadał:

W ten czas podeszli pewni faryzeusze, mówiąc mu: – Wyjdź i stąd wyrusz, bo Herod chce cię zabić. – Zatem im powiedział: – Idźcie i powiedzcie temu lisowi: Oto wyrzucam demony oraz dokonuję uzdrowień, dzisiaj i jutro, a trzeciego dnia kończę. (…) Zaprawdę, mówię wam, że nie ujrzycie mnie, aż przyjdzie czas, gdy powiecie: Błogosławiony Ten, co przychodzi w Imieniu Pana. (Łuk. 13:31-32,35, NBG)

Branie krzyża to jest przewidywanie (lub objawienie) konsekwencji obranej drogi i zgoda na to ryzyko. Zgoda, by zapłacić cenę mówienia i robienia rzeczy „pod włos”, „pod prąd”. Pogróżki, ataki słowne i fizyczne, osamotnienie, niezrozumienie, nieopłacalność, ciąganie po sądach itp.

A kiedy to wszystko się zdarzy, mam naśladować Jezusa. „Traktują cię jak szmatę? Bądź szmatą. I mów im o Bożej miłości” – powiedział pewien misjonarz. Oczywiście jest też komplementarny fragment o (nie) rzucaniu pereł przed wieprze. I fragment o szukaniu „godnego” domu. I te mądrości warto mieć w pamięci, choć nie jako wymówkę.

Na głodzie

Głód narkotykowy, alkoholowy, pornograficzny, głód gry na komputerze, głód zakupów, słodyczy, głód seksoholika, głód wiedzy „tajemnej” od wróżki, głód pustych religijnych obrzędów, zwany dewocją, głód technologicznych nowinek, głód facebooka, głód dostatku i luksusu, głód ubezpieczenia się na wszelkie sposoby, głód sławy, głód.

Ten ostatni, zwykły głód, który jest, gdy poszczę, czyli nie jem – czy jest zły? A czy ja mówię, że którykolwiek jest zły? Nie… Tylko wyjdzie na złe, jeśli nie mogę mu odmówić.

Są różne kategorie, od czego się uzależniam: np. bez narkotyków mogę i powinienem żyć. Bez alkoholu i luksusów mogę, ale nie muszę. Bez zakupów i seksu mogę, ale… to by było dziwne i raczej nie warto. Bez jedzenia nie mogę, ale warto czasem spróbować.

Warto, by zaostrzyć sobie apetyt, poczuć… inny głód, np. głód sprawiedliwości, głód słuchania Słowa Bożego. Głód Jego obecności, bliskości, intymnego spotkania. Zwłaszcza jeśli jestem tak otumaniony, tak przyzwyczajony, uzależniony, że nie rozumiem, co tracę. Tak, jak to czytam u Ozeasza:

I do niej [mojej nowej żony – byłej prostytutki] powiedziałem: Będziesz tak siedziała przez długi czas, nie zalecając się i nie oddając się nikomu; tak zachowam się i ja wobec ciebie. Bowiem [podobnie] przez długi czas, synowie Israela będą przesiadywać bez króla…, bez posągu… bez domowych bożków. Potem.. się nawrócą, by szukać Wiekuistego, swego Boga… U kresu owych dni popatrzą z przerażeniem w kierunku Wiekuistego oraz ku Jego dobroci. (Oz. 3:3-5, NBG)

Ufaj szkiełku i oku. I sercu. I Bogu

Znam mężczyzn, którzy przyznają otwarcie, że ciężko było im uwierzyć, bo od zawsze myśleli bardzo racjonalnie. Fakt, że nadal trzeźwo rozumują i jednocześnie żyją dla Boga, jest dla mnie genialnym potwierdzeniem prawdy bożego słowa.

Racjonaliści stoją mocno na ziemi. Fajnie? No to przyjmę tak jak oni, że prawdą jest to, co się da poznać, już nie wchodząc w filozoficzne rozważania nad poznaniem. To jest epistemologia – bez dna. Kiedy pytam syna, czy uderzył swoją siostrę, to interesuje mnie prawda. Proste. Kiedy myślę o tym, co zrobiłem złego, to tak samo, nie chcę się oszukiwać. Czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Ale jest coś, co jest równie istotne. Tak samo ważne, jak prawda. Pisze o tym Salomon – tęga głowa.

Niechaj cię nie opuszcza prawda i miłosierdzie; obwiąż je wokół twojej szyi oraz zapisz je na tablicy twojego serca. (Prz 3:3, NBG)

Wypisz sobie na czole, wypisz w charakterze. W innych tłumaczeniach to jest tak: „niech miłość i wierność cię strzeże (BT), „niech cię nie opuszcza łaska i prawda” (BW) Skąd wzięła się ta wierność (albo lojalność, uczciwość, spolegliwość), zamiast prawdy? Ciekawe.

Myślę, że tu chodzi o praktyczne pojęcie prawdy, nie jakieś wydumane, teoretyczne-filozoficzne. Czy ktoś żyje zgodnie z tym, w co wierzy, co jest prawdziwe, bo sprawdzone, poznane przez doświadczenie? Czy może jest fałszywy, wiarołomny, a wierność go wcale nie strzeże?

To jedna strona medalu. Bo co mi to da, że znam tylko prawdę? Mogę osądzić siebie, kogoś innego. Ale czy to będzie mądre? Dokąd to prowadzi? Wszyscy mężowie i żony mogą powiedzieć: na dłuższą metę… donikąd. Bez miłości-miłosierdzia-bycia miłym, a więc i bez przebaczenia nie da się nic trwałego zbudować.

Dlatego rozum czasami nie wystarcza, rozum się buntuje, a moja własna, racjonalna mądrość nie pozwala spojrzeć dalej – tam gdzie widzi On, Tata.

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. Nie bądź mądrym we własnych oczach; bój się Wiekuistego i stroń od złego. (w. 5,7)

Wracając do epistemologii… co ja tak naprawdę wiem? Jaką to prawdę znam? Co ja mogę gruntownie i do końca poznać? Nic. Warto się starać, badać, czytać, słuchać itd., ale… niczego nie mogę być pewnym do końca. To pierwszy powód, by ufać Bogu.

Drugi już wspomniałem: miłosierdzie – to moje, ludzkie – jest chyba równie niedoskonałe, co ludzkie poznanie i wyciągnięta zeń prawda. Hej, racjonaliści! Przewietrzyło się? No to idziemy na dwóch nogach: rozum i serce. A najlepiej jak mnie Tata poniesie.

Obrączka nie chroni przed zdradą

Ktoś powiedział, że najbardziej chamscy kierowcy, to ci z rybkami. Cóż odpowiedzieć? Bronić chrześcijańskich naklejek? To nic nie znaczy. Z drugiej strony czasem łapię się na tym, że przypisuję jakąś szczególną moc tym znaczkom, łańcuszkom, napletkom…

Zatrzymuję się na światłach. Czerwone. Stoję. A może by przejechać? Na miłość boską, to czerwone przecież i tak trwa dłużej, niż powinno. Przez dłuższy czas nic nie jedzie. No, prawie. W każdym razie mało, jakby… wcale. Bez sensu. Nie powinienem tu tyle stać. Mogę jechać, co?

Nie, może jednak nie, bo ludzie patrzą, inni rowerzyści. Albo jeszcze spojrzą na moją rękę. Mam tu taką opaskę: I am second. Jestem drugi. Znaczy że jestem drugim człowiekiem, stare już za mną, teraz żyję od nowa, na nowo, dla Boga. I że jestem drugi za Bogiem – On rządzi; mówi, co mam robić. No to nie mogę na czerwonym jechać.

Ale zaraz, przecież dzisiaj tej opaski nie mam. To nikt się nie skapnie, nikt nie wie, kim jestem. Wstydu nie narobię… Nie, to przecież paranoja jest! Co pisał Paweł? Jak uczył?

w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie, ani nieobrzezanie nic nie znaczy, lecz wiara, która jest czynna w miłości. (Gal. 5:6, BW)

Obrzezanie, czyli pozbawienie napletka było fizycznym znakiem przynależności do Izraela. A w pakiecie było przymierze z Bogiem. Ciekawe, że to właśnie napletek – część ciała, której właściwie się nie pokazuje. Ani dzisiaj, ani dawniej. Nikt mi w majtki nie zagląda. Nie muszę się tłumaczyć. Nie da się z tym obnosić. Ha, ha. Taki mały, nie rzucający się w oczy szczegół, ale jaki znaczący!

Może to specjalnie tak Bóg wymyślił. Nie kazał się specjalnie tatuować, strzyc, nacinać skóry itd. Ba! Wręcz tego zakazywał! Nie chciał, żeby znak przymierza z nim był jakoś eksponowany. I zasadniczo to się nie zmieniło do dziś. Już w Piątej Mojżeszowej czytamy:

Dokonajcie więc obrzezania waszego serca, nie bądźcie nadal ludem o twardym karku (Pwt. 10:16, BT)

W Chrystusie ani noszenie silikonowych opasek, ani NIE noszenie ich nic nie znaczy! Ani noszenie krzyżyków, tatuaży, koszulek z nadrukiem, naklejanie rybek na samochodzie itp. To nie jest złe, czasem nawet dobre. Ale… to nic nie znaczy! Tak jak nie znaczy nic obrączka na palcu człowieka, który ma romans na boku.

Lecz wiara, która jest czynna w miłości! CZYNNA, bo z wiarą jest jak z wiernością, dosłownie. Żona mówi: „zdradziłam cię fizycznie, ale psychicznie byłam lojalna”. – Cytat z reklamy sztuki teatralnej. Co to za wierność? Co to za wiara? Że ją zdradzam na czerwonym świetle?

Co ty najlepszego zrobiłeś

Weź, dzieci patrzą! Albo słuchają. Dorośli przywołują się nawzajem do porządku. Żeby nie zachowywać się jak dorośli – niedorośli. Brzydko, szpetnie, buraczano, złośliwie, skąpo, bez litości. Ale żeby świecić dobrym przykładem.

Oczywiście dobrze jest się pilnować, przestrzegać przed pokazywaniem złych wzorów. Zamiast tego można inaczej, przyjemniej; mniej musztry, zadęcia, hipokryzji, więcej zachęty, motywacji, dobrej zajawki…

Znam bowiem waszą gotowość, z powodu której wobec Macedończyków chlubię się wami, że Achaja jest gotowa od zeszłego roku, i wasza gorliwość pobudziła wielu. (II Kor. 9:2, PUBG)

Krótko mówiąc: ludzie widzą, co dobrego zrobiłem. Widzą i pobudza ich to do bycia lepszym. Brzmi szumnie i patetycznie? Nie do wiary? Tym bardziej jest zachęcające, jeśli prawdziwe. Tym większe „łał!” Jadę dalej!

Apostoł Paweł chwalił tu akurat zbór w Koryncie za chojność w zbiórkach na rzecz biedniejszych kościołów. A gdyby pisał do mnie, to za co mógłby mnie pochwalić? To pytanie powinien sobie zadać każdy.

Bo do czego to zmierza? Do nagany? Bynajmniej! Do pochwały! A tu spotyka się przyjemne z pożytecznym.

Nie opyla się wracać

Już za daleko zaszedłem. Tak, nie opyla się. To też dobra motywacja, by iść dalej, a nie? Może dobra przed tymi, którzy idą ze mną trochę bezmyślnie. Ale nie przed Jezusem.

Jest taka scena opisana w Ewangelii Łukasza, która jako żywo przypomina „Żywot Briana” Monty Pythona. Brian, którego wszyscy zaczęli brać za Mesjasza, odwrócił się do idących za nim ludzi i wkurzony krzyknął: – „Przestańcie za mną chodzić!” – Jezus zrobił coś podobnego:

A szły z nim liczne tłumy, i obróciwszy się, rzekł do nich: – Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim. Kto nie dźwiga krzyża swojego, a idzie za mną, nie może być uczniem moim. (Łuk. 14:25-27, BW)

Nieźle, co? Wyobrażam sobie, że w tym momencie wielu ludzi dało se siana. Zapytałbym Jezusa: – Mistrzu, i co chciałeś udowodnić? – Oczywiście pierwsza narzucająca się odpowiedź brzmi: jakość, nie ilość. Nieważne, ilu idzie ludzi. Ważne jest, KTO idzie, po co i jak długo wytrzyma. To ogólnie.

A teraz bez pitolenia, osobiście i szczerze. Jezus mówi mi, żebym dobrze się zastanowił, zanim pójdę. Jakbym robił biznesplan albo szykował strategię wojenną, obronną. Żeby się ze mnie nie śmiano, kiedy spękam. Żeby mnie ktoś nie wykiwał. Albo żebym nie był, jak pisze Apostoł Paweł, najbardziej pożałowania godnym człowiekiem (wątpiąc kiedykolwiek w zmartwychwstanie).

A jeśli już idę? Czy starczy mi samozaparcia (kto się zaprze samego siebie i będzie brał swój krzyż)? Czy starczy paliwa (nie jak oliwy głupim pannom albo ten „słomiany zapał”, albo ziarno posiane na skale, bez korzenia)? Czy nie wołam tylko „Panie, Panie”, nic faktycznie nie robiąc? „Jadłeś ze mną i chodziłeś po moich ulicach”! – Powiedzą na sądzie. – „No i co z tego, idźcie precz, którzy czynicie nieprawość!” – Tak, dzisiaj też Jezus chodzi po ulicach – chodzą jego sobowtóry. Modlą się i uzdrawiają. Czy od tego ja jestem jakiś świętszy? Nie – proste.

Można się modlić: – Jezu, bądź blisko mnie. – Problem w tym, że było wielu ludzi, którzy dotykali Jezusa w tłumie, cisnęli się do niego. A tylko kobieta z krwotokiem wzięła od niego moc.

Czy można dotykać, być blisko Jezusa… całkiem bez sensu? Można, czemu nie! Czy można prorokować i wyganiać demony bez sensu? Ze słów Jezusa wynika, że tak. Co bym odpowiedział, gdyby Jezus się odwrócił i zapytał: – No i po co za mną chodzisz?

Kto ma oczy do patrzenia

...niech patrzy. – Jezus wypowiadał podobne zdanie odnośnie uszu. Ale, jak się okazuje, można mieć również oczy, którymi się nie widzi.

I wcale nie mam na myśli faryzeuszy, którzy widząc cuda i znaki, domagali się znaków. Ślepi, czy jak? No tak. Ale chcę napisać o czymś innym. Jak rażącą obojętnością wykazują się nieraz ludzie. Znaczy my.

Każdy chyba słyszał historie o tym, jak wśród świadków wypadku nikt nie kwapił się do udzielenia pierwszej pomocy lub choćby wezwania pogotowia. Albo inny przykład: czytałem, że pewien Rosjanin, słysząc o niedawnych gwałtach w Kolonii, instynktownie zapytał: gdzie byli niemieccy mężczyźni?

Kiedy Izrael obozował w Moabie, oczekując na odroczony czas wejścia do Ziemi Obiecanej, mężczyźni zaczęli się uganiać za Moabitkami. Seks z obcymi, prostytucja, zwana ładnie nierządem – były dopiero początkiem złego:

One to nakłaniały lud do brania udziału w ofiarach składanych ich bożkom. Lud spożywał dary ofiarne i oddawał pokłon ich bogom. Izrael przylgnął do Baal-Peora, i gniew Pana zapłonął przeciw niemu. (4 Moj. 25:2-3, BT)

Mojżesz odebrał polecenie, by zabić wszystkich, którzy się umoczyli w tych bałwochwalczych orgiach. Powiesić, czy wbić na pal – pewne, że był to wyrok okrutnej śmierci. Czy to była sprawiedliwa decyzja? W sytuacji, gdy Bóg wyrwał ich z niewoli i przez dziesiątki lat cudem utrzymywał cały naród przy życiu na pustyni, znosząc z ich strony narzekania i zniewagi… moim zdaniem tak.

Egzekucji miał dokonywać nie sam Mojżesz, ale sędziowie Izraela: „Zabijajcie każdego z waszych ludzi, którzy się przyłączyli do Baal-Peora”. A gdy to mówił, cała ta sprawa, jak się zdaje, nabierała rozpędu. Wszyscy już wiedzieli, normalka, bez wstydu.

I oto przybył jeden z Izraelitów i przyprowadził Madianitkę do swoich braci przed oczami Mojżesza i całego zgromadzenia Izraelitów, którzy lamentowali u wejścia do Namiotu Spotkania. Ujrzawszy to kapłan Pinchas, syn Eleazara, syna Aarona, chwycił w rękę włócznię, opuścił zgromadzenie, poszedł za Izraelitą do komory namiotu i przebił ich obydwoje, mężczyznę Izraelitę i kobietę – przez jej łono. I ustała plaga wśród Izraelitów. (4 Moj. 25:6-8, BT)

Pierwszy gorliwy – Pinchas. Ot, zawsze musi się jakiś znaleźć. Czyżby? Warto zwrócić uwagę na te dwa momenty: 1. „przybył na oczach Mojżesza i całego zgromadzenia”, 2. „zobaczył to Pinchas”.

Coś się dzieje na oczach wszystkich, ale tylko jeden naprawdę to zobaczył! Bo zareagował. Zabił, można powiedzieć, w afekcie. Wyobrażam to sobie, ale nurtuje mnie: czy ja w swoim codziennym życiu tak gwałtownie, szczerze i bezwarunkowo potrafię reagować na zło, w tym cierpienie, którego jestem świadkiem? Coś się dzieje na moich oczach, a może naprawdę to widzę i… działam?

Ludzie gadają, ja robię swoje

Tak, ludzie gadają. I przesadzają w obie strony; zachwalając, krytykując… A jak się w tym odnaleźć? Zwyczajnie, jakby nigdy nic. Jak Apostoł Paweł.

W dramatycznych okolicznościach również zdarzają się sytuacje komiczne. Kiedy statek, wiozący Apostoła Pawła, był rzucany przez sztorm i dryfował w nieznanym kierunku i dłużącym się czasie, załoga nie tryskała humorem. Kiedy osiadł na mieliźnie, a fale rozbiły rufę, nikomu nie było do śmiechu. Na szczęście wszyscy rozbitkowie zdołali dostać się do brzegu nieznanej im wyspy.

Zimno, leje, psa by nie wygonił. Dwieście siedemdziesiąt sześć osób. Wszyscy. Jak mokre kury na plaży. Szczęściem w nieszczęściu zjawiają się tubylcy, serdeczni. Rozpalają ogień. Nie, nie żeby rozbitków zjeść. Tylko ugościć. Paweł idzie po chrust. Podchodzi do ognia i nagle „dziab”! Żmija wpija w niego zęby i zwisa z ręki.

Gdy zaś tubylcy ujrzeli zwisającego gada u jego ręki, mówili między sobą: „Człowiek ten jest zapewne mordercą, bo chociaż wyszedł cało z morza, sprawiedliwość boska żyć mu nie pozwoliła”. Lecz on strząsnął gada w ogień i nie doznał nic złego; oni zaś oczekiwali, że spuchnie lub zaraz trupem padnie. Ale gdy długo czekali i widzieli, że nic nadzwyczajnego z nim się nie dzieje, zmienili zdanie i mówili, że jest bogiem. (Dz. 28:4-6, BW)

A potem Paweł robił to, co zawsze, odkąd nawrócił się w Damaszku: modlił się, uzdrawiał, głosił że Jezus jest Mesjaszem. Dopóki nie odpłynął. Podobno po tym, jak uzdrowił z czerwonki ojca naczelnika wyspy, walili do niego wszyscy chorzy.

Oprócz tego, że ta anegdotka jest dość zabawna i zachęcająca, pozwala mi wysnuć jeden pożyteczny wniosek: ludzie będą gadać różne rzeczy. O Pawle sądzili najpierw, że jest mordercą. Potem, że bogiem. Na pierwsze chyba nie zareagował wcale, strząsnął tylko z siebie węża. Na to drugie pewnie coś odpowiedział, czyniąc sobie z tego okazję do opowiadania ewangelii, tak jak to zrobił w Listrze, kiedy został obwołany Hermesem (Dz. 14).

Ale generalnie ludzkie gadanie nie miało większego wpływu na to, co robił. I co sam o sobie sądził. Ot, najpierw mówią to, potem tamto. Ich sprawa. O ile to nie przeszkadza w poznaniu prawdy o Bogu, niech sobie mówią, co chcą… Ten barwny, śmieszny epizod daje cenny wzór postępowania; wiary i wierności.

Wzór tym cenniejszy, że aktualny. W obecnym czasie, kiedy nienawiść szerzy się w internecie jak niszczycielski żywioł, kiedy opinia obcego człowieka zwisa z ręki jak kąsająca żmija, nie warto się tym przejmować. Nic mi nie będzie. Strząsnąć w ogień. Robić swoje. Tyle.

O jakim Bogu mówisz?

„Przecież Polska jest tylko jedna…” – mówi Franek Dolas. I ja mam nieraz ochotę powiedzieć to samo o Bogu, kiedy ktoś mnie pyta. Ale jest lepsza odpowiedź…

Mój ulubiony cytat z filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” to ten, kiedy Franek Dolas opuszcza Legię Cudzoziemską, mówiąc: „Musimy walczyć o Polskę.” Na co słyszy sarkastyczne pytanie sierżanta Kiedrosa: „O jaką Polskę chcesz walczyć?” – Odpowiedź jest prosta i bezcenna: – „O jaką Polskę? Przecież Polska jest tylko jedna…”

To samo mam czasem ochotę powiedzieć o Bogu. Ktoś pyta: o jakim ty Bogu mówisz? – I chciałby już machnąć ręką jak sierżant Kiedros. A mi się wyrywa to jedno: – Jak to o jakim? Przecież Bóg jest tylko jeden. – No dobrze, ale są muzułmanie, buddyści itd., więc mogę precyzować: mówię o tym, to jest wierzę w Boga Izraela, Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, Boga Dawida i Boga – Ojca Jezusa – Mesjasza, który umarł za nas i zmartwychwstał, żebyśmy mogli żyć…

To ma jakiś sens, ale czy nie lepsze wrażenie zrobiłby cytat z księgi wyjścia – opisanie Boga tak, jak się zwraca do niego Mojżesz? Mojżesz, który znał Go z długich, osobistych, bliskich spotkań; rozmawiał z nim „jak z przyjacielem”. Napisane jest też, że Bóg znał Mojżesza po imieniu, dlatego ten znajdował u Niego łaskę. I co ten Mojżesz mówi, zwracając się do Boga? Jak opisuje tego swojego bliskiego „Znajomego”?

Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w TYSIĄCZNE pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz nie pozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i CZWARTEGO pokolenia. (2 Moj. 34:6-7, BT)

O takim Bogu mówię. Wszystkie epitety są warte wyuczenia na pamięć, jak detale z ważnej wizytówki. No i proporcje: tysiąc do czterech. Nie mam więcej pytań.

Zdeterminowany, wytrwały, oddany, wrażliwy

Po przepowiedni o czasach ostatecznych Jezus radzi, co robić, zanim powróci. Warto wziąć sobie z tego cztery rzeczy – na dziś, na jutro, na pojutrze.

Co robić? Odpowiedź na to pytanie pada w czterech podobieństwach, które Jezus wymienia, można przeczytać je w Ewangelii według Mateusza (24:45-25):

  1. O wiernym, roztropnym słudze, robiącym, co należy przez cały czas pod nieobecność Pana oraz złym słudze, który – skoro Pan zwleka z powrotem – brzydko mówiąc, kładzie lachę na swoje obowiązki i robi wszystko, co najgłupsze.
  2. O mądrych i głupich pannach, które czekają na oblubieńca. Mądrość tych pierwszych polega na tym, że są zapobiegliwe. Biorą ze sobą zapas oliwy do lamp, bez których spotkanie z ukochanym jest niemożliwe. Inaczej mówiąc, są przygotowane na dłuższe czekanie.
  3. O talentach – jeden sługa dostaje pięć patoli, drugi – dwa, trzeci – jeden (każdy według swoich zdolności). Ale „dostają”, tzn. jako powierzoną własność Pana – aby pod jego nieobecność zrobić dobry użytek z otrzymanych zasobów. Pierwszy i drugi sługa („dobrzy i wierni”) biorą się do roboty, co daje stuprocentowy zysk. Trzeci dba o swój interes, ale nie Pana. Zakopuje więc talent. Jest nazwany „złym i leniwym”.
  4. O owcach i kozłach – sprawiedliwych i przeklętych w dniu sądu. Ci pierwsi czynili to, co wydawało im się słuszne, dobre, sprawiedliwe: karmili głodnych, ubierali nagich, przyjmowali uchodźców, opiekowali się chorymi i odwiedzali więźniów. Ci drudzy nic takiego nie robili, nieświadomi, że to ma znaczenie, sens, wartość.

Gdybym miał to streścić w czterech słowach, to powiedziałbym, że Jezus radzi, żebym, czekając na Jego powrót, był: 1. zdeterminowany, 2. wytrwały, 3. oddany, 4. wrażliwy.

To czekanie (i czuwanie) ma oczywiście różne czasowe wymiary. Dotyczy obecnej chwili

dwóch będzie na roli, jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony – Mat. 24:40

ale też całego życia – długiego dystansu

mądre zaś zabrały oliwę w naczyniach wraz z lampami swymi” – Mat. 25:4

i wreszcie całych pokoleń – myślenia o dziedzictwie, jakie zostawię

ten, który wziął pięć talentów, zaraz poszedł, obracał nimi i zyskał dalsze pięć – Mat. 25:16.

Co będzie, jeśli Pan przyjdzie za dziesięć minut? A co jeśli pod koniec mojego życia? A co jeśli za życia moich prawnuków? Co o mnie powie? Czy byłem wystarczająco zdeterminowany, wytrwały, oddany i wrażliwy?