Mogę czasem wymiękać

Napotykam nieraz w Piśmie werset zachęcający, choć pozornie bezlitosny. W księdze przypowieści Salomona napisano:

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła (Przyp.Sal. 24:10, NBG)

Zdanie zaczyna mnie zachęcać, kiedy odwrócę jego sens:

Jeśli (dopóki) nie zwątpiłeś w dzień niedoli – mocna jest twoja siła.

Ten „dzień niedoli” mógł być dawniej – przetrwałem go i wspominam jako pokrzepiający przykład. Niedolę mogę mieć i dziś, i wtedy… ufam, więc jestem.

Znajomy napisał: 

tak, to dobry werset i ja nie zwątpiłem, gdy było źle, ale…  wiesz, i tak myślę, że moje siły są wątłe. A jeśli cokolwiek było we mnie silne, to chyba tylko bunt – musiałem go poddać Bogu.

Rozumiem to, na swój sposób. Jest w tym wiele racji. Ale dodam jeszcze coś od siebie: zauważmy, że Salomon powiedział:

zwątpiłeś

a nie:

wymiękłeś.

Mogę czasem wymiękać, mogą mnie opuszczać siły, mogę czuć, że życie jest zbyt trudne, sytuacja mnie przerasta. Ale prawdziwa moc kryje się w nadziei, w zaufaniu, w woli, by nie zwątpić. Nawet, gdy wszystko mi mówi, że nie mam szans albo przegrana, tragedia, śmierć stała się faktem.

Jeśli nawet wymiękam, lecz nie wątpię w „dzień niedoli”, to wielka jest moja siła. Bo jej źródłem jest sam Bóg – mój Tata.

Superbohater: człowiek-Bóg

To uczucie, kiedy dowiadujesz się, że wszystko, w co wierzyłeś do tej pory, jest nic nie warte i od dziś musisz zacząć tym gardzić. Bezcenne.

To uczucie musiał wywołać u swoich ziomków pewien superbohater; nie człowiek-pająk, nie superman i też nie człowiek-nietoperz. Człowiek-Bóg – Jezus. Wychowany w Nazarecie mężczyzna, który miał jedną supermoc: posłuszeństwo Ojcu.

On właśnie wjeżdża tryumfalnie na oślątku do Jerozolimy, by stoczyć przedostatnią swoją bitwę. Wchodzi do świątyni, gdzie dojdzie do konfrontacji… autorytetów. Nie będzie bitwy na pięści, ale na słowa. Superbronią jest znajomość Pisma i bożej drogi. Na dobry początek Człowiek-Bóg wywraca stoły handlarzy. Potem uzdrawia. Dzieci wołają za nim: uwielbiony Syn Dawida! Coś w stylu: niech żyje król!

Następnego dnia kontynuuje walkę. Arcykapłani i starsi, którzy w tej kulturze mieli niekwestionowany autorytet, mocni rozstrzygać wszystkie kwestie prawa, zaatakowali pierwsi: – Jaką mocą to czynisz i kto ci dał tę moc? – Pytali. Człowiek-Bóg odpowiada serią; każde podobieństwo podkopuje ich stanowisko. Każde jest jak celny cios siekierą, jak napisano: „do korzenia drzew jest przyłożona siekiera i każde drzewo, które nie wydaje szlachetnego owocu, zostaje wycinane i w ogień wrzucane” (Mat. 3:10, Łuk 3:9).

Ostatni cios jest decydujący. Celny jak wszystkie poprzednie i docinający resztę wątpliwości. Jezus zdaje pytanie:

– Co sądzicie o Chrystusie? Czyim jest synem? – Mówią mu:
– Dawidowym. – Rzecze im:
– Jakże więc Dawid w natchnieniu Ducha nazywa go Panem, gdy mówi: „Rzekł Pan Panu memu: Siądź po prawicy mojej, aż położę nieprzyjaciół twoich pod nogi twoje”. (Ps. 110) Jeśli więc Dawid nazywa go Panem, jakże może być synem jego?
I nikt nie mógł mu odpowiedzieć ani słowa, ani też już nikt od owego dnia nie odważył się go pytać. (Mat. 22:42-46, BW)

Zastanawiające, czyż nie? Dziwne pytanie, niby niewinne. A po nim cisza, jak makiem zasiał. Nikt się już nie odważył… W Ewangelii Marka jest podobny tekst; również w Świątyni, mówi Jezus wprost: „jakże to uczeni w Piśmie mogą mówić, że Chrystus jest synem Dawida? (Mar. 12:35, BW)

Stąd wiemy, że taka była oficjalna nauka tamtych czasów. Mesjasz ma być potomkiem Dawida. No i co, źle? Przecież był nim! Tak miał w rodowodzie. Tak wołały za Jezusem dzieci i nie zaprzeczał, jeszcze je pochwalił! Wyraźny wniosek jest taki: arcykapłani spodziewali się mesjasza, który będzie zwykłym człowiekiem. Jezus był zwykłym człowiekiem, a ponadto (!) Bogiem.

To mogło być zaskakujące, przyznajmy! I to do dziś jest tajemnicą. To pytanie w jednej sekundzie ustawiło trzydziestolatka ponad autorytetem arcykapłanów i starszych – rzecz absolutnie nie do pomyślenia dla Żydów! A tajemnica boskości Chrystusa jest do dziś filarem wiary. Tylko Człowiek-Bóg mógł zbawić świat.

Tylko staw się i stój!

Zegar tyka. Palce stukają o blat. Oczy wędrują to na zegar, to na palce. To znów na monitor, ale tamtędy prześlizgują się tylko. Nie ma szans skupić się na czymkolwiek. Tylko ten zegar, stukanie w blat. Czekanie. No dobrze, pora iść. Wstaje i bierze głęboki oddech, przeciera czoło. Ręka ześlizguje się po klamce. „Ręka? Jaka spocona! Do cholery, to już przesada. Wziąć się w garść trzeba”. Wychodzi, trzaska. Trzasnęło jakoś za mocno chyba. „Może tym zajmę myśli, zmartwię się zastępczo…” Idzie przez korytarz długi i ciemny, światła na automat wyłączają się zaraz dla oszczędności. Idzie przez zapach wytartej wykładziny i starej farby. Idzie, by stanąć i zawahać się przed samym wejściem, przed tabliczką „Dyrektor”. Zerka w bok. I wchodzi natychmiast, patrzy – tu on, dyrektor, trochę zaskoczony, że bez pukania… tam mignęła ona, której nie chce widzieć. Nie chce i dlatego tak nagle wparował. Jeszcze przez te pięć sekund uniknąć wzroku i „dzień dobry”. „Na pewno przygotowała się świetnie ta jędza. Papiery ma, tak, papiery na mnie, coś niosła. Oszczerstwa, puste słowa. A jednak słowa. I potem słuchaj: słowo przeciwko słowu. A czyje? Czy nie kłamliwe? To już nieważne, nieważne. Przechlapane”. A jednak przyszedł.

* * *

Zegar tyka. Długopis pędzi po kartce jakby w obłędnym natchnieniu. Geniusz? Ha, o piękna ironio! Dureń, błazen, cymbał, ale nie geniusz. Nic, nic nie wiedziałem. Nie wiedziałem przez te okropne pół godziny pustki. Jakby między uszami hulał wiatr. I w końcu olśnienie. Marne, bo marne, ale uchwyciłem się tej myśli, tego przebłysku pamięci, konceptu, który ma szanse na tróję, może czwórkę nawet. Może całoroczna średnia jest uratowana? Został kwadrans, a ja się modlę, żeby chociaż bez błędów to poszło. Z nerwów zjadłem już pewnie tuzin przecinków. Może nie warto było próbować? Przecież był ten drugi termin, poprawkowy. Wtedy, właśnie wtedy trzeba było przyjść, odroczyć to o parę dni, przygotować się. A jeśli i wówczas miałbym to samo zaćmienie, co dziś? Lepiej mieć drogę odwrotu. Lepiej spróbować pierwszej nadarzającej się okazji. Żeby móc wcześniej wygrać. Albo wcześniej ponieść porażkę. A jednak przyszedłem.

* * *

Zza miejskiego muru wstaje słońce. Gdzieś tam, w oddali majaczy pustynia Jeruel i podnóża gór, i wejście do doliny. To miejsce wzywa. Pomruk bitwy, której nie chcemy, a na którą jesteśmy skazani. Albo na zgnicie w głodowych męczarniach, w mieście oblężonym przez Moabitów i Ammonitów. Nie, to wykluczone. Padły już słowa. Wypowiedziane z przekonaniem i mocą. I z nadzieją.

Nie waszą rzeczą będzie tam walczyć, ustawcie się tylko i stójcie, i oglądajcie ratunek Pana, o Judo i Jeruzalemie! Nie bójcie się i nie lękajcie! Jutro wyjdźcie przed nich, a Pan będzie z wami! (2 Kron. 20:16-17, BW)

Wielkie rzeczy tylko pomału

Rzecz banalna, więc użyję niewielu słów. A jednak warto to powtarzać: aby zrobić tysiąc kroków, trzeba postawić ten pierwszy.

Zobaczyłem dziś w Biblii coś zaskakującego. Jest już późny wieczór, nadrabiam zaległości w planie czytania, a oczy same się zamykają. Może mi się przywidziało?

Joszeb – najpiękniejszy z trzech [rycerzy Dawida] – wywinął włócznią nad ośmiuset, których pobił za jednym zamachem. (2 Sam 23:8, BW)

No, to nawet opis stworzenia świata jest bardziej realistyczny niż to. – Myślę. Przecież to baśń, legenda. Jako żywo przychodzi mi z pamięci średniowieczna „Pieśń o Rolandzie”, ten epos rycerski, gdzie „biskup jedną ręką siecze setki Saracenów”.

Aha. Jasne. I co jeszcze? Zamachnął się dobrze i tak jedną włócznią zabił osiemset ludzi? W innym tłumaczeniu jest już lepiej. Wciąż niesamowicie, ale choć trochę wiarygodnie (uff):

Miał on przewagę nad ośmiuset ludźmi, których poraził w jednym spotkaniu.

I takich „najdzielniejszych rycerzy” wraz z ich niezwykłymi czynami jest tam wymienionych kilku. Czasem z dopiskiem „i Bóg dał wielkie zwycięstwo”.

Myślę o tych ośmiuset, myślę… I myślę, że ten Joszeb wcale o nich nie myślał. Nie o ośmiuset. Myślał o jednym lub o kilku najwyżej. A kiedy tych powalił, widział następnego i następnego… aż pokonał wszystkich.

Cechą tych najsławniejszych wojowników nie było to, że potrafili coś jak Chuck Norris. Ale byli pełni odwagi i gotowi do akcji, kiedy tylko król ich potrzebował. To wystarczy.

Oczywiście myślę teraz o swoich marzeniach. I o tym, że jest osiemset powodów, dla których może mi się nie udać. Może… Ale czy jestem gotów, żeby załatwić pierwszą przeszkodę? Tylko tyle.

Najlepsza mowa bitewna: spocznij!

Mowy bitewne zawierają zwykle podobne elementy: cel bitwy i nadzieja, znieważenie przeciwnika i przypomnienie zaznanych krzywd, zapewnienie o własnej sile na przegnanie lęku. Ale namawianie do opuszczenia pola bitwy? To niebywałe!

Tymczasem taki właśnie przepis na udaną mowę bitewną daje Mojżesz. Mowę kapłana, która spodoba się Bogu w dniu walki, kiedy Izraela zaatakują jego sąsiedzi, obce narody, by zagarnąć jego ziemię. Kiedy Izrael podchodzi do bitwy, kwestię liczebności „kto tu jest większy i silniejszy” powinien mieć już załatwioną. Mojżesz poucza, uprzedzając te emocje:

nie bój się ich, gdyż jest z tobą Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej (5 Moj. 20:1, BW)

Potem wypowiada wzorcową mowę bitewną, zaczynając od standardowego „ruszacie do walki, nie bójcie się”. Następnie oficerowie mają zwracać się do swoich oddziałów (żeby każdy usłyszał):

Jeżeli ktoś z was zbudował nowy dom, a jeszcze w nim nie mieszkał, niech wróci (…).
I jeżeli ktoś zasadził winnicę, a jeszcze z niej nie korzystał, niech idzie z powrotem (…).
A jeżeli ktoś zaręczył się z kobietą, a jeszcze jej nie pojął, niech idzie z powrotem (…).
Jeżeli ktoś jest bojaźliwy i lękliwego serca, niech idzie z powrotem do swego domu, niechaj nie osłabia serca swoich braci jak swoje. (5-8)

Podsumowując; jeśli myślisz o czymś innym niż ta bitwa, nie potępiamy cię, ale też nie potrzebujemy! Jeśli się boisz, nie chcemy cię tu widzieć! Odmaszerować!

I, jak można się domyślić, w ten sposób dowódcy przetrzebili własną armię, jeszcze zanim ruszyli do boju. Ładna to mowa bitewna, która osłabia wojsko, co? A może wcale nie osłabia? Boża logika bywa zaskakująca. Zaskakująco poprawna i trafna. Ponieważ Bóg widzi więcej. Tak jak z wojska Gedeona, liczącego 32 tysięcy zbrojnych, odprawił tylu, że zostało 10 tysięcy. A z tych 10 tysięcy znów, że zostało… 300. Słownie: trzystu. Tak, dokładnie tylu, co Spartan w Termopilach (jeśli wierzyć legendzie tak, jak Biblii). Jak to się skończyło, poczytajcie w Ks.Sędziów (r.7).

A jak mam to wszystko rozumieć dla siebie, dzisiaj? Nie walczę przecież w polu z karabinem. Mamy czas pokoju. Walczę jednak o coś, co jest synonimem obietnicy. Każdy odpowiada na pytanie: czym jest moja „Ziemia Obiecana”? Nie musi być pisemnie. Może muszę ją zdobyć, a może obronić. Coś, co wyżywi mnie i rodzinę – to moje powołanie, moja pasja.

Trzeba walczyć, bo zjawiają się przeciwnicy, przeciwności. Wziąć się do kupy i… co, boję się? Za małe zaplecze, tak. Ale zrobię na przekór: pozbędę się trochę. Zostawię sobie… jakieś minimum. Jeśli cokolwiek mnie odciąga od bitwy, osłabia serce lękiem, muszę się tego pozbyć.

Każdy jest zwiadowcą

Ostatni tydzień w polityce upłynął pod znakiem „afery taśmowej”. Jak zwykle w takich wypadkach, kiedy coś mnie bulwersuje i chcę o tym powiedzieć, mam wybór: przekazać dobre, czy złe wieści?

Ktoś powie: – A co dobrego można powiedzieć o zgniłej polityce? Cokolwiek się słyszy o tych decydentach, śmierdzi grubą, brudną kasą, a to są przecież nasze pieniądze, podatników! – Prawda? Po pierwsze, jednak można powiedzieć coś dobrego, chociażby to, że to zło skończy się niebawem, bo tam też nastanie Boże panowanie. Po drugie, czy to nie brzmi jak wymówka? Jeśli ktoś wszędzie widzi gnój, to nie tylko w polityce –jest takim człowiekiem-muchą. Zgodnie z dowcipem obrazkowym już lepiej być człowiekiem-pszczołą, który wszędzie widzi kwiaty i miód. Takimi ludźmi byli Jozue i Kaleb. Zostali wysłani do ziemi obiecanej jako zwiadowcy. Zwiadowców było dwunastu – po jednym z każdego plemienia – ale dziesięciu pozostałych siało tylko zwątpienie, niewiarę, strach i panikę. Ciekawe, bo szli razem, widzieli te same rzeczy i co? Doszli do innych wniosków?

— Przyszliśmy do ziemi, do której nas wyprawiłeś; ona rzeczywiście opływa w mleko i miód, a to są jej płody. Tylko że mocny jest lud, który mieszka w tej ziemi, a miasta są obwarowane, bardzo wielkie; widzieliśmy tam także potomków Anaka. (…) – Kaleb uspakajał lud wzburzony na Mojżesza, mówiąc:

— Gdy wyruszymy na nią, to ją zdobędziemy, gdyż ją przemożemy. – Lecz mężowie, którzy poszli z nim, mówili:

— Nie możemy wyruszyć na ten lud, gdyż jest on od nas silniejszy. – I rozpuszczali między synami izraelskimi złą wieść o ziemi, którą zbadali, mówiąc: – Ziemia, przez którą przeszliśmy, aby ją zbadać, to ziemia, która pożera swoich mieszkańców, a wszystek lud, który w niej widzieliśmy, to mężowie rośli. Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów, i wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach. (IV Moj. tzn. Ks. Liczb 13:27-33)

Potem zaczęła się rozpacz, płacz, krzyki, narzekania, rozruchy, szemranie i spiskowanie, posypały się oskarżenia, atmosfera była napięta, aż kipiało… Co dalej? Poczytajcie sami, a ciekawe jest zwłaszcza to, jak zareagował Bóg i jak rozstrzygnął spór. Ale to nie jest już tematem dzisiejszego wpisu. Tylko ta jedna myśl: czy dostrzegam raczej dobre, czy złe znaki? Co rozpowiadam? Że zło jest nie do pokonania, czy raczej dobro zwycięży?

Są ludzie, którzy bez względu na moje gadanie zobaczą zwycięstwo dobra nad złem. A czy ja będę wśród nich – to zależy od tego, gdzie mnie zaprowadzi mój język.

Wybrać dobry wyścig

Wyścig kojarzy się źle – z wyścigiem szczurów. Ale nie musi tak być. Można się ścigać dobrze, sensownie. Tylko gdzie, z kim i po co?

Ktoś, kto być może pracował w laboratorium genetycznym albo farmakologicznym, zauważył, że ludzie biegający po mieście przypominają te szczury, które widzi na co dzień, biegające po labiryntach, kołach, klatkach i nie znające celu tej bieganiny. W istocie, nie sposób poznać ten cel, bo dla szczura po prostu go nie ma. Cel ma i zna tylko laborant, wykorzystujący szczura, a szczur żadnych profitów z tego nie ma. Bo przecież korzyścią nie nazwę faktu, że zwierzę dostaje karmę – to byłaby ponura ironia.

Tę ironię najlepiej oddała niejaka Lily Tomlin (wziąłem to z Wikicytatów):

Problemem w wyścigu szczurów jest to, że nawet jeżeli wygrasz, to ciągle jesteś szczurem.

Tzn. nie szczurem dosłownie, ale osobą zniewoloną pewnym systemem (bez)wartości. Bo wyścig się nie kończy, chyba tylko wykolejeniem, śmiercią. Albo jeśli się kończy, to jest następny i następny… Dużo wysiłku, marne rezultaty.

Ale na wolności to już nie jest ten sam szczur, ten sam człowiek. David Pierce powiedział (ale też napisał o tym całą książkę):

Hasło Davida Pierce'a
Hasło Davida Pierce’a (fot. MR zob. Pustynny.wordpress.com)

Świat chce wsadzić cię do klatki na szczury. Jakby do kółka. A ja nie chcę żyć w klatce. I nie chcę umrzeć w klatce. W klatce jestem chory, chory od kłamstw z klatki, chory od dowcipów z klatki. To jest czas, by zmienić drogę, po której idziesz. (tłum. JPZ, cyt. za: link)

I właśnie na tym kończy się podobieństwo szczura do człowieka. Bo człowiek może zmienić drogę, po której idzie, a szczur – nie. Bo człowieka – jak szczura – można zniewolić na wiele sposobów, ale nie można zniewolić ludzkiego ducha, jeśli jest niezłomny, boży. Mogę więc wybrać drogę i wybrać wyścig: jaki wysiłek, jaka meta, jaka stawka, a jacy rywale i przeciwnicy? Czy to ma być wyścig szczura, w którym pozorne jest wszystko, prócz wysiłku? A może wyścig, o którym pisze Apostoł Paweł:

Przeto i my, mając około siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas usidla, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami (Hebr. 12:1, BW)

Wysiłek to: „opierać się aż do krwi w walce przeciwko grzechowi” (Hebr. 12:4). Metą jest niebo, a stawką nasze (nie tylko moje) dzisiejsze i wieczne życie – czy będzie piekłem, czy sielanką. Rywalem, od którego chcę być lepszy, mogę być ja sam – ten wczorajszy. A w innym sensie rywalem-przeciwnikiem jest diabeł. Decyzja czeka każdego dnia: wyścig Chrystusa, czy wyścig szczura.

Kto ma miękkie serce…

…ten musi mieć twardą d… – czy to prawda? No… tak. Dla wrogów nie można mieć litości, a kto ją ma, obrywa za tę swoją piękną niewinność. Ale jest nadzieja! I to nie jedna, a dwie.

Pierwsza nadzieja jest taka: żeby zachować cały tyłek, zachowuję też twarde serce. Osobiście muszę przyznać, że tego sposobu chwytam się najczęściej. Myślę tu ogólnie o wszystkich sytuacjach, gdy spotyka mnie coś przykrego ze strony ludzi, których „coś podkusiło” (Efez. 6:12). Nie muszę, a nieraz nawet nie mogę nazywać ich wrogami. Ponieważ są to zarówno osoby obce, jak i całkiem bliskie, kochane. Tak czy inaczej, staję wobec ich ataków okoniem. Nie daję się, wykłócam albo chromolę. W efekcie zyskuję przewagę lecz ich niechęć do mnie rośnie. Grabię sobie, a więc przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach.

Ale wierzę, że Bóg powołuje mnie do innej, tej drugiej nadziei, którą jest On sam. Mówię:

Naucz mnie, Panie, drogi swojej i prowadź mnie ścieżką prostą z powodu wrogów moich! Nie wydaj mnie na pastwę wrogów moich, bo fałszywi świadkowie powstają przeciwko mnie i dyszą gwałtem! Ja jednak wierzę, że ujrzę dobroć Pana w krainie żyjących. Miej nadzieję w Panu! Bądź mężny i niech serce twoje będzie niezłomne! Miej nadzieję w Panu! (Ps. 27:11-14, BW)

Krótko mówiąc, Pan będzie chronił moje „tyły”, kiedy ja będę miał miękkie serce. Ciekawe, że psalmista, który zwyczajowo widzi wokół siebie całe hordy wrogów, nie prosi Boga o to, by mu pozwolił ich pozabijać, a głowy pozatykać na palach. Prosi o coś dosyć zaskakującego: aby Pan nauczył go swojej drogi. Oto warunek wstępny do tego, by Pan był moją światłością, zbawieniem, ochroną mojego życia, aby mnie skrył w dzień niedoli w swoim szałasie, postawił mnie wysoko na skale…, jak mówi ten sam Psalm 27 (w. 1-5, BW).

Dlaczego tak? Ponieważ tylko ktoś, kto chodzi prostymi ścieżkami, ma niewinne, miękkie serce, a tylko takiego serca dotyczy obietnica z wiersza 14; że będzie mężne i niezłomne. Czym byłoby serce mężne i niezłomne, a jednocześnie niegodziwe? Pomyłką. Ale Bóg się nie myli: uczy mnie swoich prostych ścieżek, a kiedy już polegam na Nim, a nie na swoich systemach obronnych, On za mojego życia okazuje mi dobroć, bo chroni mnie przed gwałtem, przemocą i przed działaniem fałszywych świadków, którzy kopią pode mną dołki.

Znośna lekkość bytu

Okoliczności życia bywają przygniatające – zarówno podczas walk, jak i w czasie porażek. Niewola babilońska też była przygniatająca. A wszystko przez… szabat.

Izrael dostał porządne manto od Chaldejczyków. I to nie była zwyczajna porażka. To była porażka definitywna, totalna klęska, w dodatku zgodna z wolą Boga (Jer. 1:14, 4:6, 6:22, 10:22, 50:41). Oblegli wszystkie miasta, zabijali bez litości i wyjątków… ale to jeszcze nic.

Spalili też Chaldejczycy świątynię Bożą i zburzyli mury Jerozolimy, wszystkie jej pałace spalili ogniem i wzięli się do niszczenia wszystkich kosztownych sprzętów. Ocalałą spod miecza resztę król uprowadził do Babilonu i stali się niewolnikami jego i jego synów, aż do nadejścia panowania perskiego. I tak się spełniło słowo Pańskie, wypowiedziane przez usta Jeremiasza: Dokąd kraj nie wywiąże się ze swych szabatów, będzie leżał odłogiem przez cały czas swego zniszczenia, to jest przez siedemdziesiąt lat. (2 Krn 36:19-21, BT)

Dlaczego Bóg doprowadził do zbezczeszczenia swojej świątyni? Obrzydła Mu, razem ze wszystkimi ofiarami, które tam składano. Nie miały już sensu, skoro i tak cały lud miał Boga w głębokim poważaniu. Dopuszczano się bałwochwalstwa, najpodlejszego zeszmacenia, jakie może być. Ale Bóg, widząc to, nie obmyślał perfekcyjnej zemsty, ale to, co dobrego zrobi dla swego krnąbrnego ludu. Ja byłem tym zaskoczony, czytając fragment księgi Jeremiasza (32:26-44) – proroka, który starał się zapobiec katastrofie niewoli babilońskiej. Schemat tego fragmentu jest taki: Izrael robił paskudne rzeczy, dlatego Ja – mówi Pan – uczynię mu dobre rzeczy, będzie znów moim ludem.

Jest jedno ‘ale’, mały przerywnik: siedemdziesiąt lat niewoli, poniżenia, udręczenia, przygniatającego poddania. Dlaczego? Bóg postanowił odebrać swoje szabaty. Ziemia Obiecana miała przez kilkadziesiąt lat leżeć odłogiem, odpoczywać. Z powodu braku odpoczynku w okresie galopującego bałwochwalstwa. A co ma wspólnego jedno z drugim? Jeśli siódmego dnia odpoczywam, to ze względu na Boga, którego czczę, pragnę, szukam. I po pierwsze, zyskuję „chwilę” odprężenia, refleksji, kiedy żyję, żeby pożyć, a nie umęczyć się pracą. Po drugie, otwieram się na boże błogosławieństwo. Po trzecie, Bóg i tak odbierze sobie swoje „siódme dni”, więc lepiej spędzić je na wylegiwaniu się i modlitwie, a nie, jak Izrael – w niewoli. Szabat i szukanie Królestwa (Mat. 6:33) jest receptą na lekkość bytu.

Być jak Czech

K. zawsze powtarzała, że życie to nie jest walka. Traktowałem to przekonanie z życzliwym politowaniem, a ona nie pozostawała mi dłużna. Twierdziła, że moje „życiowe walki” to ułuda, że nie o to w tym wszystkim chodzi, że trzeba raczej dążyć niż walczyć. Śmiała się ze mnie, a ja śmiałem się z niej. I pozostawaliśmy na swoich pozycjach.

Czesi nigdy nie doceniali Niemców, a K. nigdy nie doceniała diabła. To wszystko dlatego! Jak się nie dostrzega zła w sobie, to rzeczywiście życie przestaje być walką. Ależ zło jest! A Niemcy to się panoszyli, zwłaszcza ci Habsburgowie, te arystokratyczne cwaniaki, co zamiast wojenek mieli dyplomację oraz sieć królewskich mariaży, sojuszy, konszachtów i cyrografów.

Dziś przyszła mi do głowy myśl szalona: może K. miała rację? Może nie trzeba wcale skupiać się na walce? Walce o czystość, o spełnienie marzeń… Kto się skupia na walce, skupia się na wrogu. A może to wcale nie jest potrzebne? Przecież Czesi jakoś przetrwali i mają się dobrze, nawet lepiej od Polaków. Dążyli do ideału, w naszym regionie Europy byli prymusami industrializacji. No, dość historii.

Pora na wnioski. Walki, bitwy, wojny, starcia, konfrontacje, utarczki, zmagania – to wszystko powinno być moim zajęciem, ale tylko przy okazji dążenia do sprawiedliwości, dążenia po drodze. Mówi o tym na przykład pierwszy Psalm:

Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych, ani nie stoi na drodze grzeszników, ani nie zasiada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w zakonie Pana i zakon jego rozważa dniem i nocą.
Będzie on jak drzewo zasadzone nad strumieniami wód, wydające swój owoc we właściwym czasie, którego liść nie więdnie, a wszystko, co uczyni, powiedzie się.
Nie tak jest z bezbożnymi! Są oni bowiem jak plewa, którą wiatr roznosi. Przeto nie ostoją się bezbożni na sądzie ani grzesznicy w zgromadzeniu sprawiedliwych.
Gdyż Pan troszczy się o drogę sprawiedliwych, droga zaś bezbożnych wiedzie do nikąd. (Ps. 1, BW)

Jest jeden sposób na to dążenie: upodobać sobie zakon Pana i rozważać go dniem i nocą. I co to daje? Pan się troszczy o tę drogę i to jest jedyna droga, która do czegoś zmierza. Wszystkie inne drogi wiodą donikąd. Jeśli nie rozważam zakonu, idę donikąd. A skoro tak, to pozostaje mi robić jedno: walczyć, w kółko walczyć.