Plan wydatków: 100%

Nie wiem jak wy, ale ja nieraz mozoliłem się nad czymś, a w międzyczasie zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens. Najlepiej jest w ogóle od tego zacząć: obliczyć zasoby. Mierzyć zamiary na siły, na gotowość do poświęceń.

Np. czy jestem gotów sprzedać wszystko, co mam, by ratować upadający biznes? Albo dokończyć budowę? Czy jestem gotów walczyć do upadłego? Jeśli nie, lepiej nie tracić krwi i zawczasu zdecydować się na kompromis, rozejm, nawet niekorzystny.

Na świecie wiele jest niedokończonych budów, które służą za pośmiewisko. Czy chcę, żeby tak samo śmiali się ludzie ze mnie i z mojego życia? Nie, więc myślę i medytuję nad krzyżem. Jezus mówi:

Kto nie niesie swego krzyża, a idzie za mną, nie może być moim uczniem. (Łuk. 14:27, PUBG)

– właśnie w tym kontekście: planowania wydatków – czy starczy do osiągnięcia celu. Co to ma wspólnego z krzyżem? Ano to, że idąc za Jezusem, muszę zaplanować wydatki w wysokości 100% tego, co posiadam. Jeśli poświęcę Bogu same niedziele albo dziesięć lat i koniec, będę… śmieszny.

Jak niosę krzyż, to:

  • już nie bardzo mogę nieść coś innego;
  • nie mogę go na chwilę odstawić i zająć się czymś innym;
  • jestem gotów na nim umrzeć, jako męczennik lub śmiercią naturalną, ale z poczuciem, że zapłaciłem 100% i dokończyłem robotę.

W praktyce oznacza to tyle: wszystkim, co robię, służyć Jemu. Każdego dnia i każdej godziny próbować służyć ludziom i dzielić się z nimi Bożą miłością i ewangelią. Trudne. Ale piękne i daje mnóstwo satysfakcji.

Święto (bez)nadziei

1 i 2 listopada myśli częściej wędrują ku śmierci, a przynajmniej ku zmarłym znajomym. Łatwo się zasępić. Najgorzej, kiedy wyobrażę sobie, choćby przez sekundę, bezbrzeżny ocean nicości, który czeka po drugiej stronie, JEŚLI Boga nie ma.

Ja z takich myśli szybko się otrząsam. Jakbym nie chciał, żeby zaplamiły głowę. Możesz powiedzieć, że kieruje mną instynkt, że tylko się pocieszam i tyle. A ja wiem, że to mądre: nie tracić nadziei. Akurat dziś czytałem o dwóch wielkich przykładach niewiary, oczywiście skarconej. W liście do Żydów jest o Izraelu, który wątpił w cel wędrówki do Kanaanu i o nas, którzy mamy się pilnować, by nie powtarzać ich błędu:

Widzimy więc, że nie mogli wejść z powodu niewiary. Bójmy się więc, gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do jego odpoczynku, aby czasem się nie okazało, że ktoś z was jej nie osiągnął. I nam bowiem głoszono ewangelię jak i tamtym. Lecz tamtym nie pomogło słowo, które słyszeli, gdyż nie było powiązane z wiarą tych, którzy je słyszeli (Hbr. 3:19-4:2 , PUBG)

Na szczęście Bóg nie przekreśla ani Izraela, ani mnie za przejaw niewiary. Ani apostołów:

W końcu ukazał się jedenastu, gdy razem leżeli u stołu, oraz złajał ich niewiarę i twardość serca, że nie uwierzyli tym, co go widzieli wzbudzonego. (Mar. 16:14, PUBG)

Co mi to przypomina? Czy nie rodzinny obiad z okazji Wszystkich Świętych? Siedzą ludzie przy stole, jak na stypie. Uczniowie – ci, co mieli świat zdobyć. Już zaczęła kiełkować w kilku głowach smutna myśl o pogodzeniu się ze śmiercią. Że to koniec pięknej przygody. Koniec nadziei. Jezusa nie ma i nie będzie. Wierzyliśmy, tak, cóż… na próżno!

Ale ten Jezus, przez chwilę wielki nieobecny, przychodzi do nich właśnie w tym momencie i zaczyna połajankę. Jeszcze gorszą od tej, którą słyszeli tamtej nocy, gdy uciszył burzę. A potem powołuje ich do głoszenia ewangelii. Planu B u Jezusa nie ma. 

Jest tylko w mojej głowie. Plan straszny i beznadziejny. Ci, którzy nie trzymają się wiary, pozwalają umknąć nadziei, są korygowani; lecz jeśli i to nie pomoże, spotyka ich to, czego najbardziej się obawiali – nie wejdą do przyszłego życia. Dostaję to, w co wierzę. Dlatego warto odpychać myśli zwątpienia.

Leniwy, czyli chciwy

Dorobiłem się czegoś w życiu. Jeszcze nie dużo, ale będzie więcej. Ciężką pracą. – A Jezus tę pracę nazywa lenistwem. Jeżeli nie służy Bogu.

Jak to będzie z Jego powtórnym przyjściem? Ano tak, jak z szefem dużej firmy, który wyjechał w służbową podróż i powierzył cały interes trzem pracownikom. Jednemu dał pięć spraw do ogarnięcia, drugiemu dwie, trzeciemu jedną. I odjechał.

A kiedy wrócił, okazało się, że pracownicy dali z siebie wszystko. Pierwsi dwaj (i dostali swoją nagrodę). Ale ten ostatni – nic; szef zastał wszystko tak, jak to zostawił. A on się tłumaczy: – Szefie, wiedziałem, że jesteś twardy i nie przepuścisz, bierzesz zysk tam, gdzie sam na to nie zapracowałeś. Postanowiłem oddać ci to, co mi dałeś.

To oczywiście moja parafraza przypowieści o talentach (por. Mat. 25:24). Zwykle mówi się o tym trzecim, nieużytecznym słudze, że był zły i leniwy – bo tak powiedział „Pan”. Zły – owszem. Ale leniwy? Niekoniecznie. Może był pracowity, może tylko… nie chciał robić dla cudzego zysku. Gdyby to był jego własny interes, zaraz zakasałby rękawy.

Jak to jest? Jak ja mam się w tym odnaleźć? Oczywiście tym „Panem”, tym „szefem” jest sam Bóg. Problem – całkiem realny – polega na tym, że wszyscy kręcimy się wokół spraw, które ostatecznie mogą się okazać nic nie warte. Kręcimy lody, które należą do nas… tylko przez kilkadziesiąt lat. A potem co? Potem przeczucia się potwierdzą: świat należy do Boga.

Praktycznie oznacza to tyle, że jeśli nie pracuję dla Niego, to jakbym nie robił nic. Jeśli nie zbieram owiec, to rozpraszam. Mogę harować jak wół, mogę kosić gruby hajs, myśleć: – Nieźle! – A Bóg patrzy z góry i mówi: – Nic. Nic nie robisz z tym, co ci powierzyłem.

Leniwy, czyli chciwy. Tak, bo chciwość to ludzka rzecz, nie obca i nie odległa; moja powszednia cecha i słabość – to jest nadzieja, że mogę coś w tym życiu ugrać dla siebie. Nic nie mogę. Bo bawię się na folwarku Taty. Mogę mu pomagać, a mogę rozrabiać i generować straty.

Pewnego dnia odejdę nagi, trzymając w garści tylko kilka niebieskich czeków za jakichś biedaków nakarmionych, ubranych, odwiedzonych w więzieniu, w chorobie. Wtedy usłyszę: wejdź do radości Pana swego. Ty coś masz, więc będzie ci dodane. I będziesz obfitował. Może już dziś. A może kiedyś.

Ćma, Feniks i ziarno

Uderzające w ewangeliach jest to, jak Jezus krążył niebezpiecznie wokół światła; coraz bliżej, bardziej uwielbiony przez ludzi i wywyższony przez Ojca, i… coraz mocniej pogardzany i atakowany.

Zbliżanie się do chwały musiało być groźne. Skończyło się na krzyżu. Kiedy czytam o ostatnich tygodniach, miesiącach życia Jezusa, przychodzi mi obraz ćmy, krążącej wokół płomienia świecy. Tyle że kierowana instynktem ćma jest nieświadoma zagrożenia; wpada w nawigacyjną pułapkę. Jezus całkiem świadomie podchodził coraz bliżej i… On sam był światłem, coraz mocniejszym. Robiło się groźnie:

Rzekł do nich Jezus: …Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (Jan. 8:58-59, BW)

Jeżeli jednak dokonuję [dzieł mojego Ojca], to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom (…) I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. (10:38-39)

[Jezus] zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły (…) Wobec tego arcykapłani i faryzeusze …rzekli: Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego (…) Tego więc dnia postanowili Go zabić. Odtąd Jezus już nie występował wśród Żydów publicznie (11:43-44,47-48,53-54)

Publicznie wystąpił dopiero wtedy, gdy nadszedł czas na dokonanie ofiary. A wtedy…

„wielki tłum, który przybył na święto, (…) wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz Król izraelski! (12:12-13)

Kiedy więc Jezus tak krążył wokół śmierci, jednocześnie rosła jego chwała.

…właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. – Wtem rozległ się głos z nieba: – Już wsławiłem i jeszcze wsławię. (12:27-28, BT)

Głos jak grzmot. Tłum nie wiedział, co to. – Anioł… – Mówili. A ten głos był po to, by przyszła jeszcze większa światłość, jasność i oczywistość, i… sąd, jak pisze Jan:

na tym polega sąd, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe. (3:19, BW) Faktycznie:

spośród przywódców wielu w Niego uwierzyło, ale …nie przyznawali się, aby ich nie wyłączono z synagogi. Bardziej bowiem umiłowali chwałę ludzką aniżeli chwałę Bożą. (12:42-43, BT)

Jezus krążył coraz bliżej, aż zginął i odrodził się. Jak Feniks? Trochę tak. A trochę nie, bo Feniks spłonął, no i jest legendą. A zmartwychwstanie Jezusa – faktem. Ofiara Feniksa nie odmieniła żadnego życia. Ofiara Mesjasza – miliardy. Może zostawię już te ćmy i Feniksy. Jezus dał lepsze podobieństwo:

jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje. (Jan. 12:24, BW)

Co mnie zachęca w tym obrazie, to myśl, że i ja mogę tak krążyć i krążyć wokół światła. Ustawicznie myśleć, co by tu jeszcze dobrego, niezwykłego zrobić. Dla przyjaciół i nieprzyjaciół. Przeciwnie do złego człowieka, „w którego sercu jest przewrotność i ustawicznie knuje zło oraz rozsiewa swary”. (Przyp. 6:14, NBG)

Krzyż jest absurdalny

Dla wielu ludzi tak właśnie jest. Przyzwyczaiłem się do tego. Jak pisze Apostoł Paweł „mowa o krzyżu jest głupstwem dla świata”. Jest absurdem. Jak ten absurd pojąć i przyjąć? To dość oczywiste.

Przeczytałem w pewnym miejscu rzecz, która miała być jednym z koronnych argumentów za tym, by chrześcijaństwo uznać za fałszywe:

Teologia chrześcijańska jest niespójna tak, że dochodzi do absurdów. Bóg, zabijający swego syna po to, by przebaczyć nasze przyszłe grzechy to jakbym ja złamał swojemu synowi nogę, żeby móc przebaczyć sąsiadowi na wypadek, gdyby kiedykolwiek zaparkował na moim podjeździe. To śmieszne!

U początku każdego nonsensu zwykle stoi jakieś kłamstwo, czyż nie? No to zastanówmy się, jak to jest z tym zabijaniem własnego syna. Hm… Właściwie nie potrzebuję zbyt długo nad tym myśleć. Niech sprawę wyjaśni sam ten „zabity syn”. Natychmiast przychodzi mi do głowy jego – Jezusa przypowieść:

Pewien człowiek zasadził winnicę i wydzierżawił ją wieśniakom, i odjechał na dłuższy czas. A we właściwym czasie posłał do tych wieśniaków sługę, aby mu dali owoców z winnicy. Ale wieśniacy, obiwszy go, odprawili z niczym. [Tak też było z drugim i trzecim] Rzekł właściciel winnicy: – Co mam uczynić? Wyślę syna mego umiłowanego; może tego uszanują. – Lecz gdy go wieśniacy ujrzeli, rozprawiali między sobą, mówiąc: To jest dziedzic, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze. I wyrzuciwszy go poza winnicę, zabili. Co więc uczyni im właściciel winnicy? Przyjdzie i wytraci tych wieśniaków, a winnicę odda innym. (Łuk. 20:9-16, BW)

No to kto tu jest śmieszny, niepoważny? Kto ociera się o absurd? Pan winnicy – Bóg, czy raczej dzierżawcy – wieśniacy? Ja nie mam wątpliwości, ale gdyby ktoś miał, to jeszcze raz:

To jest dziedzic, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze.

To jest naprawdę śmieszne. I straszne. Przerażająca jest ludzka głupota. Boże uchowaj mnie! Uchowaj, bo jak mówi przysłowie, „nie śmiej się, dziadku, z czyjegoś wypadku… dziadek się śmiał i to samo miał”. Czy Bóg posłał swojego syna na świat po to, by go zgładzić? Tak, ale jego odrzucenie i śmierć oraz zmartwychwstanie jest zarówno powodem sądu i kary, jak i przebaczenia i zbawienia. Jak na kamieniu węgielnym można oprzeć budowę albo… roztrzaskać się o niego.

Czegoś więc brakuje w tej analogii. Nie tylko zmartwychwstania, to jest jakby uzdrowienia złamanej nogi. Fałszywe jest przypisywanie sprawstwa tej kaźni Bogu. Tak, „spodobało się Panu zmiażdżyć go cierpieniem” (Iz 53:10, BT), ale czy zrobił to sam? Nie, ale zrobili to dzierżawcy winnicy – my, grzeszni ludzie. Każdy z nas dołożył swój kamień, swój gwóźdź do krzyża. Nie skorzystać wobec tego z ostatniej szansy – to dopiero absurd.

Śmierć? Nie zgadzam się

I po Świętach Wielkanocy. Noc była wielka, bo to noc wyjścia z Egiptu, noc uwolnienia od grzechu, noc śmierci ofiarnego Baranka, zapowiedź zwycięstwa. Ale co mi po tym, jeśli dziś zgadzam się na śmierć?

W wielkanocnym kazaniu Mateusza Wicharego słyszę, że sednem wiary chrześcijańskiej jest krzyż. Bo co to znaczy, że jestem chrześcijaninem? – Że się zachwycam stworzeniem? – Pyta Wichary. – Tak, też, ale czy tego nie robią też muzułmanie i inne religie? Albo że dziękuję Bogu za każdy dzień? Tak, też, dobrze jest dziękować, ale co w tym niezwykłego?

Ale bycie chrześcijaninem wymaga wiary w śmierć ORAZ zmartwychwstanie Jezusa Mesjasza. A zatem… niezgoda na śmierć, rozkład, choroby, obumieranie, przemijanie. Jest ta niezgoda widoczna w Prawie mojżeszowym (m.in. przepisy dot. rytualnej nieczystości). I jest widoczna w służbie Jezusa, który był Słowem wcielonym i Prawo wypełnił.

Niezgoda ma być mądra, a nie głupia. Wiem, że moje ciało w końcu padnie, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał się „wylogować”, by użyć słów zmarłego właśnie ks. Jana Kaczkowskiego. I moi bliscy też się wylogują. I niebliscy. Pięknie pisze o tym pastuszka biedronek. Wiem, że dobrze jest o tym pamiętać.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca. (Ps. 90:12, BT)

Ale wiem też, że to nie jest normalne. Jak powiedział Jezus w kontekście rozwodów, „od początku tak nie było”! Śmierć nie była wpisana w ludzkie (czy każde inne) DNA. To przekonanie nazywam mądrą niezgodą na śmierć. Na śmierć nie godził się Jezus, jak wspomniałem, w swojej służbie – uzdrawiał, wskrzeszał z martwych. Jego niezgoda miała kulminację trzeciego dnia po śmierci, kiedy… wyszedł z grobu – „jako pierwszy spośród tych, co pomarli” (1 Kor. 15:20)

To jest fundament, na którym opieram moją dzisiejszą niezgodę na śmierć. Trzeba przyznać, że jest to niezgoda i nadzieja trudna, niewygodna. Z jednej strony wspaniała, z drugiej – jakoś tak jest, że niechętnie przestępujemy próg śmierci – choćby po to, by pomodlić się o chorego kolegę. – „Nie wygłupiaj się” – to tylko potrafi szeptać diabeł. I jakże łatwo to łykamy. Kto? My! My, którzy śmiemy się nazywać chrześcijanami – uczniami zmartwychwstałego Jezusa!

Czy rzeczywiście nimi jesteśmy? Czy jako kościół rzeczywiście chcemy i potrafimy wchodzić i wychodzić przez bramy piekła, by wyrywać diabłu życie, które zagarnął? Bo tak powiedział o kościele Jezus, że „bramy piekielne go nie przemogą” (Mat. 16:18). To zależy od odpowiedzi na jedno pytanie (nie trzeba długich testów):

Czy wierzę w zmartwychwstanie?

Bo jeśli wierzę, to nie mogę się godzić na śmierć, która mnie otacza. A jeśli się godzę, jeśli stałem się obojętny, przechodzę mimo, jakby nigdy nic, to… nie wierzę! A jeśli nie wierzę, nie jestem chrześcijaninem. Ostre to. Nie wiem, czy nie za bardzo. Bo jeśli tak się rzeczy mają, to ja jestem pierwszy do odstrzału. Albo do nawrócenia.

Zombie walk

Dziesiątki, jeśli nie setki filmów grozy oswoiły nas z postacią zombie – chodzącego umarlaka. A co, jeśli tacy „zmartwychwstańcy” pojawiliby się naprawdę i przeszli twoją ulicą?

Tak, wiem, że organizuje się takie marsze, stąd mój tytuł „zombie walk”. Ale to tylko banda przebierańców, urządzających sobie niesmaczną – jak na mój gust – rozrywkę. Tymczasem… co ja czytam w Ewangelii Mateusza:

Jezus znowu zawołał donośnym głosem i oddał ducha. I oto zasłona świątyni rozdarła się na dwoje, od góry do dołu, i ziemia się zatrzęsła, i skały popękały, i groby się otworzyły, i wiele ciał świętych, którzy zasnęli, zostało wzbudzonych; i wyszli z grobów po jego zmartwychwstaniu, i weszli do świętego miasta, i ukazali się wielu. (Mat. 27:50-53, BW)

Łukasz wspomina jeszcze o trzygodzinnym zaćmieniu słońca (około południa, po śmierci Jezusa). Sporo tych zastraszających efektów. Pytanie pierwsze: serio? To zostawiam apologetykom. Ja wierzę, że tak. Po drugie, po co? Przeczytałem, że miał to być znak nadejścia czasów ostatecznych – Żydzi (pierwsi adresaci Ewangelii Mateusza) wierzyli, że zmartwychwstanie będzie możliwe dopiero u kresu. Jasne: umarli wstają z grobów, no koniec świata!

I tak się stało. Żyjemy w „ostatniej godzinie”. Zastanawiam się, jak bardzo makabryczny był to widok. A może zmartwychwstali oblekli się w normalne ciała i wcale nie wyglądali odrażająco? Tak, czy inaczej, ich powstanie było niezwykłym znakiem i potwierdzeniem tego, że śmierć Jezusa jest przełomowym wydarzeniem w dziejach, że był Mesjaszem.

I tak jak każdy cud i znak – znany z opowieści lub widziany na własne oczy – stawia mnie przed wyborem: wierzyć, czy nie? Nie ważne, jak bardzo jest szokujący, duży, niezaprzeczalny. Tu mi się przypomina moja rozmowa ze znajomą z pracy (dosłownie parę dni temu):

— No to miał Pan szczęście z tą pracą! – Mówi do mnie. – Ale jak to przypadek rządzi losem, nie?
— Zgadza się, tylko… wie Pani, tak się tylko mówi, że to przypadek, a ja w przypadki nie wierzę.
— Czyli co?
— Czyli myślę, że w tym był palec boży. Nawet powiedziałbym: cud.
— A ja w cuda nie wierzę. – Śmieje się. – Jak jakiś palec boży mnie dotykał, to chyba tylko karzący. – Dodaje już bardziej serio.
— No to trzeba zacząć od małych rzeczy. Potem Pani uwierzy w te wielkie. A tak, bez wiary w cuda, to co dobrego jest możliwe?

„Zaiste, ten był Synem Bożym” – powiedział przerażony setnik i ci, którzy z nim byli. Zgromadzone tłumy odchodziły z Golgoty, bijąc się w piersi. Uwierzyli. Chyba nie za późno. Ja też uwierzyłem.

Święto Zmarłych – lekcja Dawida

Publikuję trzy wpisy tygodniowo, ale nie zawsze są to poniedziałek, środa i piątek. W tym przypadku może i dobrze, bo dziś jest 1 listopada, Święto Wszystkich Świętych, a jutro 2 listopada, Zaduszki. Chrześcijanie tacy, jak ja, kręcą nosem i wytykają wady tych dni. Pierwsze jest ku czci świętych, męczenników, a przecież czcimy tylko Boga w trójcy. W drugim mamy modlić się za-dusze zmarłych, a przecież czyśćca nie ma, no a poza tym święto jest jawnie post-pogańskie!

Ja sobie gwiżdżę na te, skądinąd słuszne, zastrzeżenia i zwykle w te dni chodzę na cmentarze. Bo po prostu lubię spacerować po cmentarzach. Poza tym taka przechadzka skłania mnie do tego, żebym myślał o bliskich albo sławnych zmarłych pod kątem ich zalet i osiągnięć, które sięgają poza grób i warto je naśladować.

Nagrywałem w Radio Chrześcijanin Jagodę Markiewicz, autorkę audycji Akademia Pięknego Życia. Przygotowała jeden odcinek „okolicznościowy”, na temat Święta Zmarłych (taką nazwę zawdzięczamy kierownictwu PRL). Przyznała, że lampki, kwiaty, nastrój tych dni przypomina jej o tym, że życie jest darem. Po pierwsze, nie wiem, kiedy umrę, więc liczy się każdy dzień. Po drugie, moi bliscy, nawet dzieci, nie są moją własnością. Należą do Boga.

Mógłbym pójść tym tropem, napisać tu o Izaaku, którego Abraham prawie złożył w ofierze Bogu (1 Moj. 22:1-18). Albo napisałbym o żydowskiej tradycji płacenia w świątyni okupu za pierworodnego. Zrobili to np. Józef i Maria z małym Jezusem (Łuk. 2:22-39). Ale napiszę o czymś innym. Wrzucę swojego czytelnika in medias res, w środek rzeczy:

Wtedy Dawid podniósł się z ziemi, umył się, namaścił, zmienił swoje szaty i poszedł do świątyni Pana, aby mu oddać pokłon. Potem powrócił do swojego domu, poprosił o posiłek, a gdy mu go podano, spożył go. (2 Sam. 12:20, BW)

Tak zareagował król Dawid na wiadomość o tym, że jego dziecko zmarło. Pomyślał może „trzeba żyć dalej” i zrobił dokładnie to, co należało zrobić. Potem jeszcze… ale zacznę od początku historii.

Była wiosna, czas wojaczki. Król Dawid został jednak w pałacu, wyręczał go generał Joab. A Dawid wylegiwał się całymi dniami. Pewnego wieczoru z nudów wyszedł sobie na balkon. Gdzieś w innym budynku zobaczył nagą, kąpiącą się kobietę. Była śliczna. Coś w nim drgnęło, zaraz też dowiedział się, kim ona jest, sprowadził do siebie… do łóżka. Pech chciał (?), że Batszeba właśnie była płodna i zaszła w ciążę. Poinformowała o tym Dawida, który sprowadził męża kobiety, Uriasza. Wprost powiedział mu: idź się umyć. W podtekście: zajmij się swoją żoną (wyjdzie na to, że dziecko jest męża). Ale Uriasz, dzielny wojak (znów pech!) ani myślał o seksie, skoro tam, skąd wrócił, jego towarzysze broni nadal przelewali krew. Był uparty jak osioł. Dawid polecił więc, żeby wypchnąć go do pierwszego szeregu i żeby „niechcący” zginął. Udało się! Ale nie wiedzieć skąd (co za pech!) prorok Natan znał historię i w imieniu Boga wypomniał Dawidowi jego podłość. Dawid pokutował, Bóg mu wybaczył, ale… pewna rzecz była już postanowiona. Syn Dawida i Batszeby miał umrzeć. I tak się stało, umarł tydzień po porodzie. Przedtem Dawid pościł, przeleżał wiele dni na podłodze, błagał Boga, ogólnie był w strasznym stanie. Do tego stopnia, że jego słudzy bali się powiedzieć mu o śmierci dziecka, żeby nie zrobił sobie nic złego. Ale Dawid sam się zorientował, słysząc ich szepty. I co?

Wtedy rzekli do niego jego słudzy:
– Co ma znaczyć to, co uczyniłeś? Dopóki dziecię żyło, pościłeś i płakałeś, a gdy dziecię zmarło, podniosłeś się i spożyłeś posiłek? – A on odpowiedział:
– Dopóki dziecię żyło, pościłem i płakałem, gdyż myślałem sobie: Kto wie? Może Pan zlituje się nade mną i dziecię będzie żyło? Teraz zaś, gdy zmarło, po cóż mam pościć? Czy mogę je jeszcze przywrócić życiu? To ja pójdę za nim, a nie ono powróci do mnie.
Następnie Dawid pocieszał Batszebę, swoją żonę, przybył do niej i obcował z nią. Potem ona urodziła syna, któremu nadał imię Salomon. A Pan go miłował. (2 Sam. 12:21-24, BW)

Odświeżył się, wystroił, oddał cześć Bogu, najadł się, pocieszył swoją żonę Batszebę i, że się tak wyrażę, pocieszył tak dokładnie, że urodził się z tego pocieszania następca tronu. A potem (nareszcie!) wyruszył na wojnę. Trochę późno, bo było już „posprzątane” przez Joaba, ale lepiej późno niż wcale (2 Sam. 12:26-31).

Ja i moi bliscy, nasze ciała – też będą kiedyś leżeć na cmentarzu. Czy to powód do smutku? Wierzę, że nie, po prostu wierzę w Boga, w Jezusa. Póki przychodzi mi oglądać śmierć bliskich, mogę błagać Boga o zmianę, pościć, nawet rozpaczać. Ale jeśli już ktoś umarł, to mogę tylko robić swoje, kochać, walczyć… Może Dawid był smutny po śmierci dziecka, tego nie wiem. Ważne jest jednak to, co zrobił.

Swoją drogą, ciekawe, czy chodził na cmentarz…