Bez słów

Jak ja dawno tego nie robiłem! Nie robiliśmy. – Westchnął w duchu Z. – To już trzeci dzień, trzeci wieczór, jak wróciłem z tej swojej zmiany, a E. myśli, że w jakimś natchnieniu tu siedzę. Jakim tam natchnieniu. Ja się otrząsnąć nie mogę… No i odezwać, kurka wodna.

Z. westchnął raz jeszcze, podniósł głowę, dotąd wspartą na dłoni, podrapał się po łysinie i wziął do ręki kielich, gdzie na dnie czerwieniła się jeszcze resztka wina. 

– No, już koniec, stary – rzuciła E., siedząca naprzeciw. Ciemne wnętrze rozświetlała tylko jedna świeca. – W odpowiedzi Z. rzucił jej tylko tajemnicze spojrzenie, mogące znaczyć oburzenie (- jaki „stary”??) albo – równie dobrze – rezygnację. Albo coś jeszcze.

– No już dobrze, przecież to tak pieszczotliwie… – Uśmiechnęła się do Z. I dodała po zastanowieniu: – Wiesz, nawet mi się to trochę podoba, że tak nic nie mówisz. Przynajmniej wydaje mi się, że uważniej słuchasz. – Zachichotała. – Ale może… – E. nagle poderwała się na nogi w tempie dość zaskakującym jak na starszą panią.

Po chwili z wyraźnym zadowoleniem (z siebie) przyniosła kredę i prędko wynaleziony skądś kawałek deski. – Pisz!

Z. zatkało. To oczywiste, czemu on na to nie wpadł przez tyle dni?! Spojrzał na deskę, na kredę, na E. Znów na deskę i znów na E.

– No co? Pisz. Chociaż będę wiedziała, co myślisz. – Z. uśmiechnął się. Po raz pierwszy tego wieczoru. – A więc to tak… Taka okazja! Jeśli mam kiedykolwiek znów przemówić… Trzeba pomóc przeznaczeniu. Trzeba teraz. – Myślał szybko, jednocześnie powoli biorąc w dłonie przybory. 

Sposobił się do pisania w żółwim tempie – nie dlatego, żeby już tak ze starości. Żywiołu jeszcze mu nie brakło. Ale nagle poczuł się dziwnie. Jak kilkadziesiąt lat temu, w tę pierwszą noc. Trema, niepewność siebie i jej reakcji. Zerknął na E. Już widać było, że się niecierpliwi, ale… czeka, nic nie mówi.

No więc bierze i skrobie po desce. Mimo nierówności materiału – pięknym pismem, wyrobioną do tego inteligencką ręką kapłana. Podaje żonie…

E. wyciągnęła swoją rękę jak po pracę domową dziecka. Dwa wyrazy wpadły w oko w jednej sekundzie, ale zamarła tak, jakby miała do przeczytania pół paraszy.

– Kochajmy się.

W końcu podniosła wzrok na Z. Jego oczy zdradzały to, czego się obawiała: już teraz, zaraz!

* * *

Po tych dniach Elżbieta, jego żona, poczęła i ukrywała się przez pięć miesięcy, mówiąc: – Tak mi uczynił Pan w dniach, kiedy wejrzał na mnie, aby zdjąć moją hańbę w oczach ludzi. (Łk. 1:24-25)

Co kręci młodych

Kiedy byłem aktorem w teatrze studenckim, cieszyłem się, że jestem członkiem młodego, bardzo ambitnego zespołu. Szanowaliśmy się nawzajem, swoje aspiracje i talenty. I mieliśmy przy tym ironiczne powiedzonko „sny o potędze” – taka drobna, koleżeńska uszczypliwość; kpina, że się ten drugi nie nadaje do roli itp. Czy to było wzięte z Tetmajera, czy ze Staffa, nie pamiętam. Ale „sny o potędze” miewają przecież wszyscy młodzi.

To jest właśnie to, co młodych kręci. A ostatnio rozmawiałem z kolegą o służbie w kościele – co ludzi młodych może skłonić do zaangażowania. Kolega mówi: – Na pewno nie myśl, że za dziesięć lat, jeśli dotrwają, będą robić dokładnie to samo. Nie, ale to, co ich pociąga, to wyobrażenie o jakiejś drodze do wielkości. Że to, co robią, będzie wielkie. Jakaś nadzieja na rozwój – wymierny, spektakularny.

Młodzi chcą się sprawdzać i – zgodnie z romantyczną dewizą – mierzyć siły na zamiary (które ich przerastają). Dlatego też chętnie kontestują to, co widzą u starszego pokolenia – konsekwencję, proces, małe kroki, żelazne zasady. Na przykład to, że po każdym połowie – udanym, czy nie – należy sieci rozplątać, rozwiesić i wysuszyć. Żmudne to, nudne, powtarzalne. No i ciągle te ryby i ryby. Żeby chociaż było z tego dużo hajsu! Ojciec każe, to robimy w tym rodzinnym interesie.

I nagle przychodzi Jezus: „hej, chłopaki, chodźcie! Zostawcie te ryby. Ja z was zrobię rybaków ludzi!” Dosłownie:

Pójdźcie za mną, a zrobię was rybakami ludzi! A oni [bracia: Szymon-Piotr i Andrzej] natychmiast porzucili sieci i poszli za nim. (Mat. 4:19-20, BW)

Poszli jak w dym. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nie dali się prosić. Nawet więcej! Oni całym sercem na coś takiego czekali! To były ich sny o potędze. To się potwierdza później, kiedy jest napisane, że się kłócili, który z nich – uczniów Jezusa – będzie największy. Albo kiedy Piotr mówi: „Panie, oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy za tobą, i co z tego będziemy mieć?” Albo gdy Jan i Jakub proponowali spalić wioskę, która nie chciała ich przyjąć. Albo gdy chcieli usiąść po lewicy i prawicy Jezusa, w Jego chwale.

Poświęcenie? Tak… Posłuszeństwo? Czemu nie. Ale jednocześnie… wielkość, moc, splendor! Ta sama młodzieńcza gorliwość biła też z Judasza, który nie pojmując misji Jezusa, wciąż oczekiwał, że Ten lada moment okaże się politycznym i militarnym wodzem odrodzonego, niepodległego państwa Izrael. Po dwóch tysiącleciach nadal się tego nie doczekaliśmy.

Ale Bóg te młodzieńcze zapędy szanuje. Wprost jest napisane, że „chlubą młodzieńców jest ich siła” (Przyp. 20:29, BW). Łowisz ryby? Będziesz łowił ludzi! Lubisz tańczyć? Będziesz tańczyć z aniołami! Piszesz na papierze? Będziesz pisał na ludzkich sercach! Uważasz, że masz fajne życie? Ja dopiero zrobię ci niezłą jazdę bez trzymanki!

Bóg wybiera wkurzonych

Jeśli jesteś uparty jak ja i zdarzało ci się uczucie, że przyjęcie nagany cię przerasta, i złośliwie obstawałeś przy swoim, to… dobrze trafiłeś – ten tekst (dziś trochę dłuższy) jest właśnie dla ciebie.

A może przeciwnie, starasz się być w porządku wobec wszystkich – ludzi i Boga – i czasami zdaje się, jakby nikogo to nie obchodziło? I znosisz fakt, że jest po prostu porażka i bida z nędzą, i… to jest strasznie wkurzające, żeby gorzej nie powiedzieć. Jeśli tak, to również dobrze trafiłeś – ten tekst jest dla ciebie. Bo tak naprawdę mogę być jednym i drugim typem człowieka – zależy od mojej decyzji.

Księga Sędziów zaczyna się od opowieści, jak Izrael zamieszkał w swojej Ziemi Obiecanej, nie wypędził wszystkich jej mieszkańców, jak miał przykazane – nie zdołał albo nie chciał – i między innymi z tego powodu szybko odwrócił się od Boga. Odwrócił się, to znaczy zaczął sobie żyć swoimi sprawami, na kocią łapę, zapoominając, że coś trzeba, a czegoś nie wolno i że są jakieś świętości, których szargać się nie godzi i… nie warto po prostu.

I Bóg to wszystko widzi, gniewa się i z bólem serca postanawia dać nauczkę. Napadają na Izrael narody, które jeszcze nie tak dawno… uciekały. A jeden z tych narodów rozbisurmanił się wyjątkowo. Najeżdżał, wyjadał wszystko do cna, tak że „Izrael bardzo zbiedniał” (6:6).

I oto jest sobie pewien Żyd, który jak wszyscy jego bracia klepie biedę. I tę biedę klepie dosłownie.  Siedzi w jakiejś ciemnej norze, brudny, spocony, głodny i klepie cepem o klepisko, młóci jakieś nędzne resztki tego, co się udało zebrać przed albo po Midianitach. Po tych psach okrutnych. Bolą go plecy, to się prostuje. Walnął się w głowę. – Aj! Te ohydne pieczary, jamy, do cholery! Kiedy to się skończy?! – Spluwa z obrzydzeniem i pasją, i znów: klep! klep! klep! I w tedy przychodzi jakiś facet i mówi:

— Wiekuisty z tobą, dzielny rycerzu! – A Gideon mu odpowiedział:
— Przepraszam, mój panie! Czyżby Wiekuisty był rzeczywiście z nami? Czemu więc, to wszystko nas spotkało? I gdzie są wszystkie Jego cuda, o których nam opowiadali nasi ojcowie, mówiąc: „Czy nie Wiekuisty wyprowadził nas z Micraim?” A teraz Wiekuisty nas porzucił oraz podał nas w ręce Midjanitów. – Wtedy Wiekuisty zwrócił się do niego, mówiąc:
— Idź z tą twoją mocą, a wybawisz Israela z ręki Midjanitów. Zaprawdę, Ja cię posyłam! – Zatem Mu odpowiedział:
— Przepraszam, Panie! Czym mam wyratować Israela? Przecież mój ród jest najsłabszy w pokoleniu Menasze, a ja najmniej znaczny w domu mojego ojca. (12:15, NBG)

Jest coś, za co nie można nie kochać Gedeona – to jego prostolinijność i szczerość. Mówię o tym samym, co widać u Natanaela, który dziwi się na wieść o Jezusie-Mesjaszu: „Czy z Nazaretu może być coś dobrego?” (Jan. 1:46, BW) Jezus się nie obraża, ale komentuje z uznaniem: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma fałszu”. (47) W całej historii Gedeona to się tylko potwierdza, polecam! (Sędz. 6-8)

Ta cecha Gedeona była, jak sądzę, decydująca. Ta szczerość i pewien rodzaj zdrowej frustracji sprawiły, że został wybrany przez Boga na generała, na wybawcę Izraela. Te cechy sprawiły, że nie zawahał się, gdy przychodziły trudne momenty i… rozkazy. Tak, bywało, że zwlekał i prosił o potwierdzenie. Tak, bał się. Ale się nie wycofał. Wiedział, jaka jest stawka. Brzydził się tą niewolą i jej przyczyną – bałwochwalstwem.

Był wkurzony po prostu. Jeśli został wybrany przez Boga, musiał odznaczać się też jakąś dozą świętości, sprawiedliwego postępowania. Ale jak każdy bohater biblijny nie był bez wad, co czyni go postacią tym bardziej interesującą i łatwą do utożsamienia się. A propos utożsamienia; jaki ja mam stosunek do rzeczywistości i smutnych faktów? Czy w ogóle je zauważam? Traktuję jak przeszkodę, czy raczej okazję do spełnionego życia? Do tego, by zostać „wybawicielem”, skoro tylko nadarzy się okazja?

Najlepsza mowa bitewna: spocznij!

Mowy bitewne zawierają zwykle podobne elementy: cel bitwy i nadzieja, znieważenie przeciwnika i przypomnienie zaznanych krzywd, zapewnienie o własnej sile na przegnanie lęku. Ale namawianie do opuszczenia pola bitwy? To niebywałe!

Tymczasem taki właśnie przepis na udaną mowę bitewną daje Mojżesz. Mowę kapłana, która spodoba się Bogu w dniu walki, kiedy Izraela zaatakują jego sąsiedzi, obce narody, by zagarnąć jego ziemię. Kiedy Izrael podchodzi do bitwy, kwestię liczebności „kto tu jest większy i silniejszy” powinien mieć już załatwioną. Mojżesz poucza, uprzedzając te emocje:

nie bój się ich, gdyż jest z tobą Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej (5 Moj. 20:1, BW)

Potem wypowiada wzorcową mowę bitewną, zaczynając od standardowego „ruszacie do walki, nie bójcie się”. Następnie oficerowie mają zwracać się do swoich oddziałów (żeby każdy usłyszał):

Jeżeli ktoś z was zbudował nowy dom, a jeszcze w nim nie mieszkał, niech wróci (…).
I jeżeli ktoś zasadził winnicę, a jeszcze z niej nie korzystał, niech idzie z powrotem (…).
A jeżeli ktoś zaręczył się z kobietą, a jeszcze jej nie pojął, niech idzie z powrotem (…).
Jeżeli ktoś jest bojaźliwy i lękliwego serca, niech idzie z powrotem do swego domu, niechaj nie osłabia serca swoich braci jak swoje. (5-8)

Podsumowując; jeśli myślisz o czymś innym niż ta bitwa, nie potępiamy cię, ale też nie potrzebujemy! Jeśli się boisz, nie chcemy cię tu widzieć! Odmaszerować!

I, jak można się domyślić, w ten sposób dowódcy przetrzebili własną armię, jeszcze zanim ruszyli do boju. Ładna to mowa bitewna, która osłabia wojsko, co? A może wcale nie osłabia? Boża logika bywa zaskakująca. Zaskakująco poprawna i trafna. Ponieważ Bóg widzi więcej. Tak jak z wojska Gedeona, liczącego 32 tysięcy zbrojnych, odprawił tylu, że zostało 10 tysięcy. A z tych 10 tysięcy znów, że zostało… 300. Słownie: trzystu. Tak, dokładnie tylu, co Spartan w Termopilach (jeśli wierzyć legendzie tak, jak Biblii). Jak to się skończyło, poczytajcie w Ks.Sędziów (r.7).

A jak mam to wszystko rozumieć dla siebie, dzisiaj? Nie walczę przecież w polu z karabinem. Mamy czas pokoju. Walczę jednak o coś, co jest synonimem obietnicy. Każdy odpowiada na pytanie: czym jest moja „Ziemia Obiecana”? Nie musi być pisemnie. Może muszę ją zdobyć, a może obronić. Coś, co wyżywi mnie i rodzinę – to moje powołanie, moja pasja.

Trzeba walczyć, bo zjawiają się przeciwnicy, przeciwności. Wziąć się do kupy i… co, boję się? Za małe zaplecze, tak. Ale zrobię na przekór: pozbędę się trochę. Zostawię sobie… jakieś minimum. Jeśli cokolwiek mnie odciąga od bitwy, osłabia serce lękiem, muszę się tego pozbyć.

Miłość? Nic na siłę

Jednym z najgorętszych sporów, jaki przecina i dzieli chrześcijan jest: prawo vs. łaska. Ewangelia przykazań czy miłosierdzia? Czy można mówić w kółko „Bóg jest miłością”, „Bóg cię kocha”? Gdzie prawda i kto ma rację?

Oczywiście, że Bóg jest miłością. A jak ta miłość wygląda w Torze? Po pierwsze, Bóg postanowił wyrwać z niewoli egipskiej Izrael, kiedy co? Na co czekał i dlaczego aż czterysta lat? Przez płonący krzew powiedział Mojżeszowi i wyjaśnił:

Teraz oto krzyk synów izraelskich dotarł do mnie. Widziałem także udrękę, którą Egipcjanie ich dręczą. Przeto teraz idź! Posyłam cię do faraona. Wyprowadź lud mój, synów izraelskich, z Egiptu. (2 Moj. 3:9-10, BW)

„Słyszałem krzyk” – mówi. Bóg odpowiedział na krzyk Izraela. I dzisiaj odpowiada na mój krzyk. I twój krzyk. Nie odpowiada na milczenie. Nic na siłę. Jest miłością. Ale potrafi być miłością czekającą na krzyk. Ofiara i zwycięstwo Jezusa nad śmiercią stało się faktem i jest wyrazem miłości… czekającej na krzyk człowieka zmęczonego i cierpiącego. Jest to pewien warunek, czyż nie? Nie potrzebują zdrowi lekarza…

Potem, w historii wyjścia Izraela z Egiptu, miłość Boga wyrażała się nie tylko w cudownym zaopatrzeniu, ale też wielokrotnym przebaczeniu. Na koniec czytania o wędrówce Izraela przez pustynię wynotowałem sobie najtrudniejsze momenty, to jest te, w których lud narzekał i buntował się. Reakcja Boga była twarda. Ale było też miejsce na wstawiennictwo, skruchę i przebłaganie, a wreszcie litość i przebaczenie.

Polecam zajrzeć, jak to było dokładnie: 2 Moj. 14:11, 15:24, 16:2, 17:3, 32:1. 4 Moj. 11:1, 12:1, 13:32, 14:2, 14:44, 16:2, 17:6, 20:3, 21:5, 25:3. – To są fragmenty, które można nazwać czarnymi kartami w historii Izraela. Lud był nieufny w pragnieniu i głodzie, wyniosły i zazdrosny o Mojżesza, niecierpliwy (złoty cielec).

Wobec tego rodzi się we mnie pytanie: czy Bóg mógłby reagować tak twardo na moje oznaki buntu, nieufności, narzekania, niecierpliwości i bałwochwalstwa? Czemu nie? Czy potrafię przełknąć gorzką pigułkę i przyznać Ojcu rację, licząc w pokorze na Jego przychylność? Czy potrafię przepraszać i wracać do Niego, oczekując miłości, ale porzucając daleko swoje przekonania? Uznać błąd, pogrzebać pychę, żeby zyskać jedno: miłość, to jest Tatę.

Kreatywność z nieba

Sądzę, że nie bez kozery mówi się o artystach, że mają w sobie iskrę bożą. Geniusz kreatywności bierze się właśnie z góry. Tak przynajmniej można wnioskować z Ewangelii.

Co to znaczy „być kreatywnym”? To znaczy myśleć i działać nieszablonowo, odważnie i śmiało, ryzykownie, spontanicznie, czasem niedoskonale, w poprzek, w bok, prowokacyjnie, zaskakująco, kontrowersyjnie. Żeby wymyśleć coś nowego, trzeba próbować wiele razy. Trzeba mieć styl bycia „pod włos” obyczajom, porządkom, systemom i procedurom. Nie z miłości do buntu, ale z oddania dla większej sprawy.

W pierwszym rozdziale Ewangelii Marka widzę ciekawy zwrot akcji. Oto Jezus, po chrzcie i kuszeniu na pustyni, po powołaniu pierwszych uczniów (jakże łatwo!) i – można rzec – pierwszych sukcesach misyjnych w Galilei, siedzi w swoim mieście, Kafarnaum – naucza, uzdrawia i wygania złe duchy z ludzi. Schodzą się do niego tłumnie z całej okolicy. Prostym rozwiązaniem byłoby jakoś rozbudować służbę; wynająć budynek, załatwić jakieś noclegi, jedzenie, stworzyć takie małe sanktuarium…

Ale tak się oczywiście nie dzieje. „Oczywiście” – dla nas, którzy znamy ciąg dalszy historii. Dla (świeżych) uczniów Jezusa mogło to być zaskakujące. Byli przygotowani na kolejny dzień służby porządkowej oraz ekscytujących cudów dokonywanych przez Mistrza.

Całe miasto zgromadziło się u drzwi. I uzdrowił wielu, których trapiły przeróżne choroby, i wypędził wiele demonów (…) A wczesnym rankiem, przed świtem, wstał, wyszedł i udał się na puste miejsce, i tam się modlił. Szymon zaś i ci, co z nim byli, pośpieszyli za nim. A gdy go znaleźli, rzekli do niego: „wszyscy szukają cię”. I rzekł im: „Pójdźmy gdzie indziej, do pobliskich osiedli, abym i tam kazał, bo po to przyszedłem”. Poszedł więc i kazał w ich synagogach po całej Galilei, i wypędzał demony. (Mar. 1:33-39, BW)

Jezus, chodząc po Galilei (i nie tylko) robił z grubsza to samo; mówił o Królestwie i uwalniał ludzi od chorób i demonów. To była jego misja. Czy mógł to robić, siedząc przez trzy lata w Kafarnaum? Mógł. Przecież przychodziliby i przynosiliby mu chorych i potrzebujących. Ale jego Ojciec oczekiwał nieco więcej, żeby… trochę się ruszył. Taki niuans.

Gdyby Jezus nie przechodził przez Jerycho, pewnie nie znalibyśmy historii o Zacheuszu, wdrapującym się na drzewo. Ani o Samarytance przy studni. I wielu innych… Wyjście z miejsca pierwszych sukcesów może się wydawać marnotrawstwem potencjału. A jednak jest potrzebne. Nigdy nie wiadomo, jaka okazja czeka za rogiem. Co przyniesie mi następny dzień, kim się okaże napotkany człowiek? Jezus podjął ryzyko, wyruszył. I najważniejsze: zrobił to tuż po modlitwie.

Powołanie na balkonie

Na podstawie Drugiej Księgi Mojżeszowej (Exodus), rozdział 3.

Tego dnia wiatr gnał przez miasto i szarpał wszystko, co napotkał na drodze. Drzewa uginały się wyjątkowo nisko, niektórzy przechodnie przytrzymywali czapki, a uliczny kurz i smog mieszały się, utrudniając oddychanie. Gdyby nie żółte i czerwone liście, wirujące tu i ówdzie, można by pomyśleć, że to jakieś północnoafrykańskie miasto, do którego wiatr znowu nawiał syfu z pustyni.

Atramentowa drukarka, bzycząc i szurając, wolno opluwała arkusz tekstem. Modest czekał z wyciągniętą ręką. Westchnął zniecierpliwiony i wreszcie wyciągnął kartkę. Zdjął okulary, przetarł dłonią łysiejącą głowę i zaczął czytać, jakby chciał sprawdzić, czy w tych kilku zdaniach się nie pomylił, czy to ma sens. – Pomyłka? Przecież nie językowa, raczej życiowa… – Ironicznie powiedział sam do siebie. (więcej…)

Józef – lider z bożej łaski

Ostatni wpis poświęcony mojej lekturze Biblii „od deski do deski” to „Usuńcie obcych” z 10 czerwca. A teraz kolejny, który również dotyczy Jakuba-Izraela, ale w sposób szczególny.

Bo oto czytając Księgę Rodzaju (1 Moj.), dotarłem do miejsca, gdzie definitywnie kończy się historia Izaaka i jego starszego syna – Ezawa. Pozostaje sam Jakub – w roli patriarchy, nestora. I pierwsze ciekawe spostrzeżenie, że napisano: „A oto dzieje rodu Jakuba: Gdy Józef miał…” (1 Moj. 37:2). Józef – najmłodszy z dwunastu synów – okazuje się być postacią kluczową, centralną dla dalszej narracji!

Na ogół czyta się historię Józefa do końca i dopiero wyciąga wnioski. Ja uznałem, że już z pierwszego rozdziału (1 Moj. 37) można wyciągnąć coś cennego, czegoś się dowiedzieć o tym człowieku, jakoś zidentyfikować z nim, nauczyć na jego przykładzie. Podkreśliłem sobie kilka zdań, charakteryzujących Józefa i zaraz znalazłem wspólny mianownik:

pasał trzodę z braćmi swymi (…) i donosił Józef ojcu ich, co o nich mówiono złego (2)

– osobliwość: pasał i donosił. Pracował przy trzodzie, ale skupiał się na czymś innym. Możemy się domyślać jego motywów: był kapusiem? A może chciał tylko obnażać słabości, powodowany chęcią poprawy całej rodziny? Na pewno wiadomo, że

Izrael kochał Józefa najbardziej (3)

A zatem Józef miał solidne podstawy, by czuć się wyróżniony, by poczuwać się do roli LIDERA. Ale jak wiadomo, w takich sytuacjach łatwo o zazdrość. I rzeczywiście, pozostali bracia z zazdrości

nienawidzili go (4)

To nie koniec! Napisano dalej, że

miał Józef sen (5)

(a nawet wiele snów proroczych i interpretacji, jak wiemy z kontekstu), a zatem był osobą obdarzoną przez Boga zdolnością widzenia i przewidywania – czyż to nie pasuje do lidera? W dodatku sen dotyczył właśnie odgrywania roli przywódcy, autorytetu, co potwierdzają słowa braci:

czy chciałbyś naprawdę królować nad nami? (8)

Także ojciec z czasem zaczął powierzać Józefowi zadania nadzorcy (zgodnie z predyspozycjami? przeznaczeniem? powołaniem?):

Idź więc i zobacz, jak się mają bracia twoi i co się dzieje z trzodą (14)

Tylko że nawet nadanie roli lidera przez wyższy autorytet, nie gwarantuje sukcesu, tzn. tego, że inni cię uznają. Tak było z Józefem, z którego bracia złowieszczo drwili:

idzie ów mistrz od snów (19)

Nie tylko go nie uznali, ale nawet postanowili zabić, a ostatecznie

wyciągnęli Józefa ze studni na górę i sprzedali Ismaelitom (28)

A ojcu skutecznie zasugerowali, że syna stracił bezpowrotnie, pokazując mu szatę zbroczoną w koziej krwi.

Znaleźliśmy to! Rozpoznajże, czy to szata syna twego (32)

Mniej istotne jest, czy i jak pozbyli się „problemu”. Bardziej mnie interesuje, co czuł Józef. W dalszych rozdziałach potwierdza się, że był powołany do bycia liderem (jak każdy z nas, w pewnym sensie). Wiedział o tym, ale los, jaki go spotkał, zaprzeczał temu w najbardziej jaskrawy i bolesny sposób, jaki można sobie wyobrazić: niezrozumiany, wykpiony, odrzucony, znienawidzony, fizycznie zraniony i sprzedany. Kim teraz się stał? Niewolnik-lider – śmiechu warte!

Diabeł zawsze uderzy cię w to miejsce, które ma się okazać twoją najsilniejszą stroną. Uderzy cię, zanim jeszcze zdążysz dojrzeć do swojej roli. A może tak właśnie wygląda dojrzewanie? Na szczęście możemy liczyć na bożą łaskę – taką, jaka była nad Józefem.

Wkładam całe serce

Pewnego pięknego, powszedniego dnia otworzyłem Biblię, jak to się mówi, na pałę i co przeczytałem? Rzecz arcyzachęcającą i intrygującą jednocześnie:

W każde dzieło, którego się podjął, czy to w służbie dla świątyni Bożej, czy też zakonu i przykazań, aby szukano swego Boga, wkładał całe swoje serce, toteż szczęściło mu się. (II Krn. 31:21)

To o Hiskiaszu – królu judzkim. Najpierw rodzi się ciekawość: a jak mu się szczęściło? Materialnie? Oj, tak. Facet był bardzo bogaty i sławny.

Zbudował sobie skarbce na srebro i złoto, i drogie kamienie, na wonności, na tarcze i na wszelkie kosztowne przybory, także składy na płody rolne, zboże, moszcz, oliwę, obory dla wszelkich gatunków bydła, opłotki dla trzód. Nabył dla siebie liczne stada owiec i bydła, gdyż Bóg obdarzył go bardzo wielkim majątkiem. (II Krn. 32:27-28)

Ten majątek był tak wielki, że gdy pokazał go w całości posłom babilońskim, to według przepowiedni Izajasza (II Król. 20:16-) poskutkowało to tym, że Babilon najechał Królestwo Judy i ograbił je doszczętnie (po śmierci Hiskiasza). A wracając do pozytywów: Bóg uleczył go ze śmiertelnej choroby (II Król. 20:1-11, II Krn. 32:24). Napisane jest też (II Krn. 32:30b), że „W KAŻDYM przedsięwzięciu WIODŁO SIĘ Hiskiaszowi”. Można jeszcze dodać, że objął tron w wieku 25 lat i panował przez lat 29. Niewątpliwie był niezwykłym człowiekiem i władcą. Napisano o nim:

Na Panu, Bogu Izraela, polegał, tak że nie było po nim takiego jak on w gronie wszystkich królów judzkich, ani w gronie jego poprzedników. (II Król. 18:5).

Czy już zazdrościcie Hiskiaszowi? Bo ja tak. Pozostaje drugie pytanie: co mam zrobić, żeby mi też się tak szczęściło? Rzecz jest niby prosta: mam wkładać całe serce w każde dzieło, którego się podejmę. Ale nie każde dzieło jest błogosławione. A jakiego dzieła podejmował się Hiskiasz? Dociekliwych odsyłam do dziejów Hiskiasza (II Król. 18-20 oraz II Krn. 28-32). A w skrócie, po oględnym zapoznaniu się z jego żywotem mogę stwierdzić, że wszystko, co zrobił, streszczało się w tych czterech słowach, to był cel nadrzędny: „aby szukano swego Boga”.

Hiskiasz wykorzystał cały swój potencjał – przyrodzony i nabyty, cały autorytet i możliwości, aby Żydzi odnowili swoją relację z Bogiem, aby znów zaczęli Go szukać po wielu złych latach galopującego bałwochwalstwa. Myślę, że jest to ogólne i uniwersalne powołanie dla każdego człowieka: tam, gdzie jestem i to, kim jestem i co posiadam, wykorzystać do tego, by szukać Boga i by inni szukali Boga. A (przy okazji) będzie mi się szczęścić.

Wiara jest dla mięczaków

Zrobiłem dziś coś, czego robić się nie powinno: zacząłem czytać Pismo Święte z zamiarem udowodnienia z góry założonej tezy. Ale osądźcie sami: czy nie mam racji, że chrześcijaństwo jest dla mięczaków?

Dla słabeuszy jest taka wiara w Boga, który daje nadzieję na brak cierpienia, wolność od lęku przed nicością. Bo przecież taki gieroj, który nie chce okazać słabości, nie przejmuje się ciosami, ranami i w ogóle obcy mu Weltschmerz, ból świata – to dobre dla rozedrganych młodzików, typu Werter.

Zapędziłem się z tą ironią. A chciałem o Mojżeszu. Jemu, jak się zdaje, też doskwierał taki ból, uwierała go świadomość, że, łagodnie rzecz ujmując, „źle się dzieje na tym świecie”. Najpierw się wkurzył, że „biją naszych” – to zrozumiałe. I zabił oprawcę – Egipcjanina. Potem się wkurzył, że „nasi” biją się między sobą. Ułomkiem nie był, więc znów chciał zrobić z tym porządek, ale skończyło się… marnie:

A ten (napastnik – przyp. JPZ) mu odpowiedział: Któż cię ustanowił naszym przełożonym i rozjemcą? Czy chcesz mię zabić, jak zabiłeś Egipcjanina? Przeląkł się Mojżesz i pomyślał: – Z całą pewnością sprawa się ujawniła. – Także faraon usłyszał o tej sprawie i usiłował stracić Mojżesza. Uciekł więc Mojżesz przed faraonem i udał się do kraju Madian, i zatrzymał się tam przy studni. (Wj 2:14-15, BT)

Dowodów na to, że Mojżesz „chciał dobrze, a wyszło jak zwykle”, jest na kartach Biblii jeszcze więcej. Mimo to stał się bohaterem narodowym, bohaterem wiary i, przy okazji, bohaterem literackim – jak najbardziej pozytywnym. A jak to się zaczęło? Bóg powiedział:

– Teraz oto doszło wołanie Izraelitów do Mnie, bo też naocznie przekonałem się o cierpieniach, jakie im zadają Egipcjanie. Idź przeto teraz, oto posyłam cię do faraona, i wyprowadź mój lud, Izraelitów, z Egiptu. – A Mojżesz odrzekł Bogu: – Kimże jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu? – A On powiedział: – Ja będę z tobą. (Wj 3:9-12, BT)

Wyraźnie widać, że Mojżesz w międzyczasie spokorniał, zmiękł (został mięczakiem?). Siedział u teścia Jetry, w ziemi Madianitów przez „długi czas” albo czterdzieści lat w roli pasterza, pastucha (co za degradacja z księcia). Jak dalece wątpił w to, że cokolwiek może zdziałać, można przeczytać w rozdziale czwartym Księgi Wyjścia. A jednak Bóg uparł się, że to właśnie on ma wyprowadzić Izrael na wolność, ku Ziemi Obiecanej.

I tak sobie myślę, zmierzając do puenty, że każdy z nas jest takim Mojżeszem. Mija czterdzieści lat życia w „Egipcie” i wtedy człowiek dochodzi do kresu swojej wiary w siebie i mięknie. A Bóg jakby na to tylko czeka (może czasem krócej niż lat czterdzieści, mam nadzieję), bo nie potrzebuje ode mnie ani heroizmu, ani użalania się nad sobą, ale po prostu posłuszeństwa.