Poważny – nie znaczy skomplikowany

Prostota i prostactwo. To pierwsze uwielbiam, drugiego nie toleruję, jak pewnie większość z was. Jak rozróżnić te dwa – oto prosty sposób.

Słuchajcie, bo wygłaszam poważne rzeczy, a me usta otwierają się na to, co proste. (Przyp. Sal. 8:6, NBG)

Otóż to, co poważne, nie musi być skomplikowane. Bo jest proste. Adresatem przysłów Salomona jest jego syn – to życiowe rady. Mało kto je lubi. Bo często zawierają napomnienie albo wydaje się, że są za mądre, trudne itp. Ale to nieprawda! Dowód? Proszę:

Fałszywa waga jest ohydą dla Wiekuistego, a pełnoważne ciężarki Jego upodobaniem. (11:1)

Innymi słowy: nie kombinuj (w najgorszym znaczeniu tego słowa). Bo to się wiąże z przekleństwem. Rób najprościej, jak się da. Jak sprzedajesz 1, to sprzedawaj 1, a nie 0,95. Albo: jak pracujesz 8 godzin, to pracuj 8. Itp.

Oto ironia: pokręcone ścieżki życiowe z dala od Bożych przykazań skłonny jestem uważać za proste, wesołe życie! A te proste jak konstrukcja cepa wskazówki – to jakaś wyższa szkoła jazdy, abstrakcja i wielka filozofia. Nie, jest przecież dokładnie odwrotnie. 

Fakt, że to kosztuje: dotrzymanie słowa, uczciwość, sumienność, punktualność, a także przyznawanie się do błędów, przepraszanie i dokładanie starań, by „to się już nie powtórzyło”. Ale jeśli przywyknę do tych „pełnoważnych ciężarków”, to reszta będzie przyjemnością. Witaj prostoto. Żegnaj prostactwo i buractwo.

Margines błędu

Byłem ostatnio na warsztatach perkusyjnych z Cezarym Konradem – znanym muzykiem, który nie szczędził nam – uczestnikom – różnych zabawnych i pouczających anegdot. Opowiadał na przykład:

– A teraz bez tego. – Powiedział Zbyszek Namysłowski i zasłonił, prawie oparł się o mój ride. – Ale jak to? – Pomyślałem. – No trudno, pewnie wie, co robi. – Nie muszę wam mówić, jak się męczyłem…

Każdy, kto słuchał choć trochę jazzu, wie, że bez ride’a – tego największego talerza w zestawie perkusyjnym – może być ciężko zagrać stylowy kawałek. A jednak w tym przypadku to umyślne upośledzenie perkusisty wyszło na dobre dla całego nagrania.

Przypomniało mi się to, kiedy czytałem dziś w Przypowieściach Salomona:

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. (Przyp. Sal. 3:5, NBG)

Zatrzymałem wzrok na tych słowach, na „własnej mądrości”. Znaczy co, mam dać sobie wyprać mózg? Nie, nawet jeśli przyjmę cudze przekonania i sposób myślenia, to przyjmę jako… własną mądrość.

A może mam w ogóle pogardzić mądrością? Nie, nie mógł mądry Salomon pochwalać głupoty. Radził tylko, żeby na własnej mądrości „nie polegać”.

Zamiast tego… ufać Bogu. To znaczy powinienem robić najmądrzej, jak umiem. Ale – tak jak dziecko – nie do końca być pewnym, co z tego wyjdzie. A jeśli wyjdzie co złego, Tata naprawi.

Pamiętaj o Nim na wszystkich twoich drogach, a wtedy On wyrówna twoje ścieżki. (6)

To nie zwalnia z odpowiedzialności.

bój się Wiekuistego i stroń od złego (7b)

…ale uwalnia od presji pt. „a co, jeśli zrobię coś odrobinę nie tak?” Albo od obaw: „a co, jeśli zrobiłem wszystko dobrze, a skończy się źle?” Ufność Bogu pozwala przetrwać trudne momenty, bo mam nadzieję, że sprawy nie skończą się tak fatalnie, jak wszystko na to wskazuje. 

Ufność Bogu wreszcie pozwala osiągnąć więcej, niż sobie wyobrażałem, że mogę. Bo po mojemu nie mam szans na przeskoczenie poprzeczki. „Nie polegaj na własnej mądrości”.

Wszystko się może zdarzyć, nie tylko cuda, które ludzkiej mądrości urągają. (Bogu dzięki.) Ale też czasem okazuje się, że mój ogląd rzeczy na początku był fałszywy. Nie ogarniam tej wielkiej układanki, którą Bóg rozumie i kontroluje. Muszę więc zrobić margines błędu mojej mądrości, jak największy. Zagrać czasem bez niej, jak bez tego talerza.

Odbieram dobre wychowanie

Dziś nieźle pogrzebałem, wybebeszyłem tekst polski, angielski i hebrajski. Wszystko po to, żeby pojąć coś bardzo ważnego, przynajmniej dla mnie. Pytam: po co to wszytko, to czytanie Biblii (zgodnie z planem w lutym skończę czytać całą!). Po co się tego uczyć, interesować? Podpowiedź mam u Salomona.

W pierwszym rozdziale (w.3) jego „przypowieści / przysłów” jest napisane, że służą one temu, by:

  • odebrać, przyswoić, zdobyć

  • nauki, pouczenie, ćwiczenie, instrukcje, przestrogę, staranne wychowanie, mądrość, umiejętność

  • rozważnego, roztropnego zachowania, życia, postępowania, dyscypliny (w zakresie:)

  1. sprawiedliwości/rzetelności/uczciwości (tsedeq, צדק) – słuszności, posłuszeństwa, poszanowania prawa;

  2. prawa/prawości, cnoty, prostolinijności (mishpat, ומשפט) – wyroków, rozporządzeń;

  3. sądu/szczerości-transparentności-przejrzystości/prześwietlenia (meyshar, ומישרים) – spełniania wymagań.

I oczywiście odnosi się to wprost do tej księgi przysłów. Ja jednak uważam, że można to równie dobrze rozumieć jako wstęp, przypis do całej Biblii.

Na końcu jest obrazek tekstowy, gdzie można prześledzić, jak tłumacze się mordują z tym jednym wersetem. Tyle różnych wersji! Po przeczytaniu wszystkich nie wiedziałem już, o czym to. Dlaczego? Bo te trzy żydowskie pojęcia są zrozumiałe w pełni tylko dla… Żyda, który to wyssał z mlekiem matki i nauczył się w szkole. Tłumacz musi to trafnie przełożyć „na nasze”.

I ja też zabawiłem się w tłumacza. Być może cała zabawa polega na tym, że są to wyrazy bliskoznaczne. Trzeba więc zlepić wszystko razem jak różnobarwne kulki plasteliny, pomiętosić, pomieszać i tak połknąć.

A może dobrze jednak trochę pofilozofować? Bez przesady, ale zastanowić się chociaż, czym się różni jedno od drugiego i od trzeciego. Ja widzę to tak (trochę projektowo): mam cel (prawo), realizację (sprawiedliwość), ocenę (sąd). Co ciekawe, ta „realizacja” została wymieniona na pierwszym miejscu, jakby nie po kolei.

To mówi mi coś istotnego: dobre uczynki (sprawiedliwości), np. troska o sieroty i wdowy – nie mają być wykonywane z nieustannym oglądaniem się na wskaźniki ustalone przez szefa. Czy już osiągnąłem, co trzeba? Również daleko jeszcze do końcowego sądu – ewaluacji, oceny, podsumowań – to rzecz Boga, nie moja (choć autokorekta na każdym etapie jest cenna).

To Bóg poucza mnie, jak ten cały bałagan powinien wyglądać (prawo), a jak wygląda (sąd). On wskazuje drogi i bada serce.  Ale najpierw daje pragnienie po prostu pięknego, owocnego, dobrego życia (sprawiedliwości, świętości). Coś, co pociąga, nie straszy!

170125_przyslow1-3

Nie mogę ustać

Pamiętacie? Półtora roku temu podczas rekolekcji w szczecińskiej szkole dzieci upadały podczas modlitwy. Dziennikarze nieporadnie pisali nagłówki: halucynacje i omdlenia! Piękne rzeczy, jak za Salomona! Sam takie przeżyłem, widziałem, pamiętam.

Oddanie do użytku obiektu zwanego świątynią Salomona opisuje I Księga Królewska 8 i II Księga Kronik 5-7. Chodziło o wniesienie do budynku Skrzyni Przymierza. Odtąd miejsce, gdzie stała, było tym najświętszym. Tam był Bóg. Oczywiście, nie tylko tam. Ale… zwłaszcza tam!

gdy więc wzbił się głos trąb i cymbałów i innych instrumentów do wtóru pieśni pochwalnej dla Pana, że jest dobry i że na wieki trwa łaska jego, …świątynia Pana napełniła się obłokiem, tak iż kapłani nie mogli tam ustać (2 Kron. 5:13-14, BW)

Ale jaja. Tłum facetów wystrojonych jak na paradę, do poważnej służby przygotowanych i wszyscy lecą z nóg jak te dzieci na rekolekcjach. Śmieszna sprawa. Super. Bo nic się nikomu złego nie stało. To „tylko” (i aż) boża obecność, Jego obłok. Rzecz dostępna wówczas i tym bardziej dzisiaj.

Dlaczego tym bardziej? Bo przecież napisano w 1 Liście do Koryntian 3:16: „nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was?” (BW) A co było w świątyni? Skrzynia. A co w skrzyni? Tablice. A na tablicach? Zakon, prawo. A co Bóg obiecał? „Złożę mój zakon w ich wnętrzu i wypiszę go na ich sercu„. (Jer. 31:33, BW) Ta obietnica już się wypełniła.

Piękne jest to, co się dzieje podczas poświęcenia świątyni przez Salomona. Piękne, jeśli przełożę to na swoje realia, na swoją świątynię, na siebie. Najpierw wnieśli Skrzynię z tablicami. To jest poddanie się bożej jurysdykcji. Potem pieśń chwały i dziękczynienia – już nie mogę ustać, jest dobrze, uuu! Potem modlitwa króla:

Panie, Boże Izraela! Nie ma ani na niebie, ani na ziemi takiego Boga, jak Ty, który dotrzymujesz przymierza i stosujesz łaskę wobec sług swoich, którzy z całego serca ciebie się trzymają. (…) Zechciej wysłuchać błagań twego sługi… z jakimi przystępuję do tego miejsca; tak, wysłuchaj z miejsca, gdzie przebywasz, z niebios, a wysłuchując, racz odpuścić. (2 Kron. 6:14,21, BW)

Nawet jeśli później odejdę od Boga, wciąż mogę – tak jak wygnańcy z Izraela – zwrócić się w stronę swojej przeszłości – tej świątyni, którą byłem, którą miałem (6:38), a Bóg wysłucha i naprawi. Nie odpuści dla samego odpuszczenia (to by było nie fair), ale odpuści „bo uczy dobrej drogi” (6:27), przywraca porządek.

I spada ogień. Jak ten, który zabrał ofiary Izraela (7:1). Jak ten, który płonął na głowach apostołów (Dz. 2:3). Jak ten, który dziś rozgrzewa ciała modlących się ludzi, daje się odczuć, rozlewa gorącem. Trawi, czyści, uświęca.

Sukces to dom

Nie wiem, jak chcą „wszyscy”, ale ja… chcę sukcesu! Nie jest on moją obsesją, ale go pragnę. Nie zniechęca mnie nawet to, że jest ulotny. A inspiruje mnie… no właśnie, kto?

Kiedy tylko przeczytałem ten werset, zaświeciło mi się w nim jedno słowo (już wiecie, które) – tak, jak bryłka złota wyłuskana z sita:

Dlatego Wiekuisty będzie z tobą, mój synu! Odniesiesz SUKCES i zbudujesz Dom Wiekuistego, twojego Boga, jak o tobie mówił. (I Krn 22:11, NBG)

Aha! TO jest sukces! Dom mojego Boga. Coś fizycznego. A co konkretnie? Katedra? (Po niemiecku, nomen omen, der Dom). Nie, mi jako pierwsze przychodzi na myśl stworzenie tego Domu we własnym domu.

Mieć rodzinę – to moje spełnione marzenie, ale jest coś więcej. Bo jest coś dalej. Chcę przecież, żeby codzienność była niecodzienna, żeby moje „cztery ściany” były miejscem spotkania z Tatą, uwielbienia Go, dziękowania, ofiarowania Mu uwagi, zwierzania się, radości itd.

Ciekawe jest to, jak bardzo pragnął tego Dawid. Bóg zapowiedział mu, że nie on, ale jego syn zbuduje świątynię. Dawid, widocznie nie mogąc się doczekać, zebrał większość potrzebnych kosztownych materiałów i przekazał wizję swemu młodziutkiemu następcy, Salomonowi.

W historii nie brak megalomańskich projektów budowlanych. Ale świątynia Salomona do nich nie należała. Co ją wyróżniało? Co wyróżnia moje pragnienie od innych, strasznie lub wręcz chorobliwie ambitnych planów?

Pokój. Boski szalom. Jak mówił Jezus, „nie taki pokój, jak świat daje, ja wam daję”. A taki pokój był obiecany Salomonowi. Budowa świątyni nazwana „sukcesem”, była częścią tej wizji:

…za jego [Salomona] dni dam Israelowi pokój wraz z odpocznieniem. On zbuduje Dom Memu Imieniu (w. 9-10)

– Powiedział Bóg. Życzyłbym sobie podobnego błogosławieństwa, przeznaczenia, namaszczenia, sukcesu właśnie.

Ufaj szkiełku i oku. I sercu. I Bogu

Znam mężczyzn, którzy przyznają otwarcie, że ciężko było im uwierzyć, bo od zawsze myśleli bardzo racjonalnie. Fakt, że nadal trzeźwo rozumują i jednocześnie żyją dla Boga, jest dla mnie genialnym potwierdzeniem prawdy bożego słowa.

Racjonaliści stoją mocno na ziemi. Fajnie? No to przyjmę tak jak oni, że prawdą jest to, co się da poznać, już nie wchodząc w filozoficzne rozważania nad poznaniem. To jest epistemologia – bez dna. Kiedy pytam syna, czy uderzył swoją siostrę, to interesuje mnie prawda. Proste. Kiedy myślę o tym, co zrobiłem złego, to tak samo, nie chcę się oszukiwać. Czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Ale jest coś, co jest równie istotne. Tak samo ważne, jak prawda. Pisze o tym Salomon – tęga głowa.

Niechaj cię nie opuszcza prawda i miłosierdzie; obwiąż je wokół twojej szyi oraz zapisz je na tablicy twojego serca. (Prz 3:3, NBG)

Wypisz sobie na czole, wypisz w charakterze. W innych tłumaczeniach to jest tak: „niech miłość i wierność cię strzeże (BT), „niech cię nie opuszcza łaska i prawda” (BW) Skąd wzięła się ta wierność (albo lojalność, uczciwość, spolegliwość), zamiast prawdy? Ciekawe.

Myślę, że tu chodzi o praktyczne pojęcie prawdy, nie jakieś wydumane, teoretyczne-filozoficzne. Czy ktoś żyje zgodnie z tym, w co wierzy, co jest prawdziwe, bo sprawdzone, poznane przez doświadczenie? Czy może jest fałszywy, wiarołomny, a wierność go wcale nie strzeże?

To jedna strona medalu. Bo co mi to da, że znam tylko prawdę? Mogę osądzić siebie, kogoś innego. Ale czy to będzie mądre? Dokąd to prowadzi? Wszyscy mężowie i żony mogą powiedzieć: na dłuższą metę… donikąd. Bez miłości-miłosierdzia-bycia miłym, a więc i bez przebaczenia nie da się nic trwałego zbudować.

Dlatego rozum czasami nie wystarcza, rozum się buntuje, a moja własna, racjonalna mądrość nie pozwala spojrzeć dalej – tam gdzie widzi On, Tata.

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. Nie bądź mądrym we własnych oczach; bój się Wiekuistego i stroń od złego. (w. 5,7)

Wracając do epistemologii… co ja tak naprawdę wiem? Jaką to prawdę znam? Co ja mogę gruntownie i do końca poznać? Nic. Warto się starać, badać, czytać, słuchać itd., ale… niczego nie mogę być pewnym do końca. To pierwszy powód, by ufać Bogu.

Drugi już wspomniałem: miłosierdzie – to moje, ludzkie – jest chyba równie niedoskonałe, co ludzkie poznanie i wyciągnięta zeń prawda. Hej, racjonaliści! Przewietrzyło się? No to idziemy na dwóch nogach: rozum i serce. A najlepiej jak mnie Tata poniesie.

Za mordę, czy za rękę?

Czy myślałaś, myślałeś kiedyś o sobie jak o królowej, królu? Nie mówię o długim czerwonym płaszczu, gronostajowym futerku itd. Raczej o władczej pozycji. Jak być dobrym królem?

Dobry król nie dopuszcza do słabości państwa. Odpiera zewnętrzną agresję, ustanawia porządek, dba o praworządność i sprawiedliwość. Pomyśl o wszystkich swoich sprawach, wszystkich srokach, które trzymasz za ogon, wszystkich podwładnych, w tym dzieciach. Dbamy, żeby to się nie rozjechało. Ojcowie, matki, szefowie.

Czasem dbamy rozpaczliwie, desperacko. A co zrobić, żeby nie dopuścić do kryzysów? Zakładając śmiało i bezczelnie, że jesteśmy władni zapobiec wszystkim kryzysom. To jest niemożliwe, ale można pomarzyć. No więc co? Dobrze, niech te słowa już padną: za mordę! Wszystkich za mordę! Okrutne? Być może, ale czyż nie skuteczne?

Szczerze? Ja to robię. Odruchowo, kiedy rzeczy się totalnie wymykają. Kiedy natłok irytujących spraw i zdarzeń jest już nie do zniesienia. Zamordyzm może przybierać formę tyranii, ale też… fochów, szantaży, obrażalstwa, wycofania itd. Działa. Na krótką metę.

Tymczasem w Psalmie 72 czytam coś, co na tle powyższych rozważań jest zupełnie zaskakujące. Otóż Dawid, drugi i może najlepszy król Izraela (zaraz po Bogu), błogosławi i modli się za swego następcę, syna – Salomona. Wtem…

Niech panuje od morza do morza, i od strumienia aż do krańców ziemi. Niech przed nim klękają mieszkańcy stepu, a jego wrogowie niech liżą proch. Oto złożą mu daninę królowie Tarszyszu, wysp, a królowie Szeby i Seby przyniosą mu haracz. I będą się przed nim korzyć wszyscy królowie, wszystkie ludy będą mu służyć.
Ponieważ ocala żebrzącego, co woła, oraz uciśnionego, który nie ma wybawcy. Miłosierny jest dla żebrzących, ubogich oraz duszę ubogich wybawia.
(Ps. 72:8-13, NBG)

A więc to jest król, który wyrasta na potęgę i który wcale nie trzyma poddanych za mordę. Raczej za rękę. Nie ma tu mowy, co prawda, o poddanych możnych. Może tych trzyma krótko. Ale co do ubogich wiemy, że podaje im dłoń, żeby ocalić, wybawić, podnieść.

To zachowanie, które nie kojarzy się z walką o wpływy, interesy państwa, powagę urzędu, posłuch i porządek. Na cóż mi wdzięczność ubogich? Co oni mogą? Czy potrafią skłonić obcych królów do płacenia haraczy? Albo poszerzyć moje terytorium? Czy zbiorą się do kupy i zmuszą moich wrogów do klękania przed królem i lizania prochu? Ha, ha. Dobre!

A jednak!!! Coś w tym jest, skoro napisał to Dawid – mąż według bożego serca. Nie „coś”, ale „Ktoś” w tym jest. Bóg widzi i Bóg odpłaca. Kiedykolwiek zechcę poszerzyć swój wpływ, zacznę od pomocy tym, którzy nie mogą się odwdzięczyć.

Nie ruszaj g…, bo śmierdzi

Takie dobitne powiedzonko zapamiętałem z dzieciństwa. Za mocne? Być może, ale wymowne i skuteczne. Motywuje, by nie jątrzyć, nie spierać się z kimś, kto się okopał ze swoją głupotą.

Niektórzy z was pewnie już się dziwią: jak to, a co z przykazaniem miłości? Przecież mamy się kochać nawzajem, kochać swoich bliźnich, pomagać im, opowiadać Dobrą Nowinę, a skoro tak, to i pouczyć o grzechu, o tym, co źle… Ho, ho, ho, nie wszystko naraz! Że kochać – nie przeczę, tak, to jest dobre, to jest potrzebne, to jest rozkaz. Ale czy od razu walić po głowie kamienną tablicą z przykazaniami? Nieco jasności w tym temacie daje fragment Przypowieści Salomona:

  • Kto poucza/karci/strofuje szydercę/naśmiewcę, ten ściąga na siebie hańbę/wzgardę; a kto gani bezbożnika/nieprawego, ten się plami/sam sobie szkodzi/ściąga obelgi. Nie karć szydercy, aby cię nie znienawidził;
  • Strofuj/karć mądrego, a będzie cię kochał. Ucz mądrego, a będzie jeszcze mądrzejszy; poucz/naucz/oświeć sprawiedliwego, a będzie umiał jeszcze więcej/zwiększy swą wiedzę! (Przyp. 9:7-9, kompilacja BW, BT, BG)

W kontekście są podobne wersety: „Nie mów przed głupim, gdyż wzgardzi twoimi mądrymi słowami.” (Przyp. 23:9, BW) albo „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie pereł swoich przed wieprze, by ich snadź nie podeptały nogami swymi i obróciwszy się, nie rozszarpały was.” – Powiedział Jezus (Mat. 7:6, BW). Wyciągam z tego taki wniosek, że mam się zachowywać w dwojaki sposób względem dwóch grup ludzi: mądrych strofować, a tych drugich – szyderców, naśmiewców, cyników, nihilistów i utracjuszy… nie strofować.

Jeśli nie strofować, to co? Reinhard Bonnke powiedział „Jezus NIE głosił pokuty, mówiąc: «przybliżyło się piekło», LECZ «upamiętajcie się, ponieważ przybliżyło się Królestwo Boże». Nigdy nie straszył grzeszników, lecz ostrzegał ich. Straszy się wroga, lecz ostrzega przyjaciela. Rzym 2:4: «Dobroć Boża do upamiętania cię prowadzi». Głoszenie pokuty nie może być wykorzystywane jako groźba, lecz jako dar.”

Zatem szyderców i naśmiewców należy ostrzec i… obdarować poczuciem, że Bóg ich kocha takich, jacy są, obdarować nadzieją na inne życie, na wolność. Jeśli nabiorą ochoty, by zmądrzeć, wtedy przyjdzie pora na karcenie, strofowanie, pouczanie. Ale o tym w następnym wpisie, w najbliższy wtorek.

Rozum rozumowi nierówny

W dobie wojujących ateistów, którzy z zapałem talibów niszczyliby wszystko, co im się kojarzy z religią,  warto przyjrzeć się ich bogu – rozumowi. Co Bóg o nim sądzi?

Król Salomon, znany ze swej przenikliwości, tak pisał:

…nadstawiając ucha na mądrość i zwracając serce do rozumu, jeżeli przywołasz rozsądek i donośnie wezwiesz roztropność, jeżeli szukać jej będziesz jak srebra i poszukiwać jej jak skarbów ukrytych, wtedy zrozumiesz bojaźń Pana i uzyskasz poznanie Boga; gdyż Bóg daje mądrość, z jego ust pochodzi poznanie i rozum. (Przyp. 2:2-6, BW)

Ciekawe, co? Jeszcze raz: poznam Boga i zrozumiem bojaźń Pana, czyli drogi Boże, kiedy co? Kiedy zwrócę serce do rozumu i przywołam rozsądek i wezwę roztropność. Bo Bóg jest źródłem mądrości, poznania i rozumu. Wybaczcie, że powtarzam to, co już zdążyliście wyłapać z cytatu, ale chciałem zauważyć i wytłuściłem te słowa, które zajmują pierwszorzędne miejsce w każdym katechizmie ateisty. Okazuje się, że to wszystko, czym ateiści chcą wyrugować Boga ze społecznej świadomości, właśnie do tego Boga naturalnie przybliża. Ale to dopiero wstępne spostrzeżenie. Bo jeden rzut okiem dalej jest dopiero ciekawy fragment. Można u Salomona przeczytać coś zupełnie, choć pozornie sprzecznego:

Zaufaj Panu z całego swojego serca i nie polegaj na własnym rozumie! Pamiętaj o nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować będzie twoje ścieżki! Nie uważaj się sam za mądrego, bój się Pana i unikaj złego! (Przyp. 3:5-7, BW)

To jak w końcu: czy powinienem zwrócić serce do rozumu, czy raczej zaufać z całego serca i nie polegać na rozumie? Aha, zapomniałem dodać: na własnym rozumie. To powinno wyjaśnić sprawę. Bo czym jest mądrość, rozsądek, rozum według Salomona? To jest poddanie się Bożym wskazówkom, jak żyć, Jego przykazaniom: unikaj złego.

Salomon pisze to, jakby miał świadomość, że nie uniknę złego, tylko polegając na własnym rozumie i uważając, że jestem dość mądry. Ale polegając na Bożym rozumie i Bożej mądrości, zawartych w Jego wskazówkach dobrego życia, będę wiedział doskonale, jaką drogą iść; co jest dobre, a co złe.

Wygląda na to, że z ateizmem jest spory problem: pewien zakres mądrości jest zamknięty dla człowieka wierzącego, że nie ma Boga. Taki ktoś musi polegać na własnym rozumie, będzie się potykał na swojej drodze i nigdy nie zyska pewności co do swoich wyborów moralnych, a co gorsza, nie pozna Boga.

Dziesięć srok za ogon

Tyle nie złapię, a mimo to próbuję, bo zawsze to, co teraz, jest mniej atrakcyjne od tego, co za chwilę, za miesiąc, za rok. Spontan pełną gębą! Powinna być radość, a co jest? Zmęczenie.

Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas [w skrócie] sadzenia / wyrywania, zabijania / leczenia, burzenia / budowania, płaczu / śmiechu, narzekania / pląsów, rozrzucania kamieni / zbierania kamieni, pieszczot / wstrzymywania się od pieszczot, szukania / gubienia, przechowywania / odrzucania, rozdzierania / zszywania, milczenia / mówienia, miłowania / nienawidzenia, wojny / pokoju. (Kazn. 3:1-8, BW)

Interpretowałem ten popularny fragment w utarty sposób: no tak, nie da się złapać dziesięciu srok za ogon. Kiedy robię jedno, drugie musi poczekać. Pamiętam na przykład historię o młodej kobiecie, która zwierzyła się swej matce, że po urodzeniu dziecka czuje, jakby czas jej uciekał przez palce. A młoda babcia powiedziała: nie przejmuj się, to taki czas, czas na dziecko. Przyjdzie czas na inne sprawy – jutro, za miesiąc, za dwa lata, ale teraz jesteś tutaj. Nie rozerwiesz się.

To wszystko brzmi ładnie, mądrze i… trochę bez sensu, jak słynne maksymy Kazimierza Górskiego, w stylu Mecz można wygrać, przegrać albo zremisować. Co z tego wynika, że każda sprawa pod niebem ma swoją porę? Pomocy! Czytam kontekst (Kazn. 3:9-11): to Bóg zaplanował te okresy, a w moje serce włożył wieczność (!). Oto klucz do tego, by cieszyć się i używać życia bez względu na czas i porę. Z kolei radość jest kluczem do wydajności, bo jak jestem zadowolony, to robiąc jedną rzecz, nie myślę o następnej; jak praca, to nie facebook, jak pieszczoty, to nie kanapki z pasztetem…