Zmiana, której nie ma

Trudno, o coś bardziej żałosnego niż faryzeizm, religijność, która odbiera radość życia, a chybia celu. Trudno o kogoś bardziej godnego pożałowania, niż wierzący-niepraktykujący, który przyjmuje etyczny kodeks po to tylko, by się potępiać. Pielęgnuje ideały nie żeby do nich dążyć, ale by osądzać siebie i wszystkich wokół, jak bardzo odstają.

Trudno o coś bardziej bezużytecznego, niż zwietrzała sól. Ani smaku, ani konserwacji. Myślałem o tym: czy sól może zwietrzeć? – Bardzo praktycznie, bo mam w pracy trochę soli, która już długo stoi. Pogooglałem na ten temat. Okazuje się, że nie, nie zwietrzeje, zwłaszcza taka zwykła ze sklepu, oczyszczona. Ale przecież Jezus mówi: 

Wy jesteście solą ziemi; lecz jeśli sól zwietrzeje, czym ją posolą? Na nic się już nie przyda, tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. (Mat. 5:13, PUBG)

Wówczas sól pozyskiwana z morza i używana w kuchni zawierała sporo „dodatków” – minerałów i substancji wchodzących w reakcje z NaCl i z czasem prowadzących do zmniejszenia ilości „soli w soli”. – To wyjaśnienie mnie uspokoiło (sól mi się nie zepsuje). Ale jednocześnie dało do myślenia.

Przecież ja jestem solą z domieszkami. No, co zrobić, zmierzam do świętości, wciąż muszę się nawracać i wciąż wyrzekać się domieszek tego świata, przez które „wietrzeję”, robię się bezużyteczny; wyrzekać: niewdzięczności, egoizmu, niewiary, obojętności… Nabierając tych cech, zbliżam się lub osiągam ten żałosny stan „zmiany, której nie ma”.

Samo się nie zbawi

Uwaga, moi ewangeliczni bracia i siostry, będę ocierał się o herezję. No bo jak można kwestionować niezbywalne prawo wstępu do nieba nabyte przez nowe narodziny? No jak? Nie wiem, ale Ezechiel pisze w imieniu Boga tak:

Odrzućcie od siebie wszystkie wasze występki, którymi wykroczyliście, a uczyńcie sobie nowe serce oraz nowego ducha. Dlaczego macie ginąć, domu Israela? Nie pragnę śmierci tego, co umiera – mówi Pan, Wiekuisty. Nawróćcie się i żyjcie! (Ezech. 18:31-32, NBG)

To ciekawe, po pierwsze dlatego, że jest skierowane do Wybranych, czyli jakby do ciebie i do mnie też. Czyli wisi nad nami groźba śmierci? A jednak? A czemu nie? Po drugie, dobra wiadomość jest taka, że Bóg, cokolwiek bym (złego) robił, tej śmierci sobie nie życzy. Nie czeka z utęsknieniem, aż ślepy wlezie w dziurę, wpadnie w dół i skręci kark. Ale woła: stój, zawróć!

Trzecia rzecz ciekawa: jak to ma być, że zawrócę? Czego potrzebuję ja – ślepy? Odnowionego umysłu, serca. Każdego dnia. Mam sobie to serce sprawić, odnowić, wymienić, obrzezać sam? Czy to Bóg zrobi? I tak, i tak. No proszę! Polecam wyszukać „serce” i postudiować Biblię. Naprawdę: raz Bóg mówi „zrób to sam”, a innym razem „zrobię to Ja”.

Bo tu nie ma miejsca na dogmaty i paradygmaty. Ja robię krok, Bóg dodaje sił i łaski. Zwracam uwagę na „ROBIĘ”. Bo jak pisze Jakub, „jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa” (Jak. 2:16 PUBG). Tu znowu: szok! Fizyczny uczynek jest czymś bardziej duchowym niż siedząca w mózgu wiara!

Kochani, na miłość boską, trzeba nam choćby kiwnąć palcem! Samo się nie zbawi!

Nie ma co czekać

…trzeba uciekać – myśli „Małpa w kąpieli” z wiersza Fredry. Tak uciekam od swojej złej przeszłości. Nie chcę popełniać częstego błędu pt. „nie jestem jeszcze gotowy, muszę być lepszy, by przyjść do Boga”.

Prawda jest taka, że nigdy nie będę dostatecznie przygotowany. Trochę bardziej, czy mniej poukładane życie – jakie to ma znaczenie? Czy przepaść ma jeden metr głębokości mniej czy więcej – nie robi różnicy; nadal pozostaje przepaścią. A jednak Bóg przerzuca mosty swojej łaski. Jeśli robił to przed nadejściem Mesjasza, to o ileż bardziej teraz!

Przykład? Proszę bardzo. Mamy czasy króla Hiskiasza, który postanowił nawrócić się sam i cały Izrael do ich Boga. Naprawił Świątynię, przywrócił służbę kapłanów i zarządził obchody Paschy – pierwsze po wielu, wielu latach bałwochwalstwa i zapomnienia o świętach Pana. W związku z tym lud właściwie nie był do tego przygotowany, inaczej mówiąc, pozostawał rytualnie nieczysty z różnych powodów.

Większa bowiem część ludu (…) nie oczyściła się i jadła Paschę niezgodnie z przepisami. Dlatego Hiskiasz modlił się za nich tymi słowy: – Panie, który jesteś dobry, racz odpuścić każdemu, kto swoje serce skłania do szukania Boga, Pana, Boga swoich ojców, choć nie jest tak czysty, jak należy, aby obcować z tym, co święte. – I wysłuchał Pan Hiskiasza i zachował lud. (II Krn. 30:17-20, BW)

Przygotowania do Paschy były robione w szczerości serca, z autentycznym pragnieniem skruchy, nawrócenia się. Towarzyszył temu pośpiech, nieuwaga i u większości ludu brak doświadczenia – które jednak, jak się okazało, nie były dla Boga przeszkodą w przyjęciu ogromnej ilości ofiar.

Widzę w tym bardzo zachęcający obraz Ojca, który zważa najpierw na serce, potem na sposób zwracania się do Niego dzieci. Nie mówię, że to drugie jest bez znaczenia. Napisano (22), że Lewici „wykazali się dobrą znajomością służby dla Pana”. Ale kluczowe było i jest, i będzie… serce. Jeżeli tylko chcę przyjść do Boga, On da się znaleźć, zobaczyć, spotkać, przytulić.

Grunt mi się sypie

Czytam przestrogi proroków o zniszczeniu Jerozolimy. Czytam księgi historyczne o odstępstwie królów i bezpośrednich skutkach: wojennej pożodze. Odzywa się we mnie polaczek-chytrusek: po co od razu niszczyć, Panie Boże?

Szkoda, szkoda tego złota, tego rękodzieła, tych murów i stropów. Czyż to nie piękne? Dlaczego tyle razy pozwalałeś na ograbianie Izraela z jego skarbów? Dlaczego judzcy królowie musieli płacić okupy, ogałacając świątynię? Nie prościej było uśmiercić tego i owego? Tych najbardziej występnych. Przykładnie, żeby inni się opamiętali. Żal, no żal tych bogactw! Zostałyby dla potomnych. Zabytki, dzieła sztuki. To się szanuje, Panie Boże, UNESCO itd. A Ty co na to powiesz?

…dlatego uczynię temu Domowi, nad którym mianowane jest Moje imię, na którym polegacie oraz temu miejscu, które wam oddałem i waszym ojcom, jak uczyniłem Szylo (Jer. 7:14, NBG)

Szylo (lub Szilo) – starożytne miasto, gdzie przez jakiś czas stał namiot spotkania wraz z Arką Przymierza, zostało doszczętnie zniszczone. Ten sam los miał spotkać Jerozolimę i wzgórze świątynne. I to wszystko za przyzwoleniem Boga, ba! Z Jego inicjatywy. Jako obiekt architektury sakralnej i miejsce identyfikacji narodowej być może stanowił podobny cel dla wrogów Izraela, jak Warszawa dla hitlerowskich Niemiec.

Ale to wszystko ma nie tylko wymiar historyczny. Może być czytane osobiście. Kiedy grunt mi się sypie pod nogami, to raczej nie jest czas na pośpieszne zgarnianie tego barłogu, żeby uratować, co popadnie. Kiedy się pali, to nie czas na kontemplowanie, co ma dla mnie szczególną wartość. Trzeba uciekać! Że to było ważne, cenne – no trudno! Patrzę, jak się wali, płonie, rozpada… I to jest czas na pokutę, a nie żal za utraconym.

Jeśli Bóg mógł przywrócić i pomnożyć bogactwo Hioba, to może to samo zrobić dla mnie. Ale jeśli polegam na tym bogactwie, ufam, że jest ono znakiem Bożej obecności, a przy tym kłamię, biję, piję i zdradzam, to co lepszego może uczynić Bóg, jeśli nie zburzyć tę katedrę próżności? Bo choć jest piękna, to nie tak cenna jak ja.

Na głodzie

Głód narkotykowy, alkoholowy, pornograficzny, głód gry na komputerze, głód zakupów, słodyczy, głód seksoholika, głód wiedzy „tajemnej” od wróżki, głód pustych religijnych obrzędów, zwany dewocją, głód technologicznych nowinek, głód facebooka, głód dostatku i luksusu, głód ubezpieczenia się na wszelkie sposoby, głód sławy, głód.

Ten ostatni, zwykły głód, który jest, gdy poszczę, czyli nie jem – czy jest zły? A czy ja mówię, że którykolwiek jest zły? Nie… Tylko wyjdzie na złe, jeśli nie mogę mu odmówić.

Są różne kategorie, od czego się uzależniam: np. bez narkotyków mogę i powinienem żyć. Bez alkoholu i luksusów mogę, ale nie muszę. Bez zakupów i seksu mogę, ale… to by było dziwne i raczej nie warto. Bez jedzenia nie mogę, ale warto czasem spróbować.

Warto, by zaostrzyć sobie apetyt, poczuć… inny głód, np. głód sprawiedliwości, głód słuchania Słowa Bożego. Głód Jego obecności, bliskości, intymnego spotkania. Zwłaszcza jeśli jestem tak otumaniony, tak przyzwyczajony, uzależniony, że nie rozumiem, co tracę. Tak, jak to czytam u Ozeasza:

I do niej [mojej nowej żony – byłej prostytutki] powiedziałem: Będziesz tak siedziała przez długi czas, nie zalecając się i nie oddając się nikomu; tak zachowam się i ja wobec ciebie. Bowiem [podobnie] przez długi czas, synowie Israela będą przesiadywać bez króla…, bez posągu… bez domowych bożków. Potem.. się nawrócą, by szukać Wiekuistego, swego Boga… U kresu owych dni popatrzą z przerażeniem w kierunku Wiekuistego oraz ku Jego dobroci. (Oz. 3:3-5, NBG)

Jak niebo a ziemia

Tak mówimy, kiedy chodzi o diametralną różnicę. Ajfon 6 i ten stary samsung to jak niebo a ziemia. Mój stary i nowy szef… – zupełnie inna bajka. Myśli Boga, a myśli nasze – podobnie…

Bo Moje myśli nie są jak wasze myśli, ani wasze drogi jak Moje drogi – mówi Wiekuisty. – O ile niebiosa przewyższają ziemię, o tyle Moje drogi przewyższają wasze, a Moje myśli – wasze myśli. (Iz. 55:8-9, NBG)

Jedno słowo wytłuściłem: „bo”. Bo ten fragment jest poprzedzony wyjaśnieniem: skąd wiadomo, że myśli Boga są tak zupełnie różne od naszych? W czym się objawia ta różnica? Że On jest wszechmocny i wszechwiedzący, a my ograniczeni? Nie, nie o to chodzi. Że On jest Święty i dobry, a my… niezupełnie? Pudło. Bo jest mądrzejszy? Też nie to.

Ale co sprawia, że nas przewyższa? W czym Jego myśli są tak niebotycznie inne, lepsze od naszych – ludzkich? Dobrze, już was nie trzymam dłużej w niepewności:

Niechaj niegodziwy porzuci swoją drogę, a mąż bezprawia swe zamysły. Niech zawróci do Wiekuistego, a ulituję się nad nim; do naszego Boga, gdyż szczodrym jest w odpuszczaniu. (Iz 55:7, NBG)

Dowodem na wyższość myśli Boga nad myślami ludzkimi jest fakt, że On przebacza. My – nie. Nie wchodzę tu w filozofię; co leży lub nie w ludzkiej naturze. Mówię, jak jest w życiu. Nie jestem skłonny do przebaczania. Odpuszczanie win przychodzi mi z wielkim trudem.

Być może dlatego właśnie tak trudno mi wierzyć, że Bóg taki nie jest. On przybliża się do mnie, a jego przebaczenie jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zrobić rachunek sumienia i… powiedzieć: poddaję się. To dlatego czytam:

spełniajcie sprawiedliwość; bowiem bliskie nadejścia jest Me zbawienie i objawi się Moja łaska (Iz. 56:1)

I dlatego Jan Chrzciciel i Jezus nawoływali: „upamiętajcie się, przybliżyło się bowiem Królestwo”. Piękne.

Mówi „lewo”, idzie w prawo

Łatwo się śmiać z człowieka, który nie umie odróżnić lewej od prawej strony. Albo łatwo jest gardzić i potępiać – zależnie od okoliczności.

Czemu o tym piszę? Bo coś takiego właśnie zdarzyło się Jonaszowi. Był posłany przez Boga jako prorok – człowiek z konkretnym słowem do konkretnej grupy – do miasta Niniwy. Było to słowo ostrzeżenia: nadchodzi kara za grzech. Po co? Jonasz dobrze przewidział: żeby mieli szansę nawrócić się.

To właśnie budziło jego sprzeciw i skłoniło do oporu, ucieczki. Miał silne poczucie niesprawiedliwości: dlaczego ci obrzydliwcy mają być wysłuchani przez Boga. Dlaczego cokolwiek dobrego miałoby ich spotkać? Czy nie zasłużyli sobie na potępienie?

Przyznajmy, ileż to razy w codziennym życiu i tym wirtualnym myślimy dokładnie to samo o pewnym człowieku, grupie? – Ten gościu – myślę – nie tylko jest już za głęboko w swoim bagnie, żeby go wyciągać. On wręcz zasługuje na to bagno, żeby się utopił! I będzie na tej ziemi lżej o jednego oszusta, złodzieja, zboczeńca.

Wiedział przecież, co robi! Wiedział i brnął dalej! Wiedział? Czy ja wiem zawsze, co jest za rogiem? Czy ktoś mi dał gwarancję na bezbłędność? Czy ktoś mnie wyleczył na dobre z głupoty? Czy ktoś sprawił, że mam jakiejś specjalne serce, nieprzewrotne? Dziś tak, a jutro inaczej. Ludzkie.

Dlatego właśnie Niniwa – miasto obrzydliwców, bałwochwalców, prostytutek, kanalii, szyderców i złodziei, miasto „nienawracalne”, stracone, miasto grzechu – dostaje szansę. Dlatego z tej szansy korzysta, szczerze i z zapałem (kto by pomyślał, serio!). I dlatego Bóg mówi:

A Ja nie miałbym żałować Niniwy, tego wielkiego miasta, w którym żyje więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie umieją rozróżnić między tym, co prawe, a tym, co lewe, a nadto wiele bydła? (Jon. 4:11, BW)

Sto dwadzieścia tysięcy – taki Wałbrzych – znika z powierzchni ziemi. Tego chcesz? Ludzie, którzy nie odróżniają, gdzie prawe, a gdzie lewe? Głupia rzecz. A jednak. I nagle ten najgorszy typ – w oczach ludzi godny najgorszej kary wymierzonej lekką ręką, okazuje się po prostu głupim ślepcem – godnym współczucia w oczach Boga. Godnym ostatniej szansy, zanim nadejdzie sąd.

Nie ma przecież ludzi, których powinno się spisać na straty. Nikt nie chce takim być. I nikt nie musi. Ostatnią szansą jest Jezus.

Kto jesteś: szczery czy kanciarz?

Dziś mniej mojego pisania, a więcej smakowania Pisma. Jest fragment Psalmu 18, który zwrócił moją uwagę, bo tam widzę coś pięknego: nie trzeba być bezbłędnym, by doświadczyć łaski.

Ale wystarczy być szczerym tak jak dziecko, które skruszone przyznaje się do głupiej psoty. Wystarczy bardziej liczyć na miłosierdzie, niż na siebie. I samemu okazywać miłosierdzie innym. Nie jak ten sługa z przypowieści Jezusa, któremu darowano dług, po czym zaczął dusić własnego dłużnika. Wystarczy być prostolinijnym, mówić prawdę i nie kombinować nic ponadto. Nie cwaniaczyć jak „chytra baba z Radomia” (stary hit internetów).

No i wziąć sobie do serca słowa „błogosławieni ubodzy w duchu”, tzn. tacy, którzy nie są wyniośli, nie uważają się za doskonałych, ale raczej czują, że do tego jeszcze wiele im brakuje. Nie chodzącym ideałom, ale ludziom czystych zamiarów Bóg objawia się w prosty i prawdziwy sposób. A dla krętaczy jest wielką zagadką. To ciekawe! To piękne! Przeczytajcie sami:

26. Z pobożnym/wiernym obchodzisz się łaskawie / udowadniasz/okazujesz swoją wierność/spolegliwość
/ Jesteś miłościwy (miłosierny) dla miłościwego (miłosiernego).
Z nienagannym/szczerym/zacnym
postępujesz nienagannie/szczerze / okazujesz swoją nienaganność.
27. Względem czystego/ świętego
okazujesz się czysty/ święty
/ Z uprzejmym uprzejmie się obejdziesz,
/ Ludzie prawdy zasmakują twojej prawdy
A z przewrotnym/ skrzywionym/ podłym
/ kanciarzem/ hochsztaplerem/ oszustem/ szelmą
postępujesz przewrotnie/chytrze/przebiegle
/ dla tych będziesz twardym sędzią
/ oni ciebie nie pojmą/ nie rozgryzą.
28. Ty bowiem wybawiasz lud ubogi/uniżony/utrapiony,
Lecz oczy wyniosłych poniżasz/pognębiasz.
(Ps. 18:26-28, BW, BT, BG i inne, tłum. własne przekładów w jęz. angielskim)

W Psalmie 19 Dawid pisze jeszcze tak: „Mimowolne błędy/uchybienia – kto je spostrzeże? Więc od tych skrytych mnie oczyść/odpuść mi”. Nawet do tego stopnia pozostaje uniżony, gotowy do skruchy, poprawy, proszący o łaskę, szczery… Szczerze? Inne stany umysłu nie pociągają mnie.

Pobłażliwy tata

Jadę rowerem. Mknę ścieżką, Puławska, przecznica, czerwone. Niech to! Staję. Przede mną stają też, na rowerach: ojciec i syn. Dobrze ubrani. Tata – buty Lacoste, spodenki Tommy Hilfiger. Synek buty Helly Hansen, ciuchy też niezłe. Nie mam kasy, żeby się tak ubrać. Ale doceniam. Co marka, to jakość. No i fachowo podgoleni z dołu, a góra przystrzyżona długo. Synek jak mała kopia taty, ładnie uczesany, ułożone te włosy trochę na żel, bez przesady.

Rozmawiają spokojnie o czymś tam, nie słyszę. Jeszcze zerkam, jakie to rowery mają. Unibike’i, też nienajtańsze, porządne. Tylko mam jedno „ale”‚; spodenki się staremu z tyłka zsuwają, paska nie ma, gacie widać. Średnio to wygląda. Ale poza tym… jak sympatycznie, przyjemnie, elegancko. Zapala się zielone, ruszamy, a za tym ojcem fajny zapach jakiejś męskiej wody toaletowej. Dobrze się to wszystko kojarzy. Jakaś taka kultura codzienna. Że może pozór? No cóż.

Jedziemy. Mały ma z sześć lat może. Jeszcze średnio sobie radzi, nie rozpędza się zanadto, chwiejna ta jego jazda. Ale nadąża za ojcem. Nie wyprzedzam ich jeszcze, bo z naprzeciwka też jadą. Trochę ciasno na ścieżce. Ojciec się odwraca: – E, mały, tylko prawej się trzymaj! – Mały raczej się stara, widać, tylko zatacza się. Nikomu nie zajechał, ale ojciec znów się odwraca i trochę nieufnie coś burknął poirytowany.

Kolej na mnie, już jest luźniej. Wyprzedzam. Z dużym zapasem, żeby ten chłopak mi nie przeszkodził. – Chociaż to jego kiwanie jeszcze w granicach bezpieczeństwa, przyzwoitości. Wyrobi się. – Tak sobie myślę i wciskam pedały. Już ich mam za plecami. I słyszę hamowanie, męski głos huknął: – Słuchaj, czy ty chcesz ode mnie po głowie oberwać?! Jak jedziesz! – Bardzo nieprzyjemnie, groźnie, złośliwie, z pasją.

Jadę dalej, ale włos mi się zjeżył. – Nie no, przesadził. – Myślę. – Jakim tonem! Przecież nic się nie stało. Nie było tak źle! Właśnie, starał się. A stary naprawdę jakby się wściekł. Jakoś instynktownie przez sekundę stanąłem tam w wyobraźni, w skórze tego chłopca. Straszny żal, wycofanie, samotność, lęk. Co on może powiedzieć? Może cokolwiek, a i tak to nie będzie miało żadnego znaczenia. Zgnojony, zbesztany, wyzerowany.

No i czar prysnął. Nie, żebym bardzo się tym przejął, ale jednak szkoda. Szkoda, że tak się dzieje. Że ojciec przegiął pałę. Nie sądzę go, miał jakąś rację, a poza tym… kim ja jestem, żeby sądzić? Żaden ze mnie ideał. Nieraz wzięła mnie złość na syna i… zdawało mi się, że jestem powściągliwy, że nie za ostro reaguję. A jak to z boku wyglądało, jak w oczach mojego syna? To już tylko on wie. No więc współczuję temu chłopakowi na rowerze.

I na świeżo mam w głowie przysłowia Salomona, przychodzą mi na myśl te pozornie sprzeczne, bo z jednej strony:

kogo Pan miłuje, tego smaga, jak ojciec swojego ukochanego syna. (Przyp. 3:12, BW) Kto żałuje swojej rózgi, nienawidzi swojego syna, lecz kto go kocha, karci go zawczasu. (13:24, BW)

a z drugiej…

Lepszy pobłażliwy (cierpliwy) niż bohater; a panujący nad (sobą) swoim duchem, niż zdobywca miast(a). (16:32, NBG, BW)

Bądź tu mądry! Mam tylko jeden wniosek, nic nowego: karanie – tak, złość – nie. To wydaje się dziwne, bo każdy, kto był kiedyś ukarany przez rodzica, pamięta towarzyszący temu gniewny ton, piorun z oczu itd. A tu nie: kara wymierzona w cierpliwości, opanowaniu. Pobłażanie to jest gotowość, by wypatrywać skruchy, by móc darować gorzką nauczkę. Zawsze i każdemu.

Nie mogę ustać

Pamiętacie? Półtora roku temu podczas rekolekcji w szczecińskiej szkole dzieci upadały podczas modlitwy. Dziennikarze nieporadnie pisali nagłówki: halucynacje i omdlenia! Piękne rzeczy, jak za Salomona! Sam takie przeżyłem, widziałem, pamiętam.

Oddanie do użytku obiektu zwanego świątynią Salomona opisuje I Księga Królewska 8 i II Księga Kronik 5-7. Chodziło o wniesienie do budynku Skrzyni Przymierza. Odtąd miejsce, gdzie stała, było tym najświętszym. Tam był Bóg. Oczywiście, nie tylko tam. Ale… zwłaszcza tam!

gdy więc wzbił się głos trąb i cymbałów i innych instrumentów do wtóru pieśni pochwalnej dla Pana, że jest dobry i że na wieki trwa łaska jego, …świątynia Pana napełniła się obłokiem, tak iż kapłani nie mogli tam ustać (2 Kron. 5:13-14, BW)

Ale jaja. Tłum facetów wystrojonych jak na paradę, do poważnej służby przygotowanych i wszyscy lecą z nóg jak te dzieci na rekolekcjach. Śmieszna sprawa. Super. Bo nic się nikomu złego nie stało. To „tylko” (i aż) boża obecność, Jego obłok. Rzecz dostępna wówczas i tym bardziej dzisiaj.

Dlaczego tym bardziej? Bo przecież napisano w 1 Liście do Koryntian 3:16: „nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was?” (BW) A co było w świątyni? Skrzynia. A co w skrzyni? Tablice. A na tablicach? Zakon, prawo. A co Bóg obiecał? „Złożę mój zakon w ich wnętrzu i wypiszę go na ich sercu„. (Jer. 31:33, BW) Ta obietnica już się wypełniła.

Piękne jest to, co się dzieje podczas poświęcenia świątyni przez Salomona. Piękne, jeśli przełożę to na swoje realia, na swoją świątynię, na siebie. Najpierw wnieśli Skrzynię z tablicami. To jest poddanie się bożej jurysdykcji. Potem pieśń chwały i dziękczynienia – już nie mogę ustać, jest dobrze, uuu! Potem modlitwa króla:

Panie, Boże Izraela! Nie ma ani na niebie, ani na ziemi takiego Boga, jak Ty, który dotrzymujesz przymierza i stosujesz łaskę wobec sług swoich, którzy z całego serca ciebie się trzymają. (…) Zechciej wysłuchać błagań twego sługi… z jakimi przystępuję do tego miejsca; tak, wysłuchaj z miejsca, gdzie przebywasz, z niebios, a wysłuchując, racz odpuścić. (2 Kron. 6:14,21, BW)

Nawet jeśli później odejdę od Boga, wciąż mogę – tak jak wygnańcy z Izraela – zwrócić się w stronę swojej przeszłości – tej świątyni, którą byłem, którą miałem (6:38), a Bóg wysłucha i naprawi. Nie odpuści dla samego odpuszczenia (to by było nie fair), ale odpuści „bo uczy dobrej drogi” (6:27), przywraca porządek.

I spada ogień. Jak ten, który zabrał ofiary Izraela (7:1). Jak ten, który płonął na głowach apostołów (Dz. 2:3). Jak ten, który dziś rozgrzewa ciała modlących się ludzi, daje się odczuć, rozlewa gorącem. Trawi, czyści, uświęca.