Nie ma niewierzących

Zwykło się to rozróżniać: racjonalność i wiarę. I mówić: jeśli ktoś rozumuje, to niepotrzebna mu wiara. Nic bardziej mylnego. Chyba tylko szaleńcy nie wierzą. A reszta? Kończy tam, gdzie wiedzie ich… wiara.

Nawet racjonaliści, tacy do bólu, wierzą zmysłom i naukowcom. To pierwsze jest zawodne, jak dowodzi nauka. A sama nauka bywa zbyt trudna do pojęcia. Potrzebne jest laikom coś, co się nazywa… wiarą – przekonanie o czymś, czego nie widzę, nie mogę sprawdzić: czy jest i jakie jest.

Zwykle dlatego, że należy do przyszłości, jak obietnica. Czasem dlatego, że jest teraz, ale nie namacalne. Normalna rzecz. Każdy z nas stale w coś wierzy. Czemu się tę ludzką skłonność do wiary widzi jako upośledzenie? Czemu ten, który bierze parasol, „bo w telewizji mówili”, jest gorszy od tego, co „miał sen, w którym Bóg mu powiedział…”?

Kiedy żona mi mówi, że odwiedza babcię i żebym po pracy tam właśnie pojechał, to jej wierzę i jadę. I spotykamy się, i razem wracamy do domu. Kiedy ktoś inny mówi mi ewangelię, czemu mam nie uwierzyć? Wiem, kwestia zaufania lub zgorszenia (zachęcającego lub odpychającego świadectwa). Ale sama wiara – to dokładnie to samo.

No a zachęcających świadectw nie brakuje – można zapytać znajomych, internet. Albo poczytać list do Żydów / Hebrajczyków – znane dwa rozdziały 11-12. Tam „przez wiarę” każdy bohater coś ROBI. Jedni doczekają się efektów już za krótkiego życia, inni – typu męczennicy – w życiu po śmierci. Ale łączy ich jedno: działanie. Na podstawie pewnych przesłanek. Pewnych – to jest takich, że w nie nie wątpią. A jeśli nawet, to przez chwilę. I idą dalej.

Przez wiarę Noe, ostrzeżony przez Boga o tym, czego jeszcze nie widziano, kierowany bojaźnią zbudował arkę, aby ocalić swój dom. (11:7)

Teraz tylko jedno pytanie: w co i komu wierzę? Jaka wiara, taka meta.

Jesteś zwycięzcą

Nieraz myślałem: – A co mnie obchodzi? Ten taki owaki… – Mógłbym mu pomóc, wesprzeć praktycznie albo przynajmniej zainteresować się, pocieszyć, pomodlić o sprawy, zmartwienia, zdrowie. „Czynić dobrze nie przestawajcie” – poucza Paweł.

Mając to swoje leniwe ciało, widzę jednak, że w tej dziedzinie moje osiągi są dość mizerne. Nie bardzo daję się Bogu używać. Tylko trochę. Troszkę. – To z powodu słabej miłości. – Myślę. I zaraz pytam sam siebie jakby retorycznie, pesymistycznie: – Czy jestem zdolny do takiego kochania, które przebija mury mojej własnej obojętności na cudzy brak, smutek, ból itp.? – Pociesza i zachęca mnie ten fragment:

A takie przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też swego brata. Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Chrystusem, narodził się z Boga (…) Na tym bowiem polega miłość Boga, że zachowujemy jego przykazania, a jego przykazania nie są ciężkie. Bo wszystko, co się narodziło z Boga, zwycięża świat. A tym zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. (I Jan. 4:21-5:4 PUBG)

  1. Wierzę, że Jezus jest Chrystusem, więc
  2. narodziłem się z Boga, więc
  3. mam wiarę, która zwycięża świat, więc
  4. Jego przykazania nie są dla mnie ciężkie, więc
  5. mogę kochać brata, więc
  6. mogę też powiedzieć nieobłudnie, że kocham Boga.

Oczywiście bratem jest każdy, któremu mam sposobność okazać Bożą miłość, jak pokazuje przypowieść o „miłosiernym Samarytaninie”. Konkluzja jest prosta: wierzę w Chrystusa Jezusa? No to nie mam powodów do zwątpienia w siebie. Zwyciężam świat – to znaczy zwyciężam siebie; swoją obojętność, brak wrażliwości i miłości – świat, który tkwi we mnie i z trudem odpuszcza. Ale musi, bo to nie moją mocą…

Samo się nie zbawi

Uwaga, moi ewangeliczni bracia i siostry, będę ocierał się o herezję. No bo jak można kwestionować niezbywalne prawo wstępu do nieba nabyte przez nowe narodziny? No jak? Nie wiem, ale Ezechiel pisze w imieniu Boga tak:

Odrzućcie od siebie wszystkie wasze występki, którymi wykroczyliście, a uczyńcie sobie nowe serce oraz nowego ducha. Dlaczego macie ginąć, domu Israela? Nie pragnę śmierci tego, co umiera – mówi Pan, Wiekuisty. Nawróćcie się i żyjcie! (Ezech. 18:31-32, NBG)

To ciekawe, po pierwsze dlatego, że jest skierowane do Wybranych, czyli jakby do ciebie i do mnie też. Czyli wisi nad nami groźba śmierci? A jednak? A czemu nie? Po drugie, dobra wiadomość jest taka, że Bóg, cokolwiek bym (złego) robił, tej śmierci sobie nie życzy. Nie czeka z utęsknieniem, aż ślepy wlezie w dziurę, wpadnie w dół i skręci kark. Ale woła: stój, zawróć!

Trzecia rzecz ciekawa: jak to ma być, że zawrócę? Czego potrzebuję ja – ślepy? Odnowionego umysłu, serca. Każdego dnia. Mam sobie to serce sprawić, odnowić, wymienić, obrzezać sam? Czy to Bóg zrobi? I tak, i tak. No proszę! Polecam wyszukać „serce” i postudiować Biblię. Naprawdę: raz Bóg mówi „zrób to sam”, a innym razem „zrobię to Ja”.

Bo tu nie ma miejsca na dogmaty i paradygmaty. Ja robię krok, Bóg dodaje sił i łaski. Zwracam uwagę na „ROBIĘ”. Bo jak pisze Jakub, „jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa” (Jak. 2:16 PUBG). Tu znowu: szok! Fizyczny uczynek jest czymś bardziej duchowym niż siedząca w mózgu wiara!

Kochani, na miłość boską, trzeba nam choćby kiwnąć palcem! Samo się nie zbawi!

Lepsza praktyka od teorii

– Wierzysz?
– Wierzę.
– Skąd wiesz, że On jest?
– Wiem.
– Nie, nic jeszcze nie wiesz.
– Przekonał mnie ten kaznodzieja. To miało sens. Trzyma się kupy. Jest mądre. Trudno się przyczepić.
– A co z tym zrobiłeś?
– No, na razie nic. Ale słucham dalej.
– Mhm, do kościoła chodzisz…
– Chodzę.
– A skąd wiesz, że ci się nagle życie nie zawali?
– A dlaczego miałoby się zawalić?
– Jakiś tam mały kataklizm, tfu, tfu.
– Ja się będę zawsze Jezusa trzymać.
– Och, tak, oczywiście.

Ludzie dzielą się na praktyków i teoretyków. Jedno i drugie jest dobre, ale Jezus przestrzega tych, którzy słuchają, a nie wykonują:

Czemu to wzywacie Mnie: „Panie, Panie”, a nie czynicie tego, co mówię? …ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki. (Łuk. 6:46,49, BW)

Kto wykonuje słowo, o tym można powiedzieć, że się dokopuje do jego istoty. Dowiaduje się, jak ono działa, na ile jest pewne. To kosztuje; czas, pot, pieniądze. Ale pewność, że dom nie zachwieje się, jest tego warta.

To tak samo jak z tą drzazgą w oku brata i belką w moim. Spróbuj z belką wyjmować komuś drzazgę z oka. Nawet jej nie zauważysz, chyba że teoretycznie. Spróbuj strzepnąć komuś pyłek z garnituru, kiedy sam jesteś umazany smarem i ziemią. Teoretycznie możesz.

To tak samo jak z dobrym drzewem i jego dobrym owocem. Teoretycznie nie różni się ono od złego drzewa. Ten sam gatunek. Dobry i zły człowiek. Jak odróżnisz? Jak jeszcze modlą się tymi samymi słowami. 

Te porównania nie są z kapelusza, ale z kontekstu. Jezus mówi to ciurkiem, więc przyjmuję, że jest tu logiczny związek. Bo jest. Warto zapytać: ile jest we mnie takiego mądrali, który ma w głowie poukładane, celnie punktuje cudze grzechy, wtapia się w tłum „wierzących”, ale gdy przyjdzie powódź, jakaś próba, zostanie zmieciony nurtem rzeki?

Czy moje życie jest przemyślane, czy przećwiczone z Biblią w ręku?

Święto (bez)nadziei

1 i 2 listopada myśli częściej wędrują ku śmierci, a przynajmniej ku zmarłym znajomym. Łatwo się zasępić. Najgorzej, kiedy wyobrażę sobie, choćby przez sekundę, bezbrzeżny ocean nicości, który czeka po drugiej stronie, JEŚLI Boga nie ma.

Ja z takich myśli szybko się otrząsam. Jakbym nie chciał, żeby zaplamiły głowę. Możesz powiedzieć, że kieruje mną instynkt, że tylko się pocieszam i tyle. A ja wiem, że to mądre: nie tracić nadziei. Akurat dziś czytałem o dwóch wielkich przykładach niewiary, oczywiście skarconej. W liście do Żydów jest o Izraelu, który wątpił w cel wędrówki do Kanaanu i o nas, którzy mamy się pilnować, by nie powtarzać ich błędu:

Widzimy więc, że nie mogli wejść z powodu niewiary. Bójmy się więc, gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do jego odpoczynku, aby czasem się nie okazało, że ktoś z was jej nie osiągnął. I nam bowiem głoszono ewangelię jak i tamtym. Lecz tamtym nie pomogło słowo, które słyszeli, gdyż nie było powiązane z wiarą tych, którzy je słyszeli (Hbr. 3:19-4:2 , PUBG)

Na szczęście Bóg nie przekreśla ani Izraela, ani mnie za przejaw niewiary. Ani apostołów:

W końcu ukazał się jedenastu, gdy razem leżeli u stołu, oraz złajał ich niewiarę i twardość serca, że nie uwierzyli tym, co go widzieli wzbudzonego. (Mar. 16:14, PUBG)

Co mi to przypomina? Czy nie rodzinny obiad z okazji Wszystkich Świętych? Siedzą ludzie przy stole, jak na stypie. Uczniowie – ci, co mieli świat zdobyć. Już zaczęła kiełkować w kilku głowach smutna myśl o pogodzeniu się ze śmiercią. Że to koniec pięknej przygody. Koniec nadziei. Jezusa nie ma i nie będzie. Wierzyliśmy, tak, cóż… na próżno!

Ale ten Jezus, przez chwilę wielki nieobecny, przychodzi do nich właśnie w tym momencie i zaczyna połajankę. Jeszcze gorszą od tej, którą słyszeli tamtej nocy, gdy uciszył burzę. A potem powołuje ich do głoszenia ewangelii. Planu B u Jezusa nie ma. 

Jest tylko w mojej głowie. Plan straszny i beznadziejny. Ci, którzy nie trzymają się wiary, pozwalają umknąć nadziei, są korygowani; lecz jeśli i to nie pomoże, spotyka ich to, czego najbardziej się obawiali – nie wejdą do przyszłego życia. Dostaję to, w co wierzę. Dlatego warto odpychać myśli zwątpienia.

W gusła wierzysz?

​Bóg wiele razy powtarza, że on jest jedynym bogiem. Ale po co mi to wiedzieć, mi – człowiekowi XXI wieku, który nie wierzy w gusła i zabobony?

Może sobie być i jedynym, i jednym z wielu, jaka różnica? Przecież ja się nie kłaniam żadnemu! – Tak mogłoby powiedzieć wielu współczesnych ateistów lub zwykłych ignorantów w sprawach wiary.

W księdze Izajasza to zapewnienie występuje nie raz: ja jestem jedynym Bogiem! Czasem w dużym zagęszczeniu, np.: Iz. 43:11, 44:6,8, 45:5,18,21. Wygląda na to, że to piekielnie ważne.

Mam więc to zignorować? W imię czego? Przecież nie innego boga, raczej… No właśnie, czemu lub komu ja w życiu ufam? Sobie, zasadom? Ok… Ale Bóg mówi o sobie:

jestem tym, który… czyni głupców z wróżbitów; który mędrców odrzuca do tyłu i czyni głupstwem ich wiedzę (Iz 44:25, NBG)

Może przyjść moment, kiedy zapytam z rozpaczą w głosie: co robię nie tak?? Wszystko się wali w moim życiu, a ja nie wiem, dlaczego. Wszystkie złote zasady na nic!

Być może dzieje się tak dlatego, że właśnie ufam zasadom, a nie żywemu Bogu. Czym się różnię od czcicieli posągów? Zasady są martwe tak, jak złocone drewno. Bez względu na to, czy są religijne i sprawiają pozór pobożności, czy też zupełnie z tym sprzeczne.

W pierwszym przypadku mogę być jedną z tych osób, które budują zdrowe, harmonijne życie, ale wciąż czegoś im brakuje; żyją zasadami Królestwa, ale nie znają Króla. W drugim przypadku po prostu rujnuję sobie życie. 

Bóg nie chce nakładać na człowieka ciężarów, których nie może unieść. Bo tak robi diabeł i jego „magicy”:

Zgiął się Bel, skulił Nebo; ich posągi są pośród roślin i bydląt; te przez was obnoszone, nałożone jako brzemię dla znużonych (Iz 46:1, NBG) 

Podobnie mówi Jezus o faryzeuszach – mistrzach religijnej poprawności:

Wiążą ciężkie i nie do uniesienia brzemiona, oraz kładą je na ramiona ludzi, lecz nie chcą ich ruszyć swoim palcem. (Mat 23:4, NBG)

Podobnie naucza Paweł:

Jeśli więc umarliście z Chrystusem dla żywiołów tego świata, to dlaczego – jakbyście jeszcze żyli dla świata – poddajecie się nakazom: Nie dotykaj, nie kosztuj, nie ruszaj… (Kol. 2:20, PUBG)

A może nie czuję się jeszcze gotów, by poznać Króla? Mogę się poczuć, czytam przecież: „Wezwałem cię twoim imieniem – mówi Bóg – chociaż mnie nie znałeś” (Iz. 45:4).

​Siedem rzeczy, których uczę się od dzieci

Że nie tylko dorośli uczą dzieci, ale jest też na odwrót – to jasne. Czego się można od dziecka nauczyć? O, bardzo wielu rzeczy. Wymienię tylko siedem. Ale za to jakich!

Inspiruje mnie fragment listu do Galacjan, cechy charakteru, które Apostoł Paweł nazywa „owocami Ducha” i dodaje, że jeśli one z człowieka „wyłażą”, to nie straszne mu srogie przykazania.

Kiedy o nich myślę, to wychodzi, że wszystkich można się nauczyć jako… rodzic. Nie jest to łatwe, nie jest pozbawione westchnień zwątpienia i udręki – „o losie” lub „o Boże”, ale… może to najkrótsza droga.

Miłość – kiedy śpi, patrzę w jego/jej piękne, zamknięte oczy, zapominam o wszelkich trudach i myślę, że kocham go/ją tylko dlatego, że jest.

Radość – kiedy nieszczęśliwy chciałbym się schować w skorupę, jeszcze pięć minut pospać, a jakaś mała twarz pochyla się nade mną uśmiechnięta: „pobawimy się tato?” – Tak, pobawimy.

Pokój – kiedy wracam z pracy do domu, a tu… nie ma spokoju. Kogo pocieszyć,  zabawić, wyręczyć? Proste, jasne. Druga praca? Ale jaka błogosławiona!

Cierpliwość – kiedy dziecko chce zrobić coś samodzielnie, a ja już nie mogę na to patrzeć. I mówię tylko: Dobrze, próbuj dalej, dasz radę.

Życzliwość/uprzejmość – kiedy prosi: – Jeszcze raz! Jeszcze raz! – Bolą mnie już plecy. – No dobrze, jeszcze trzy razy…

Dobroć – kiedy nie mam ochoty robić śniadania nawet sobie, ale jakoś tak jest, że zaczynam od czegoś dla tych małych.

Wiara/ufność – kiedy się troszczę, jakie będą, gdy dorosną i zauważam, że tak bardzo mnie naśladują. Jeszcze trochę ufam sobie, zasadom, a wreszcie… już tylko Bogu.

Łagodność – kiedy boi się psa, ciemności, samochodu. Odburknę: nie wygłupiaj się, śpisz przy zgaszonym, no chodź żesz! Hm. Przytulam, palę lampkę, biorę na ręce.

Powściągliwość/panowanie nad sobą – kiedy zrobi coś okropnego, głupio, nieposłusznie, skrzywdzi. Och, niech teraz pozna gniew! Stop. Nie. Patrzę w przestraszone oczy. Myślę dwa razy i… daję nauczkę.

Co robię w złe dni

Siedząc w dole, naturalnie myśli się, że z dołu trzeba wyjść jakoś kozacko, przebojem, coś przy okazji udowodnić i zadziwić gapiów. – To ponad moje siły. Ale wystarczy coś bardzo małego…

Mam dość, czuje się beznadziejnie i beznadziejny. Cztery dni bólu głowy, jakby kto młotkiem łupał i słabości, i – mam wrażenie – zupełnej bylejakości, że jak nie mam siły, to prawie wszystko w domu i w pracy jest mi obojętne.

Może mam prawo tak się czuć? To nic nie zmienia. Ale może Słowo coś zmieni. Pamiętam, ostatnio czytałem…

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła. (Przyp 24:10)

Oczywiście, ta moja niedola to żadna niedola. Ludzie mają sto razy gorsze problemy. Można ten werset zinterpretować tak, że tylko pogorszy mój stan. – Bo jeśli oni dają radę, a mają gorzej, to co mam myśleć o sobie? Pewnie, że słabiak!

Nie, takie zrozumienie mi się nie podoba. To jest gadanie kogoś, kto akurat ma się dobrze i przeczyta werset, i pomyśli: – tak, przyjdzie ten zły dzień i wtedy pokażę na co mnie stać! – Gucio! Nic nie pokaże.

Inaczej i lepiej zrozumie to ktoś, komu jest źle. Nieważne, czy jego udręka jest wielka, czy mała. Pomyśli tak: – nie jest dobrze. Czuję się słabo. Ale tu jest napisane coś o sile. Wątła jest moja siła, jeśli… zwątpiłem. Nie, nie zwątpię.

To nie jest przecież takie trudne, nie przerasta mnie. Nie muszę dokonywać niemożliwego, pokazywać muskułów, charakteru ze stali i ducha walki jak dzwon. Wystarczy… nie wątpić.

W co? W co tylko chcę, jeśli jest sprawiedliwe. Mogę to zrobić! A jeśli teraz, gdy jest mi trudno, nie wątpię, ale ufam Bogu, wierzę, to i moja siła jest… niewątła, znaczna, rzeczywista. Naprawdę? Tak, naprawdę!

Wiem, na ile mnie stać. I po co?

„Wiem, co za ile, nie muszę dbać o bilet” – znamy piosenkę z „Kilera”. Czasem to jest błogosławieństwem, a czasem… wręcz przeciwnie. Dlaczego? Wystarczy poznać jedną z historii Dawida.

W księdze Kronik czytam o ciekawej sytuacji: Dawid – izraelski król, na ogół bezbłędny w trzymaniu się litery i ducha bożego prawa, dopuszcza się przestępstwa. A że był nie tylko znawcą, ale i miłośnikiem prawa, wykroczenie najpewniej było świadome. Zresztą później z tego pokutował. Co go podkusiło? Albo ważniejsze: dlaczego?

Wtedy wystąpił szatan przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów. Rzekł Dawid…:
– Idźcie i policzcie Izraela… i donieście mi, abym znał ich liczbę. – Lecz Joab rzekł:
– Niech pomnoży Pan lud stokrotnie w porównaniu z tym, ile go jest teraz; lecz, panie mój, królu, czyż nie są oni wszyscy sługami mego pana? Po cóż pyta o to mój pan? Po co ma to być przewinieniem Izraela? (1 Kron. 21:1-3, BW)

Ostatecznie król, jak to król, postawił na swoim. Joab – główny dowódca – z obrzydzenia wobec rozkazu – nie wypełnił go do końca, pominął w spisie dwa z dwunastu plemion. Ale i tak Izraela spotkała kara za ten spis. O ile się nie mylę (jeśli tak, to krzyczcie) i dobrze czytam, i szukam, nie ma w Biblii wyraźnego zakazu: nie wolno liczyć Izraela. Zdarzały się spisy nie tylko nie karane, ale wręcz nakazane przez Boga. Tyle że były odpowiednio przeprowadzone, między innymi zawierały element okupu: zamiast ludzi, liczono de facto wniesione przez nich opłaty.

Skąd więc wina i kara? Mój znajomy znawca tematu twierdzi, że chodzi o ideę niepoliczalności, która kojarzy się łatwo z obietnicami Boga dla Abrahama, że jego potomstwo będzie jak gwiazdy, jak piasek, że będzie niezliczone. Inna interpretacja mówi, że liczba mężczyzn zdolnych do walki, którą Dawid poznał w rezultacie spisu, dawała możliwość kalkulacji i samodzielnych decyzji bez szukania bożej rady, głosu, prowadzenia. Nie mówiąc już o powodach do dumy, pożywce dla królewskiej pychy.

Tak czy inaczej, łatwo to jest przełożyć na współczesność i moją osobistą sytuację. Bo przecież i ja mam obietnice od Boga, jakieś powołanie, plan, przeznaczenie. Skoro chcę je wypełnić, muszę pokonać przeciwności; wiedzieć, na co mnie stać. Mierzyć zamiary na siły. A może nie?

Może wystarczy mi do szczęścia wiara, że Boża miłość do mnie, jego błogosławieństwo jest bezkresne jak ocean. Może nie muszę tego sprawdzać, próbować objąć, wywalić gały, żeby ten horyzont jakoś przybliżyć? Może nie muszę podpierać swej pewności siebie liczbami, może starczy Boże Słowo? Może czasem wystarczy zaufać, zamiast liczyć?

Kto się boi konfrontacji

Ostatnio pewien znajomy zapytał mnie: Janek, a jak to jest, że ty, że wy z twoją żoną wierzycie? Wierzysz w stworzenie świata itd.?

Wierzę w to i inne rzeczy. Ale te filozofie i szukanie jakiejś praprzyczyny nie jest ani bliskie, ani najważniejsze. Myślę, że człowiek przychodzi do Boga nie po refleksjach egzystencjalno-transcendentnych, ale prościej: kiedy zdaje sobie sprawę, że jest słaby. A taki jest każdy, ja też, tylko… czy o tym wiem? Czy wciąż się łudzę?

Dużo ludzi nie wierzy, bo nigdy nie dopuścili do konfrontacji z Jezusem. A to bardzo proste. Czy jest Bożym Synem, czy jest Mesjaszem, zbawicielem Izraela i świata? Czy udowodnił to? To pytanie zdawali sobie już jemu współcześni:

I wielu z nich mówiło: – Ma demona i szaleje. Czemu go słuchacie? – Inni mówili: – To nie są słowa człowieka mającego demona. Czy demon może otwierać oczy ślepych? (Jn 10:19-21, PUBG)

Ma demona, tzn. wariat. Do psychiatryka z nim! – Tak byśmy dziś powiedzieli. – Ale zaraz, czy świr lub oszust mógłby uzdrawiać tak, że niewidomi widzą?

Konfrontacja. Jezus nieraz się tłumaczył. Fakty były po jego stronie. Problem w tym, że wówczas i wciąż niektórzy pytają nie jak Jan Chrzciciel, żeby się dowiedzieć, ale jak faryzeusze – po to, by się utwierdzić w swoim przekonaniu: no wariat! Albo gorzej, oszust!

Jeśli ty jesteś Chrystusem, powiedz nam otwarcie.
– Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Dzieła, które wykonuję w imieniu mego Ojca, one świadczą o mnie. (w. 24-25)

Może myślisz: – Ja jeszcze nie widziałem tych dzieł. – Czyżby? A może widziałeś, ale je odrzucałeś jako nie pasujące do twojej tezy, wiary, przekonania, stylu życia…?

Jezus i jego dzieła, dzisiejsi naśladowcy Jezusa i ich dzieła – stawiają mnie przed wyborem zero-jedynkowym: fałsz – trzeba unikać tych wariatów i oszustów – albo prawda – trzeba w to wejść na 100%.

Wygodnie jest mówić: „fałsz”. Ale to jest właśnie to, co robili Żydzi aż do ukrzyżowania – to był jedyny zarzut: podaje się za Króla, Mesjasza, Boga, a nim nie jest. Mówili tak nawet po zmartwychwstaniu, próbując zakłamać oczywiste fakty. Ilu z nas szło tą drogą? Wszyscy. Ale zawsze można zawrócić.