Nie ma co czekać

…trzeba uciekać – myśli „Małpa w kąpieli” z wiersza Fredry. Tak uciekam od swojej złej przeszłości. Nie chcę popełniać częstego błędu pt. „nie jestem jeszcze gotowy, muszę być lepszy, by przyjść do Boga”.

Prawda jest taka, że nigdy nie będę dostatecznie przygotowany. Trochę bardziej, czy mniej poukładane życie – jakie to ma znaczenie? Czy przepaść ma jeden metr głębokości mniej czy więcej – nie robi różnicy; nadal pozostaje przepaścią. A jednak Bóg przerzuca mosty swojej łaski. Jeśli robił to przed nadejściem Mesjasza, to o ileż bardziej teraz!

Przykład? Proszę bardzo. Mamy czasy króla Hiskiasza, który postanowił nawrócić się sam i cały Izrael do ich Boga. Naprawił Świątynię, przywrócił służbę kapłanów i zarządził obchody Paschy – pierwsze po wielu, wielu latach bałwochwalstwa i zapomnienia o świętach Pana. W związku z tym lud właściwie nie był do tego przygotowany, inaczej mówiąc, pozostawał rytualnie nieczysty z różnych powodów.

Większa bowiem część ludu (…) nie oczyściła się i jadła Paschę niezgodnie z przepisami. Dlatego Hiskiasz modlił się za nich tymi słowy: – Panie, który jesteś dobry, racz odpuścić każdemu, kto swoje serce skłania do szukania Boga, Pana, Boga swoich ojców, choć nie jest tak czysty, jak należy, aby obcować z tym, co święte. – I wysłuchał Pan Hiskiasza i zachował lud. (II Krn. 30:17-20, BW)

Przygotowania do Paschy były robione w szczerości serca, z autentycznym pragnieniem skruchy, nawrócenia się. Towarzyszył temu pośpiech, nieuwaga i u większości ludu brak doświadczenia – które jednak, jak się okazało, nie były dla Boga przeszkodą w przyjęciu ogromnej ilości ofiar.

Widzę w tym bardzo zachęcający obraz Ojca, który zważa najpierw na serce, potem na sposób zwracania się do Niego dzieci. Nie mówię, że to drugie jest bez znaczenia. Napisano (22), że Lewici „wykazali się dobrą znajomością służby dla Pana”. Ale kluczowe było i jest, i będzie… serce. Jeżeli tylko chcę przyjść do Boga, On da się znaleźć, zobaczyć, spotkać, przytulić.

Daj się uwieść

Dziś rozważam, a może lepiej powiedzieć: rozkoszuję się kolejny raz różnicą między przymierzem starym i nowym; tym, co opisane w Starym i w Nowym Testamencie.

Dlaczego? Bo czytam bezkompromisowy list do Hebrajczyków tj. Żydów – tych, którzy stali się uczniami Jezusa. Bezkompromisowy o tyle, że wycina do korzenia całą wiarę w prawo mojżeszowe – dla żydów świętość nad świętościami.

Piszę „do korzenia”, bo nie całkiem. I to jest w tym najpiękniejsze. Nie będzie miał racji ani ten, kto prawo odrzuci, ani ten, kto będzie się go trzymał. A co pisze Paweł?  

A gdy [Bóg] mówi „nowe”, uznaje pierwsze za przedawnione; a to, co się przedawnia i starzeje, bliskie jest zaniku. (Hbr. 8:13, PUBG)

BLISKIE zaniku, a jednak nie zupełnie usunięte. Bo przecież chwilę wcześniej czytam pawłowy cytat z proroków:

Takie zaś jest przymierze, które zawrę z domem Izraela po tych dniach, mówi Pan: Dam moje prawa w ich umysły i wypiszę je na ich sercach. (w.10)

A więc prawo wciąż ma znaczenie. Może to jakieś inne prawo? Nie, to samo – Boże. No więc przedawnia się, czy nie? I tak, i nie. Tak, bo już nie używam prawa z kamiennego lub papierowego kodeksu, by oskarżać (siebie) za wykroczenia i składać ofiary dla usprawiedliwienia się. 

Ale używam prawa z kodeksu wypisanego w umyśle i na sercu. A jaka różnica? Kolosalna! Czym jest serce? To siedlisko uczuć. Przewrotne. Ale cenne. To mój największy skarb. A do tego umysł – logiczny, który pomaga ocenić pożądanie serca.

Jeśli więc Bóg uwiedzie mnie, posiądzie mój rozum i moje serce, to od razu zapisze je prawem, splecie prawo z tą miłością i myślami. Chodzenie Jego drogą – kochać Boga, kochać ludzi – będzie efektem permanentnej wdzięczności.

Wdzięczności większej niż pamięć Izraela o wyjściu z Egiptu, zaopatrzeniu na pustyni etc. To jest wdzięczność za krzyż Jezusa – absolutna tak, jak Jego poświęcenie. Nie dająca wyboru. Słodka. Ważna, kluczowa.

Co po nas zostanie

Wiem, na czym zapisać notatkę na dziś lub jutro. Fiszka będzie najlepsza. A zdanie, które ma przetrwać wieki? Czy moja spuścizna nie zginie? Jaki nośnik wybrać, jak go zabezpieczyć? Trudna sprawa.

Odwiedzam w ostatnich dniach archiwum państwowe. Są tam pracownie konserwatorskie, mówi się o okresach przechowywania, digitalizacji dokumentów, trwałości nośników. Czy istnieją takie nośniki, które są w stanie zapewnić nam faktycznie wieczyste zachowanie dziedzictwa kulturowego? A właśnie to jest główną misją archiwów.

Nie ma takiego nośnika, który dawałby gwarancję, że to, co ważne dla narodu, pozostanie zapisane na zawsze. Przykładowo papier zakwasza się, żółknie i kruszy. Można go konserwować, ale jest to pracochłonne i tylko opóźnia proces starzenia. Dyskietki i płyty CD, serwery – to wszystko bywa zawodne i nietrwałe. Teraz już to wiemy. Mikrofilmy – wyblakną najwyżej po stu latach. Ot, chemia!

A co z malowidłami naskalnymi? Przecież one trwają tysiące lat! Poza tym te wszystkie stele, piramidy, hieroglify i pismo klinowe! Ostatecznie gliniane tabliczki zakopane w bezpiecznym miejscu. Istotnie, sama Biblia zawiera wzmianki o pisaniu w kamieniu. Najsłynniejszy jest oczywiście zapis dziesięciu przykazań na tablicach kamiennych wykonany przez samego Boga. Myślę, że wybrał taki materiał nieprzypadkowo. Jest jednym z najtrwalszych.

Ale czy trwałość tego nośnika informacji sprawiła, że Tora i jej przykazania stały się bodaj najtrwalszym i najbardziej wpływowym dziedzictwem kulturowym w dziejach świata? Nie, oczywiście, że nie. To pytanie retoryczne. O sile oddziaływania tego dziedzictwa decyduje trwałość innego nośnika. Co to może być, domyślacie się?

jesteście listem Chrystusowym (…) napisanym nie atramentem, ale Duchem Boga żywego, nie na tablicach kamiennych, lecz na [żywych] tablicach serc ludzkich. (2 Kor. 3:3, BW)

Ja. Ja jestem tym nośnikiem. I ty. Każdy człowiek, który dał sobie zapisać na sercu treść bożego przesłania dla świata; kładę przed tobą życie i śmierć, wybierz więc życie. Bóg zna się na nośnikach, dlatego nie poprzestawał na przykazaniu Izraelowi, by swoje prawa pisał na murach miast, drzwiach itp. Powtarzał raczej wielokrotnie: wpajajcie te słowa w waszych synów!

Człowiek żyje zaledwie kilkadziesiąt lat. A jednak jego serce jest najlepszym nośnikiem dziedzictwa wiary i wierności. To fenomenalne! To zachęcające. To działa na ambicję.

Jaki straszny manipulator

Czy Bóg mną manipuluje? Skoro robił to z innymi, to ze mną też może! Halo, zaraz, zaraz! Z innymi, to znaczy z kim? O, jest wielu tych, którym Bóg „zatwardzał serca”. Co to znaczy?

Dużo mamy tego w Biblii. Tak dużo, że jest to zastanawiające. Niezbyt dociekliwy czytelnik mógłby zbyć przez nieuwagę jeden przypadek, dwa, pięć, ale nie dziesiątki! Kilka przykładów na szybko: jest faraon, który nie chce wypuścić Izraela, są ludy Kanaanu zmiecione przez Jozuego (dziś głównie o nich), są bałwochwalcy z księgi Izajasza, są słuchacze Jezusa z Nazaretu, którzy nie pojmują przypowieści, są też grzesznicy, o których pisze Apostoł Paweł.

Bóg zatwardza serca, czyni je krnąbrnymi, wydaje na pastwę pożądliwości itd. Do napisania tych zdań skłonił mnie jeden z takich fragmentów, cytuję:

Nie było miasta, które by zawarło pokój z synami izraelskimi, oprócz Chiwwijczyków, mieszkających w Gibeonie; wszystkie inne wzięli w walce orężnej. Bo Pan to sprawił, że serce ich było harde, tak iż prowadzili wojnę z Izraelem, aby obłożył ich klątwą i aby nie było dla nich litości, lecz aby ich wytracono, jak Pan nakazał Mojżeszowi. (Joz. 11:19-20, BW)

No to co z wolną wolą?? Jeśli Bóg manipuluje sercami ludzi, to nie ma nadziei. Jest tylko zły lub dobry los. Ślepy. Albo, co gorsza, złośliwy. Niektórzy nie przebierają w słowach i mówią o Bogu jak o chorym, psychopacie. Nie, musi być inaczej. Musi, bo ja… znam Boga, On taki nie jest.

Może się wydawać, że w sposób okrutny i niesprawiedliwy wytępił ludzi, zamieszkujących Kanaan. A cóż oni winni, w czym byli gorsi od Izraela? Ano w tym, że nie szukali Boga. Nie chcieli zawrócić z raz obranej drogi, raz wyznaczonego szlaku – nawyków, kultu i wpisanych w niego obrzydliwych praktyk religijnych. Nawyk – to jest to, co utwierdza serce – w opozycji do Boga lub w poddaniu.

Kiedy czytam w Biblii, że Bóg zatwardził czyjeś serce, to znaczy, że puścił go wolno, by zły nawyk zrobił swoje. Tak jak wówczas, gdy rzeka wzbiera i robi malutką wyrwę w wałach przeciwpowodziowych. Mała strużka robi się coraz szersza, głębsza, silniejsza, aż w końcu rozwala zabezpieczenia i dochodzi do katastrofy. Żywioł nie oszczędza nikogo.

Powtarzam pytanie z początku: czy Bóg mną manipuluje? Nie. A jeśli nie, to co? Dlaczego, gdy patrzę wstecz, widzę jakby plagi? Czy to nie był owoc hardego serca, nieposłusznego, nieskorego do porzucenia swojej drogi, dumy, przekonań o własnej sile i mądrości? Niechętnego do zawrócenia, do poddania? Dyscyplina nie jest przyjemna. Ale nie jest też potępiająca.

Zrób mi serce

Dzisiaj piszę jak zwykle do siebie samego, ale też do innych osób, które gdzieś pod skórą czują, że cholernie dużo zawdzięczają Bogu. A wdzięczność jest decydująca dla wyniku na mecie życia. Dlaczego?

Jest taki moment w historii Izraela, który nazwałbym „długim pożegnaniem Mojżesza”. Mojżesz, jak wiemy, do Ziemi Obiecanej nie wszedł. Umarł na górze Nebo, z której tylko zobaczył Kanaan. Zanim 120-latek wdrapał się na szczyt, długo mówił i mówił, powtarzał ludowi prawo, dawał instrukcję i w tonie proroka przepowiedział, co się stanie, jeśli będą posłuszni, a co, jeśli nie będą. „Kładę przed wami życie i śmierć” itp. itd.

Co mnie zdumiewa, to wzmianka o wdzięcznych sercach, że Bóg im ich „nie dał”.

Ale WIEKUISTY aż po dzisiejszy dzień nie dał wam serca, by to zrozumieć; ani oczu, by widzieć; ani uszu, by słyszeć. (5 Moj. 29:3, NBG)

Nie dał zdolności zrozumienia, jak wiele łaski na nich spadło w drodze do Ziemi Obiecanej. Dlatego odwrócą się od Niego i za to spotka ich kara – te wszystkie katastrofy opisane w Ks. Powtórzonego Prawa 28 r.

No to co? To znaczy, że od Bożego „tak albo siak” zależy moje… wszystko? Życie i śmierć? Błogosławieństwo i przekleństwo? Że mogą wolna wola tutaj nie działa?

Nie. To nie tak. Bo zaraz czytam przepowiednię tego, co się stanie, gdy Izrael, utrapiony nieszczęściami, zawróci do swojego Boga.

WIEKUISTY, twój Bóg, przysposobi twe serce oraz serce twojego potomstwa, byś miłował WIEKUISTEGO, twojego Boga, całym sercem i całą twoja duszą, w celu twojego życia. (5 Moj. 30:6, NBG)

To, co prawda, znów brzmi jak uznaniowe działanie Boga, „widzimisię”. Ale kiedy to się stanie? No właśnie wtedy, kiedy…

przyjdą na ciebie wszystkie te rzeczy – błogosławieństwo i przekleństwo, które ci przedłożyłem – a weźmiesz je sobie do swego serca (…) i nawrócisz się do Wiekuistego, twojego Boga całym sercem i całą twoją duszą, posłuchasz Jego głosu we wszystkim, co ci dziś przykazuję – mówi Mojżesz (30:1-2).

Zatem z nawróceniem jest związana wielka nadzieja; nie tylko błogosławieństwa, ale też tego, że Bóg zajmie się moim sercem, że będzie wdzięczne. A ja sam ufny, pełen radości i utwierdzony na dobrej drodze.

Wkładam całe serce

Pewnego pięknego, powszedniego dnia otworzyłem Biblię, jak to się mówi, na pałę i co przeczytałem? Rzecz arcyzachęcającą i intrygującą jednocześnie:

W każde dzieło, którego się podjął, czy to w służbie dla świątyni Bożej, czy też zakonu i przykazań, aby szukano swego Boga, wkładał całe swoje serce, toteż szczęściło mu się. (II Krn. 31:21)

To o Hiskiaszu – królu judzkim. Najpierw rodzi się ciekawość: a jak mu się szczęściło? Materialnie? Oj, tak. Facet był bardzo bogaty i sławny.

Zbudował sobie skarbce na srebro i złoto, i drogie kamienie, na wonności, na tarcze i na wszelkie kosztowne przybory, także składy na płody rolne, zboże, moszcz, oliwę, obory dla wszelkich gatunków bydła, opłotki dla trzód. Nabył dla siebie liczne stada owiec i bydła, gdyż Bóg obdarzył go bardzo wielkim majątkiem. (II Krn. 32:27-28)

Ten majątek był tak wielki, że gdy pokazał go w całości posłom babilońskim, to według przepowiedni Izajasza (II Król. 20:16-) poskutkowało to tym, że Babilon najechał Królestwo Judy i ograbił je doszczętnie (po śmierci Hiskiasza). A wracając do pozytywów: Bóg uleczył go ze śmiertelnej choroby (II Król. 20:1-11, II Krn. 32:24). Napisane jest też (II Krn. 32:30b), że „W KAŻDYM przedsięwzięciu WIODŁO SIĘ Hiskiaszowi”. Można jeszcze dodać, że objął tron w wieku 25 lat i panował przez lat 29. Niewątpliwie był niezwykłym człowiekiem i władcą. Napisano o nim:

Na Panu, Bogu Izraela, polegał, tak że nie było po nim takiego jak on w gronie wszystkich królów judzkich, ani w gronie jego poprzedników. (II Król. 18:5).

Czy już zazdrościcie Hiskiaszowi? Bo ja tak. Pozostaje drugie pytanie: co mam zrobić, żeby mi też się tak szczęściło? Rzecz jest niby prosta: mam wkładać całe serce w każde dzieło, którego się podejmę. Ale nie każde dzieło jest błogosławione. A jakiego dzieła podejmował się Hiskiasz? Dociekliwych odsyłam do dziejów Hiskiasza (II Król. 18-20 oraz II Krn. 28-32). A w skrócie, po oględnym zapoznaniu się z jego żywotem mogę stwierdzić, że wszystko, co zrobił, streszczało się w tych czterech słowach, to był cel nadrzędny: „aby szukano swego Boga”.

Hiskiasz wykorzystał cały swój potencjał – przyrodzony i nabyty, cały autorytet i możliwości, aby Żydzi odnowili swoją relację z Bogiem, aby znów zaczęli Go szukać po wielu złych latach galopującego bałwochwalstwa. Myślę, że jest to ogólne i uniwersalne powołanie dla każdego człowieka: tam, gdzie jestem i to, kim jestem i co posiadam, wykorzystać do tego, by szukać Boga i by inni szukali Boga. A (przy okazji) będzie mi się szczęścić.

Podnieść miasto z gruzów!

Na fali entuzjazmu moich pastorów (i nie tylko) związanego ze Świętem Namiotów umieściłem na pulpicie swojego służbowego komputera zdjęcie Złotej Bramy w Jerozolimie. Ta brama zaczęła do mnie mówić…

Jest to bardzo ciekawa brama – jedyna z ośmiu bram Starego Miasta Jerozolimy, która prowadzi wprost na Wzgórze Świątynne. A właściwie już nie prowadzi, bo została zamurowana w 1541 r. przez Sulejmana Wspaniałego, a potem zabudowana muzułmańskim cmentarzem – tak, żeby nikt nigdy przez nią nie próbował wchodzić, zwłaszcza Mesjasz, kiedy wróci – to według żydowskiej tradycji. A może Sulejman chciał tylko wzmocnić twierdzę? Nie mam pewności, ale tu chodzi o co innego: patrzę na tę Złotą Bramę i dziwię się, że te wielkie, ostateczne rozstrzygnięcia, których oczekują żydzi, chrześcijanie, muzułmanie, dotyczą takiego… zwykłego miejsca. Wydaje się, że jedyna rzecz, która czyni Jerozolimę wyjątkowym miastem, to Boże Słowo. Bo cóż więcej?

Tylko dlaczego Bóg wiąże swoje obietnice z kupą kamieni, dlaczego miasto – dzieło ludzkich rąk – nazywa swoim umiłowanym? Dlaczego Nehemiasz, żyjący w okresie niewoli babilońskiej, tak emocjonalnie zareagował na wieść o ruinie:

A oni rzekli do mnie: Ci pozostali, którzy przeżyli niewolę, znajdują się w tamtejszym okręgu w wielkiej biedzie i pohańbieniu; wszak mur Jeruzalemu jest zwalony, a jego bramy spalone ogniem. A gdy usłyszałem te słowa, usiadłem i zacząłem płakać, i smuciłem się przez szereg dni, poszcząc i modląc się przed Bogiem niebios (Nehem. 1:3-4, BW)

Co znaczyły dla Nehemiasza te gruzy, skoro aż płakał i to tak…? Jest wiele miast, wiele ruin. Nic w tym dziwnego, czy smutnego. Rzeczy odchodzą do przeszłości, po co płakać? Z sentymentu? Nie wierzę, że tylko to. Miałem taką sąsiadkę, Panią Helenę, która nieraz opowiadała mi, jak została wywieziona w czasie wojny na roboty do Niemiec, a po wyzwoleniu ludzie jej się dziwili: – Po co ty chcesz wracać do tej Warszawy, przecież tam już nic nie ma. – A ona na to: – Ja wiem, wiem, że tam już tylko ruiny. Ale co ja mam zrobić, kiedy ja tę Warszawę tak kocham…

Myślę, że u Nehemiasza było coś więcej niż to, co czuła Pani Helena. On wiedział, że ta stolica musi być odbudowana, nawet nie ze względów politycznych czy sentymentalnych, ale ze względu na boże cele. Nie idzie o królestwo ludzkie, ale o Królestwo Boże.

To, co mnie osobiście porusza w tej historii, to pytanie: czy ja potrafię dostrzec zwalone mury wokół mojego serca, które oddałem Jezusowi? Czy potrafię zapłakać nad tymi ruinami tak, jak Nehemiasz nad Jerozolimą? Czy rodzi się we mnie wówczas przemożna wola, by odbudować to, co się zawaliło, spaliło, zostało zniszczone przez wroga? Odbudować moją przyjaźń, intymność z Bogiem? Stawka jest duża, bo niby jest to zwykłe serce, ale Bóg powiązał z nim swoje wspaniałe obietnice.

Jak leci? Nie wstyd ci?

Świetnie! – Tak chciałbym odpowiadać zawsze i szczerze. Niestety najczęściej ciśnie mi się na usta narzekanie. A pochwalić się czymś pozytywnym… oj, jest trudno! A dlaczego?

Dlatego że poznawszy Boga, nie uwielbili go jako Boga i nie złożyli mu dziękczynienia, lecz znikczemnieli w myślach swoich, a ich nierozumne serce pogrążyło się w ciemności. Mienili się mądrymi, a stali się głupi. (Rzym. 1:21-22, BW)

Przepraszam, że tak walę wersetem z zaskoczenia między oczy. Tym razem od razu przejdę do sedna: gdy mnie ktoś pyta „co tam u ciebie?”, to mam wybór: albo powiem, co myślę, albo będę coś ściemniał. Kiedy myśli mam jasne, to nie ma powodu, by ściemniać. Ale myśli czarne wolę ukryć, wolę coś wystękać, że „leci dobrze, chociaż nie do końca…” Ble!

A ludzie, którzy ściemniają, czyli przez nieprawość tłumią prawdę (Rzym. 1:18, BW), nie mają nic na swoje usprawiedliwienie, bo jak pisze Apostoł Paweł, Bóg daje się poznać umysłem (1:20) poprzez stworzenie. Z jakiej strony daje się poznać? Z najlepszej; że jest Bogiem, Ojcem, miłością, że jest potężny i łaskawy, łączy prawo i sprawiedliwość. A jednak bywa tak, że nie uwielbiam Go i nie dziękuję Mu.

Konsekwencje są fatalne. A jakie konkretnie? Polecam każdemu, żeby nie zatrzymał się na zacytowanym tu „mienili się mądrymi…”, ale żeby wziął Pismo Święte i przeczytał ciąg dalszy (Rzym. 1:23-32). Ja wyjmę z tego jedną rzecz: bez uwielbiania i dziękczynienia nikczemnieję w myślach swoich, a moje nierozumne serce pogrąża się w ciemności. Serce i rozum stają ramię w ramię, żeby stoczyć mnie na dno. Ale zanim do dna dolecę, ktoś zadaje mi głupie pytanie: jak leci?

I co wtedy? No cóż, „usta mówią z obfitości serca”, jak pouczał Jezus (Mat. 12:34). Wierzę, że jeśli chcę być pozytywnym człowiekiem na zewnątrz, to muszę być nim w środku, czyli wiedzieć, że jest dobrze i dlaczego jest dobrze. Muszę więc chwalić Boga i dziękować Mu, bo to mnie zmusza do rozważania faktów Jego dobrodziejstwa. To nie znaczy, że mam się oszukiwać, kiedy jest źle. Tak naprawdę cierpienie i dziękczynienie często chodzą w Biblii parami, np. tu: Ja zaś jestem nędzny i zbolały; Niech zbawienie twoje podniesie mnie, Boże! Wysławiać będę pieśnią imię Boże I dziękczynieniem będę je uwielbiał. (Ps. 69:30-32, BW).

Supersize me!

Pamiętacie ten film Morgana Spurlocka? Opowiadał o tym, jak można się skrzywdzić, pochłaniając ponadprzeciętne porcje jedzenia, do którego, delikatnie mówiąc, człowiek nie jest stworzony.

Ja chcę napisać o tym, jak zrobić sobie dobrze, wydalając z siebie ponadprzeciętne porcje. Jezus mówił przecież, że nie to, co wchodzi do ust, kala człowieka, lecz to, co z ust wychodzi. (Mat. 15:11, BW) To mogą być złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, rozpusta, kradzieże, fałszywe świadectwa, bluźnierstwa. (Mat. 15:19, BW) To wszystko wypływa z serca i wylewa się przez usta. I moje ciało za tym podąża.

Z drugiej strony Salomon napisał, że z serca tryska źródło życia (Przyp. 4:23, BW). To prawda. Takie źródło tryska, ale pod warunkiem, że strzegę serca pilniej, niż wszystkiego innego. I, rzecz jasna, zapraszam tam Boga. Dzisiaj mogę się modlić i prosić Ojca: supersize me! Pomnóż to, co dobrego wychodzi z mojego serca, z moich ust!

A jak to wygląda w praktyce? Wybaczcie, że powtórzę się z cytatem, ale we wpisie Łaska mnie podnieca po prostu pominąłem ważną rzecz. Pisałem, że ludziom, którzy mnie krzywdzą, wyrywają moją własność, wymuszają, mam przebaczyć i okazać łaskę. Ale nie wspomniałem o ludziach, którzy po prostu mnie o coś proszą.

Temu, kto cię prosi, daj, a od tego, który chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się. (Mat. 5:42, BW)

To jest szansa na supersize – poszerzenie. Zacząłem już nad tym pracować i z zadowoleniem dostrzegam na bieżąco wiele swoich niedociągnięć. Wiele razy, gdy ktoś mnie o coś prosi, po prostu nie chce mi się. Ale Jezus mówi: daj, nie odwracaj się.

To jest elementarz. Bo Jezus stopniuje wyzwania, tym razem od najtrudniejszego: ktoś cię bije? Pozwól mu. Ktoś ci wyrywa? Odpuść mu. Ktoś cię przymusza? Poddaj się z nawiązką. Ktoś cię prosi? Daj, zrób to dla niego. Ktoś chce pożyczyć? Nie pozostawaj obojętny.

Może zacznę od tych ostatnich, najłatwiejszych, które i tak sprawiają mi problemy. Potem pomyślimy o dalszych.