Rozkaz? Sama przyjemność

Wyobraźmy sobie rodzinę, w której dzieci z radością i podnieceniem czekają na kolejne polecenia rodziców, niczym na prezenty gwiazdkowe. Mrzonki?

Wyobraźmy sobie wojsko, w którym każdy szeregowy nie może doczekać się następnej porcji pompek lub powołania na front. Szaleństwo?

Wyobraźmy sobie państwo, gdzie urzędnicy z uśmiechem na twarzy i uczuciem ulgi witają wszystkie nowe rozporządzenia ministra. Utopia?

Wyobraźmy sobie firmę, w której pracownicy z tęsknotą wyczekują następnych maili od szefa z dopiskiem ASAP. Korpo-obłęd?

Ani podwładni, ani władcy nie są tak doskonali, żeby te wizje się urzeczywistniły. I nie będą. Ale wyobraźmy sobie jeszcze jedną rzecz, która jest możliwa: świat, w którym wszyscy ludzie z zadowoleniem zaczytują się w Słowie, rozmawiają z Bogiem i są mu posłuszni, odnajdując się w tym doskonale.

Rozkazy Wiekuistego są proste, rozweselają serce; przykazanie Boga jest jasne, oświeca oczy. (Ps 19:9, NBG)

Jakie można mieć jeszcze wątpliwości? Doskonałe rozkazy nie wymagają dyskusji, tylko ochoczego wykonawcy. Pierwszym takim, który mi przychodzi na myśl, jest przykazanie siódmego dnia (szabatu) – oddzielenia go, uświęcenia dla Boga.

Czy wypełnienie tego prawa nie jest radosne? Czasem bywa trudne, wymaga zmiany nawyków, przyznaję i wiem z autopsji, ale… jest radosne. To samo przecież z zakazem zabijania, cudzołóstwa itd. Czy muszę coś dodawać?

Zaciesz non stop

Co masz taki zaciesz? Starszy powie: co suszysz zęby? A dinozaur: skąd na twojej twarzy tyle radości? Prosta recepta: szczęśliwe serce.

Nie, dzisiaj wieczorem nie chcę się cieszyć. Nie, jestem zmęczony. To poważne sprawy. Trzeba się czasem przejąć życiem. To normalne przecież. Po prostu nie mam już siły.

Dobrze, ale gdyby tak… – czysto teoretycznie – uśmiechać się albo chociaż cieszyć w sercu non stop? Tak od rana do nocy? Właśnie tak. To byłoby źle? No, źle nie. Życie czasem jest poważne, tak.

Tak na przykład Jezus był nieraz poważny. Podczas kuszenia na pustyni odchodził od zmysłów. Po śmierci Łazarza płakał. Prawdopodobnie nie uśmiechał się, dyskutując z faryzeuszami albo mówiąc „kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”. Przed pojmaniem pocił się krwią.

Ale właśnie „NIERAZ”. I nie dwa. Generalnie był namaszczony… radością. To jego chodzenie po Judei, Galilei i okolicy, nauczanie i uzdrawianie było pełne radości. Jak to się robi? Jak ten owoc Ducha wycisnąć? W Przypowieściach Salomona 15:15 czytam:

Wszystkie dni uciśnionego/biednego/nieszczęśliwego są złe/smutne, lecz człowiek właściwego/wesołego serca/usposobienia ma ustawiczną ucztę/wesele/gody. (BW, BT, NBG)

Nie wiem, jak wy, ale ja teraz myślę o moim kumplu ze szkoły, który był typem wesołka, błazna; bez przerwy robił sobie jaja, żartował, kpił, śmiał się. To wszystko w dobrym sensie. Jego dowcip nie był przykry. Mógł niejednego czasem zdenerwować, ale ostatecznie trudno było się dąsać. To po prostu było śmieszne.

A tutaj mamy coś więcej niż żarty. Żartowniś i genialny komediant może przecież mieć depresję, ustawicznie odbijać się od dna, jak Robin Williams..A pewnego dnia nie zniesie „doła”. Coś więcej niż żarty to jest co? Wesołe serce, usposobienie.

Skąd się to bierze? Hm. Jak się robi fajne rzeczy, to trudno się nie cieszyć. Trudno nie nakręcać się tym, że komuś pomogłem w bardziej lub mniej niezwykły sposób. A żeby tak postępować, to… zerknę na kontekst cytowanego wersetu. Co tam jest?

Szukanie mądrości zamiast napełniania się głupotami. Lubienie upomnień, docenianie rad i karcenia. Bojaźń Boga. Miłość. Umiejętność poprzestawania na małym, umiaru w dążeniu do posiadania. Łagodzenie sporów zamiast wzniecania kłótni. Nie gardzenie rodzicami..I wiele innych…

Ktoś, kto ma to wszystko, cechuje się podobnym zestawem, będzie robił dobrą robotę, wywoła niejeden uśmiech i nieraz „przemieni w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc”, jak pisał Stachura, „to jest dopiero coś”. A potem już tylko doceniać i… cieszyć się.

Skaczę z radości

Prostopadłe podanie w pole karne, Kuba Błaszczykowski przyjął, markuje strzał, zwód, dwaj obrońcy zostawili miejsce, tak, ma wolny moment, piłka w okienko! Tak, do bramki! Goooooooool, tak, tak, tak, ha ha, uuuu, yes, haaaa!!!…

– Zrobiłem efektowny wjazd na kolanach przed sam telewizor, a zaciśniętymi z radości pięściami zacząłem walić w podłogę…

Żona usypiała właśnie za ścianą córeczkę, więc mojego szaleństwa nie widziała. Ale synka to bardzo rozśmieszyło. Ta radość mu się tak udzieliła, że ze śmiechu aż zakrztusił się ciasteczkiem. Na chwilę szybko zapomniałem o Błaszczykowskim, a potem obejrzałem mecz do końca, wciąż jeszcze ciesząc się bramką, z nadzieją, że Ukraińcy nic nie strzelą.

Podobne sceny, tyle że z udziałem skonfudowanych żon i tym podobnych, dzieją się w tysiącach polskich domów. – No i czego tak skacze, czego! Totolotka wygrał, czy jak?! – Potrafią gderać, nie pojmując nic a nic z tego podniecenia, żywiołu, emocji najprawdziwszych, a jakże męskich. Drogie Panie, nie dziwić się, ale POdziwiać, że jednak ten mruk potrafi coś autentycznie przeżywać całym sercem. Może jest jakaś nadzieja na wspólne wieczory.

Bo była już jedna taka pani, która zasłynęła z tego, że pogardziła mężem, kiedy ten – w takim właśnie szale uniesień – skakał, cieszył się jak głupi, wyzbywając się na chwilę całego splendoru, jaki mu towarzyszył „z urzędu”. Mowa o Michal – była to pierwsza żona Dawida, która królewską żoną pozostała do końca. Tyle, że jakby w niełasce, bo…

…gdy Skrzynię Przymierza Pańskiego wnoszono do Miasta Dawida, Michal, córka Saula, wyglądała oknem i zobaczywszy króla Dawida podskakującego i tańczącego, wzgardziła nim w swoim sercu. (1 Kron. 15:29, BW)

Czy można się tak bardzo zatracić w radości, że się człowiek nawet nie zastanawia, jak to z boku wygląda? Oj, można. Że się z tej radości tańczy i podskakuje? O Boże, i to poważni ludzie, tak! Lekarze, prezesi, adwokaci… Jak mali chłopcy. Widać niewiele potrzeba, żeby ruszyć serce mężczyzny. Jakiś głupi mecz, jakiś gol, nawet nie mój, tylko tego chłopaka na ekranie. A co ze Skrzynią Przymierza?

To nie jest pytanie retoryczne z rodzaju „weź się ogarnij”. Nie, raczej: „jest coś więcej”. Skakałeś kiedyś z radości? No to dopiero liznąłeś temat.

Zapobiec sklerozie

Skleroza – notoryczne, chorobliwe zapominanie – jest najgorsze wtedy, gdy nie pamiętam nic z dobrych rzeczy, które mnie spotkały. Jak temu zapobiec?

Jest taki żart, że żony mają wybiórczą pamięć absolutną. Potrafią wygrzebać z przeszłości każdy (sic!) błąd męża i znaleźć przytyk w każdym kontekście. Z drugiej strony o zapominalstwie mężów słyszeliśmy też dziesiątki dowcipów.

Niepamięć, niewdzięczność codzienna potrafią zepsuć nie tylko relację małżeńską, między dzieckiem a rodzicem, człowiekiem i Bogiem… Jest też trudna dla mnie samego, który zapominam.

Co ja pocznę, kiedy przyjdzie czarny dzień, fin de siecle, dopadnie mnie splin i chandra, no co? Albo kiedy zacznę dostawać po głowie za niewinność, jak Dawid, który został wręcz zaszczuty przez zazdrosnego Saula? Nie pocieszy mnie fakt, że byłem „w porządku” w stu procentach. Zresztą nie byłem.

..wróg ściga mą duszę, do ziemi przygniata moje życie; …nie chodź na sąd z Twoim sługą, gdyż przed Tobą nikt z żyjących nie okaże się sprawiedliwym. Więc wątpił we mnie mój duch, osłupiało me serce w moim wnętrzu. (Ps. 139:2-4, BW)

Się stało: osłupiało! Jakie wymowne tłumaczenie! Czyż nie każdy z nas to przeżył? I co wtedy robić?

Wspominam dawne dni, rozważam wszystkie Twoje czyny, rozmyślam o dziele Twoich rąk. (w.5)

Z pewnością dobrze jest notować w specjalnym zeszycie wszystkie osobiste świadectwa bożej dobroci, łaski, wierności. Ale nawet bez takiego zeszytu można sobie poradzić. Wystarczy ćwiczyć pamięć.

Jezus wielokrotnie napominał z powodu „zatwardziałości serc”, dosłownie: „sklerozy serc”. Jest na to jedno (przyjemne) lekarstwo: robić to, co Dawid; praktykować wdzięczność. Wspominać, rozważać, rozmyślać o tym, co było (i jest) najlepsze.

Nad rzekami Babilonu

Każdy słyszał Boney M.: „By the rivers of Babylon, there we sat down Ye-eah we wept, when we remembered Zion”. Dużo mniej z nas wie, że słowa pochodzą z Psalmu 137, a już tylko garstka wzięła je sobie do serca.

Tymczasem ja czuję, jakby były napisane dla mnie na dziś. A nawet na dziś wieczór. Na teraz. Izraelici wieszają na wierzbach swoje lutnie. Ja odkładam na bok swoje ukulele. Ciężkim krokiem, już po ciemku niosę zakupy z samochodu i po schodach. Ciężko w ciele, ciężko na duszy. Co ich trapiło, a co męczy mnie?

Babilon. Uprowadzenie, życie w rozproszeniu na obcej ziemi, w kraju okupanta. Z jednej strony, życie się nie kończy, trzeba jakoś do przodu. Z drugiej strony…

Jakże my mamy śpiewać pieśń WIEKUISTEGO na obcej ziemi? Jeżeli cię zapomnę, Jeruszalaim, niech zdrętwieje moja prawica. Niech mój język przylgnie do mego podniebienia, jeślibym nie pamiętał o tobie, jeślibym nie postawił Jeruszalaim [ponad największą moją radością]. (Ps. 137:4-6, NBG)

„Obca ziemia” to dzisiaj co innego; nie obszar geograficzny, jak Babilon. Jak mówią; nie kraj, ale stan umysłu. Skupienie na kręceniu swoich spraw, zapomnienie o czymś absolutnie najważniejszym, pięknym, doskonałym, potężnym: o Królestwie Bożym.

O świecie bez złości i chorób. O świecie poddanym Jezusowi z miłości. Jeżeli o tym zapomniałem, niech zdrętwieje mi ręka, niech język stanie kołkiem. Jeśli zapomniałem, to nie tylko jestem niewolnikiem, ale nawet się z tym pogodziłem.

Żydzi nie powinni byli się przyzwyczajać do wygnania babilońskiego. Ja nie powinienem nigdy przywyknąć do troski. Jezus uczył: „nie troszczcie się… spójrzcie na lilie wodne…” Ilekroć troska powraca jako treść codzienności, tylekroć żywot robi się ciężki, nieatrakcyjny, nieznośny.

Co jest najciekawsze: do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do takiego szarego życia. Tylko czy warto? Nie… A jeśli nie, to… Czy umiem jeszcze co jakiś czas zapłakać nad rzekami Babilonu?

Coś ważnego w trzy sekundy

Na murawę wybiega szalony kibic, rozebrany do naga, ma swoje „pięć minut”, no i na klacie coś napisane.

Na mównicę wdziera się człowiek z tłumu. Ochroniarz nie zdążył, a zaskoczony prezydent się odsunął. Mówi kilka słów do zgromadzonych tysięcy i ucieka.

– Mam trzy słowa do księdza prowadzącego – zapowiada się rzekomy słuchacz. Końcówkę wszyscy znamy. I pamiętamy.

Goniec wbiega do sztabu i padając z wycieńczenia, donosi zebranym o zwycięstwie albo o porażce.

Dziwny człowiek przychodzi na ucztę. Dziwny już na pierwszy rzut oka. Włazi na stół. Myślą, że pijany. Zaproszony? Obcy? Wszyscy milkną. On mówi.

Mówi dopóki go nie wyrzucą, nie złapią, nie minie jego krótka chwila. Musi być szybki, mądry, zwięzły, zrobić wrażenie, zapisać się w pamięci, a może i w historii.

Musi być żartownisiem albo mieć wybujałe ego, albo być przekonany, że nie ma teraz nic ważniejszego od tych kilku słów. Taki właśnie jest najkrótszy Psalm – 117:

„Chwalcie WIEKUISTEGO wszystkie narody, sławcie Go wszystkie plemiona; bo nad nami przemożna Jego łaska, a prawda WIEKUISTEGO na wieki. HALLELUJA!” (NBG)

Jest tu dużo radości, ale to nie żart. Wybujałe ego wykluczone, cała chwała jest dla Boga. A więc musi to być strasznie ważne – żeby takim przebojem przerywać dostojną poezję księgi psalmów.

– Wszystkie narody! Wszystkie frakcje i partie, betony i odłamy, kultury i subkultury, globaliści i lokalsi, tępi i bystrzy, grubi i chudzi! Hej, wszyscy! Chwalcie Boga. Za Jego łaskę nad nami. Yes, yes, yes! Juhu!

I już go nie ma. Uciekł.

Czy da się wygrać życie

Mówi się: wygrał życie na loterii. A reszta śmiertelników to co? Reszta próbuje, jak może. Grają jak umieją. Ciężka to praca, a nierzadko daremna. A gdyby tak pomyśleć inaczej, beztrosko?

Gdyby było tak pięknie, że można wygrać na loterii. Albo chociaż tak, że ciężką pracą zawsze się dorobisz. Gdyby tak… było, to nie powstałyby przysłowia i powiedzonka typu: „nie ma sprawiedliwości na tym świecie” albo „biednemu zawsze wiatr w oczy”, albo „taka karma”.

Czasem człowiek się narobi, a nic z tego nie ma. Nic nowego pod słońcem. Widać podobnie czują ludzie od wieków, skoro psalmista pisze:

To wam jest na marne; tym, którzy wcześnie wstajecie, do późna przesiadujecie i spożywacie chleb znoju; bo to samo, podczas snu, daje Swojemu ulubieńcowi. (Ps. 127:2, NBG)

Znajomy skomentował: „albo Bóg gra nie fair, albo ma poczucie humoru, którego ja jakoś jeszcze nie ogarniam”. Bóg ma jakichś swoich ulubieńców, których faworyzuje, rozpieszcza, a inni, którzy uczciwie harują, ledwo wiążą koniec z końcem. To demoralizujące, no nie? Tak, oczywiście. Jeśli tak postawimy sprawę… Ale spójrzcie jeszcze na jedną scenę z życia Jezusa.

Siedzi sobie przy studni, odpoczywa, czekając na swoich uczniów, którzy poszli po jedzenie. Zjawia się Samarytanka. Jezus ma kilka powodów, by ją zignorować i słowem się nie odzywać. Ale prosi o wodę i nawiązuje rozmowę. W finale ta kobieta, poruszona do głębi, uznaje go za Mesjasza i szczęśliwa biegnie do miasta, rozpowiadając, kogo spotkała.

W tym samym momencie wracają uczniowie z jedzeniem. Głupio im pytać, czemu się zadaje z Samarytanką, więc tylko proszą: – Mistrzu, jedz! – I teraz najlepsze… Jezus odpowiada:

Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie (…) Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał, i dokonać jego dzieła. (Jan. 4:32,34, BW)

I co? Dlaczego nie dopraszał się Samarytanki o ten cholerny kubek wody po wielogodzinnej wędrówce, tylko prowadził jakąś „zbędną” konwersację? Dlaczego nie chciał jeść, kiedy wreszcie mógł? Coś chciał udowodnić? Myślę, że… nie. Po prostu miał taką radochę, że nawet nie chciało mu się pić i jeść.

To nie była teologiczna gadka zmurszałego rabbiego, który kiwa chudym palcem i poucza prostaczków o wyższych wartościach, jak jakiś Platon. To były słowa prawdopodobnie podyktowane zwykłymi emocjami. Bo Jezus był w ciele i przeżywał wszystko tak, jak my. Pasja, z jaką podchodził do swego powołania, powodowała cierpienie, gniew, radość. Był tym pochłonięty. Był bożym ulubieńcem. Jedzenie, picie przychodziły… same, kiedy odpoczywał. Jak w Psalmie.

A czy wygrał swoje życie?

Nie podniecaj się tak, to tylko kamienie

Czym tu się podniecać? Ściany, kolumny, sufity, posadzki, święte przedsionki. No tak, ładne to, okazałe, ale… co z tego? Dziś dostaję „drobną” radę, co jest naprawdę zachwycające.

Wychodzili na Górę Oliwną. To właściwie pagórek. Górka. Wyszli z olbrzymiej świątyni przez Złotą Bramę. Dziś jest zamurowana, zatarasowana cmentarzem. Jedyna brama w Jerozolimie, która prowadzi z zewnątrz wprost na teren świątynny.

Wdrapywali się coraz wyżej i wyżej. Szli razem – Jezus i dwunastu. Może to był Piotr, może Jakub… obrócił się na chwilę tyłem do szczytu, a przodem do świątyni. Westchnął sobie z zadowoleniem jak, nie przymierzając, Waluś Kwiczoł z „Janosika”, podziwiający tatrzańskie stoki. I mówi:

„Nauczycielu, patrz, co za kamienie i co za budowle!” (Mar. 13:1, BW) A Jezus mu odrzekł: „Te wielkie budowle? Nie zostanie z nich kamień na kamieniu, który by nie został rozwalony.”

Ale go zgasił. – „Jezu, no co ty? Przecież to jest cud świata. Może kiedyś ktoś to rozwali, tfu, ale póki co… mucha nie siada!” Ja bym tak powiedział. Albo pociągnął Jezusa za język: – „Ale co, ale kiedy, kto i jak?” Tak też zrobili uczniowie. Siedzieli już sobie na szczycie, mając widok na całe miasto. Piotr, Jakub, Jan i Andrzej zaczęli go pytać na osobności: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak, gdy to wszystko będzie się spełniać?”

Jezus zaczął przepowiadać przyszłość, jak to będzie u końca czasów. I powiedział między innymi: „Gdy ujrzycie ohydę spustoszenia – tam, gdzie być nie powinna – kto czyta [proroka Daniela], niech uważa – wtedy ci, co są w Judei, niech uciekają w góry”.

Chodziło Jezusowi o spustoszenie świątyni i Jerozolimy. Jest więc jasne, że nie lekceważył przybytku, nazywał go przecież „domem swego Ojca”. Dlaczego więc tak ostudził emocje swoich uczniów?

Żeby na to odpowiedzieć, warto poczytać dalej; jak zawsze – kontekst. Rozdział 13 wypełniony jest, jak wspomniałem, przepowiednią końca czasów i zakończony powtarzającym się wezwaniem: „Czuwajcie!” Mam czuwać ze względu na nadzieję. A nadzieję mam z wiary, że jestem wybrany. A wybrani zostaną zbawieni.

Przypomina mi się inna sytuacja, w której Jezus studził emocje uczniów. A właściwie chciał je „przesunąć”: „nie z tego się radujcie, iż duchy są wam podległe, radujcie się raczej z tego, iż imiona wasze w niebie są zapisane”. (Łuk. 10:20, BW)

Widzialne, wspaniałe sprawy, jakie widzę we współczesnym kościele, mogą przyciągać moją uwagę, budzić podziw. Jedni podniecają się Licheniem, a inni poziomem organizacji konferencji chrześcijańskich. Powstają kółka zainteresowań, podziwu, czci dla… rzeczy zbudowanych ludzką ręką. A tymczasem wystarczy (i należy) ograniczyć swoją radość do… faktu własnego zbawienia. To zmienia wszystko!

Już się tak nie dręcz

Tak próbujemy pocieszać kogoś, kto zbyt długo przeżywa jakiś swój błąd, porażkę, winę. Ale czasem jednak warto się podręczyć. Tak, dosłownie.

W Księdze Kapłańskiej natrafiam na przykazanie dotyczące święta Jom Kippur, o charakterze pokutnym. Warto się z tą żydowską tradycją zapoznać, ale niekoniecznie po to, by to święto obchodzić raz do roku na jesieni. Raczej po to, by jego najważniejszy nakaz przyjąć wprost do siebie i zastosować się. Może nie codziennie, ale okresowo.

Niech to będzie dla was ustawą wieczną: siódmego miesiąca, dziesiątego dnia tego miesiąca będziecie DRĘCZYĆ WASZE DUSZE i nie będziecie wykonywali żadnej pracy, (…) bowiem w ten dzień was rozgrzeszy, by was uczynić czystymi; macie być czystymi przed obliczem Wiekuistego od wszystkich waszych grzechów. (3 Moj./Kpł 16:29-30, NBG)

Inne tłumaczenia mówią: „ukorzycie się” (BW) albo „będziecie pościć” (BT), ale do mnie dużo silniej przemawia to powyższe, o „dręczeniu”. Sprawdziłem, że użyte tam hebrajskie słowo „anah” ogólnie znaczy „zaprzeć się samego siebie”, w tym post – powstrzymywanie się od pokarmów, ale także kąpieli i pielęgnacji (namaszczenia) ciała, seksu… – no to akurat dość logiczne.

Tylko że Jezus naucza, że kiedy poszczę, to mam nie robić z tego wielkiego halo, pokazówki, ale „namaścić swoją głowę i umyć twarz” (Mat. 6:17) – wyglądać jakby nigdy nic, a nawet lepiej. A zatem chodzi o rzeczy ukryte, które widzi Ojciec – po prostu moją duszę, moje serce, moje myśli.

Wspomniane słowo „anah” oznacza dokładnie „zajmować swoją duszę”:

  • ukorzeniem (pokora), potulnym uniżeniem;
  • zmartwieniem, strapieniem, smutkiem, depresją;
  • trudnym doświadczeniem, nieszczęściem, zgnębieniem, uciskiem, prześladowaniem, uciemiężeniem, udręką, niewolą, znużeniem, nękaniem, opresją.

To wszystko odnosi się wprost i kojarzy z myślami o własnym grzechu, żalem za grzech i powrotem do relacji z Tatą. Wszelkie posty – dręczenie ciała, jeśli pozbawione wymiaru wewnętrznego, są daremne. Chodzi raczej o dręczenie duszy – od czasu do czasu – gdy lista moich potknięć, zaniedbań, błędów, świństewek i świństw staje się już nie do uniesienia i zaczyna mnie ciągnąć w dół. Uświadomić to sobie, z całą nieprzyjemnością i żalem – to etap, którego nie da się pominąć. Etap oczyszczenia, uświęcenia, stawania się lekkim, radosnym i pewnym zbawienia.

Co mnie nie zabije, to wzmocni?

To powiedzonko, niestety, nie miało sensu dla Szczepana, bo został ukamienowany. Z drugiej strony, jego męczeńska śmierć nie zabiła, lecz wzmocniła ewangelię. I jest nauką na dzisiejsze kryzysy.

A słuchając tego, (członkowie Rady Najwyższej – przyp. JPZ) wpadli we wściekłość i zgrzytali na niego (Szczepana) zębami. On zaś, będąc pełen Ducha Świętego, utkwiwszy wzrok w niebo, ujrzał chwałę Bożą i Jezusa stojącego po prawicy Bożej i rzekł:
— Oto widzę niebiosa otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Bożej. – Oni zaś podnieśli wielki krzyk, zatkali uszy swoje i razem rzucili się na niego. A wypchnąwszy go poza miasto, kamienowali. (Dz. 7:54-58a, BW)

Jest sobie Szczepan: przychodzi kryzys, a co on robi? Po pierwsze, jest pełen Ducha Świętego. Skąd to się wzięło? Wybrali go jako jednego z siedmiu (wspaniałych?) do prozaicznej służby: pomocy wdowom (Dz. 6:5). Już wtedy był „zaufany” i „pełen Ducha” (Dz. 6:3). Także później czynił cuda i znaki (Dz. 6:8). Ta praca fizyczna, organizacyjna nie tylko nie stłumiła jego darów, może nawet pozwoliła je rozwinąć? Jedno jest pewne: był człowiekiem czynu i nie zasypiał gruszek w popiele. Poza tym, że wypełniał go Duch Święty, on nie przestawał iść do przodu. Nie mam na to dowodu, ale myślę, że te dwie rzeczy są ze sobą mocno związane: z jednej strony namaszczenie (albo moc), a z drugiej – upór i niezłomna wiara, która się objawia w działaniu. Dokąd go to zaprowadziło? Na śmierć, tak. Głupio, nie? A może słuszniej byłoby zapytać: dokąd zaprowadziło to innych świadków Chrystusa?

Szczepana zaś pogrzebali bogobojni mężowie i opłakiwali go wielce. A Saul tępił zbór; wchodził do domów, wywlekał mężczyzn i niewiasty i wtrącał do więzienia. Wszakże ci, którzy się rozproszyli, szli z miejsca na miejsce i zwiastowali dobrą nowinę. A Filip dotarł do miasta Samarii i głosił im Chrystusa. Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił, gdy go słyszeli i widzieli cuda, które czynił. Albowiem duchy nieczyste wychodziły z wielkim krzykiem z wielu, którzy je mieli, wielu też sparaliżowanych i ułomnych zostało uzdrowionych. I było wiele radości w owym mieście. (Dz. 8:2-8, BW)

Warto zauważyć: najpierw płacz, potem wiele radości. Najpierw śmierć i prześladowanie, potem eksplozja mocy i uwolnienia. Po raz kolejny okazuje się, że kryzys oznacza szansę – dosłownie i w przenośni. Chciałbym być jak Szczepan, bo podejrzewam, że to jego konsekwencja w patrzeniu z nadzieją na wszystkie MAŁE kryzysy doprowadziła go przed Radę Najwyższą, gdzie celująco zdał egzamin z wiary.