Mogę czasem wymiękać

Napotykam nieraz w Piśmie werset zachęcający, choć pozornie bezlitosny. W księdze przypowieści Salomona napisano:

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła (Przyp.Sal. 24:10, NBG)

Zdanie zaczyna mnie zachęcać, kiedy odwrócę jego sens:

Jeśli (dopóki) nie zwątpiłeś w dzień niedoli – mocna jest twoja siła.

Ten „dzień niedoli” mógł być dawniej – przetrwałem go i wspominam jako pokrzepiający przykład. Niedolę mogę mieć i dziś, i wtedy… ufam, więc jestem.

Znajomy napisał: 

tak, to dobry werset i ja nie zwątpiłem, gdy było źle, ale…  wiesz, i tak myślę, że moje siły są wątłe. A jeśli cokolwiek było we mnie silne, to chyba tylko bunt – musiałem go poddać Bogu.

Rozumiem to, na swój sposób. Jest w tym wiele racji. Ale dodam jeszcze coś od siebie: zauważmy, że Salomon powiedział:

zwątpiłeś

a nie:

wymiękłeś.

Mogę czasem wymiękać, mogą mnie opuszczać siły, mogę czuć, że życie jest zbyt trudne, sytuacja mnie przerasta. Ale prawdziwa moc kryje się w nadziei, w zaufaniu, w woli, by nie zwątpić. Nawet, gdy wszystko mi mówi, że nie mam szans albo przegrana, tragedia, śmierć stała się faktem.

Jeśli nawet wymiękam, lecz nie wątpię w „dzień niedoli”, to wielka jest moja siła. Bo jej źródłem jest sam Bóg – mój Tata.

Margines błędu

Byłem ostatnio na warsztatach perkusyjnych z Cezarym Konradem – znanym muzykiem, który nie szczędził nam – uczestnikom – różnych zabawnych i pouczających anegdot. Opowiadał na przykład:

– A teraz bez tego. – Powiedział Zbyszek Namysłowski i zasłonił, prawie oparł się o mój ride. – Ale jak to? – Pomyślałem. – No trudno, pewnie wie, co robi. – Nie muszę wam mówić, jak się męczyłem…

Każdy, kto słuchał choć trochę jazzu, wie, że bez ride’a – tego największego talerza w zestawie perkusyjnym – może być ciężko zagrać stylowy kawałek. A jednak w tym przypadku to umyślne upośledzenie perkusisty wyszło na dobre dla całego nagrania.

Przypomniało mi się to, kiedy czytałem dziś w Przypowieściach Salomona:

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. (Przyp. Sal. 3:5, NBG)

Zatrzymałem wzrok na tych słowach, na „własnej mądrości”. Znaczy co, mam dać sobie wyprać mózg? Nie, nawet jeśli przyjmę cudze przekonania i sposób myślenia, to przyjmę jako… własną mądrość.

A może mam w ogóle pogardzić mądrością? Nie, nie mógł mądry Salomon pochwalać głupoty. Radził tylko, żeby na własnej mądrości „nie polegać”.

Zamiast tego… ufać Bogu. To znaczy powinienem robić najmądrzej, jak umiem. Ale – tak jak dziecko – nie do końca być pewnym, co z tego wyjdzie. A jeśli wyjdzie co złego, Tata naprawi.

Pamiętaj o Nim na wszystkich twoich drogach, a wtedy On wyrówna twoje ścieżki. (6)

To nie zwalnia z odpowiedzialności.

bój się Wiekuistego i stroń od złego (7b)

…ale uwalnia od presji pt. „a co, jeśli zrobię coś odrobinę nie tak?” Albo od obaw: „a co, jeśli zrobiłem wszystko dobrze, a skończy się źle?” Ufność Bogu pozwala przetrwać trudne momenty, bo mam nadzieję, że sprawy nie skończą się tak fatalnie, jak wszystko na to wskazuje. 

Ufność Bogu wreszcie pozwala osiągnąć więcej, niż sobie wyobrażałem, że mogę. Bo po mojemu nie mam szans na przeskoczenie poprzeczki. „Nie polegaj na własnej mądrości”.

Wszystko się może zdarzyć, nie tylko cuda, które ludzkiej mądrości urągają. (Bogu dzięki.) Ale też czasem okazuje się, że mój ogląd rzeczy na początku był fałszywy. Nie ogarniam tej wielkiej układanki, którą Bóg rozumie i kontroluje. Muszę więc zrobić margines błędu mojej mądrości, jak największy. Zagrać czasem bez niej, jak bez tego talerza.

Święto (bez)nadziei

1 i 2 listopada myśli częściej wędrują ku śmierci, a przynajmniej ku zmarłym znajomym. Łatwo się zasępić. Najgorzej, kiedy wyobrażę sobie, choćby przez sekundę, bezbrzeżny ocean nicości, który czeka po drugiej stronie, JEŚLI Boga nie ma.

Ja z takich myśli szybko się otrząsam. Jakbym nie chciał, żeby zaplamiły głowę. Możesz powiedzieć, że kieruje mną instynkt, że tylko się pocieszam i tyle. A ja wiem, że to mądre: nie tracić nadziei. Akurat dziś czytałem o dwóch wielkich przykładach niewiary, oczywiście skarconej. W liście do Żydów jest o Izraelu, który wątpił w cel wędrówki do Kanaanu i o nas, którzy mamy się pilnować, by nie powtarzać ich błędu:

Widzimy więc, że nie mogli wejść z powodu niewiary. Bójmy się więc, gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do jego odpoczynku, aby czasem się nie okazało, że ktoś z was jej nie osiągnął. I nam bowiem głoszono ewangelię jak i tamtym. Lecz tamtym nie pomogło słowo, które słyszeli, gdyż nie było powiązane z wiarą tych, którzy je słyszeli (Hbr. 3:19-4:2 , PUBG)

Na szczęście Bóg nie przekreśla ani Izraela, ani mnie za przejaw niewiary. Ani apostołów:

W końcu ukazał się jedenastu, gdy razem leżeli u stołu, oraz złajał ich niewiarę i twardość serca, że nie uwierzyli tym, co go widzieli wzbudzonego. (Mar. 16:14, PUBG)

Co mi to przypomina? Czy nie rodzinny obiad z okazji Wszystkich Świętych? Siedzą ludzie przy stole, jak na stypie. Uczniowie – ci, co mieli świat zdobyć. Już zaczęła kiełkować w kilku głowach smutna myśl o pogodzeniu się ze śmiercią. Że to koniec pięknej przygody. Koniec nadziei. Jezusa nie ma i nie będzie. Wierzyliśmy, tak, cóż… na próżno!

Ale ten Jezus, przez chwilę wielki nieobecny, przychodzi do nich właśnie w tym momencie i zaczyna połajankę. Jeszcze gorszą od tej, którą słyszeli tamtej nocy, gdy uciszył burzę. A potem powołuje ich do głoszenia ewangelii. Planu B u Jezusa nie ma. 

Jest tylko w mojej głowie. Plan straszny i beznadziejny. Ci, którzy nie trzymają się wiary, pozwalają umknąć nadziei, są korygowani; lecz jeśli i to nie pomoże, spotyka ich to, czego najbardziej się obawiali – nie wejdą do przyszłego życia. Dostaję to, w co wierzę. Dlatego warto odpychać myśli zwątpienia.

Ach, jaki jestem (nie)idealny

Dziś krótko. O Dawidzie, królu. No bo jak on mógł? Jak i po co mógł popadać w takie skrajności? Pisze, że już prawie umiera nędznie, a po chwili, że jest czysty, prawy, sprawiedliwy i…

…i w ogóle NAJ! – Chciałoby się dodać. Z jednej strony w Psalmie 14 (i 53) pisze, że „wszyscy odstąpili, razem się zepsuli; nie ma takiego, co czyni dobro, nie ma ani jednego„. Z drugiej strony w Psalmie 18 dwa razy podkreśla:

Wiekuisty mnie wynagradza według mojej sprawiedliwości, odpłaca mi według czystości moich rąk (…) Bóg mi oddaje według mojej sprawiedliwości, według czystości moich rąk, która jest przed Jego oczami. (Ps 18:21,25, NBG)

Czytając o wrogach Dawida, jak był „osaczony” itd. zapewne niejeden człowiek myślał: ja nie mam takich wrogów, a przynajmniej ich nie widzę. Albo więc jestem szczęściarzem, albo ignorantem.

Podobnie z tymi „czystymi rękami”; mówię: nie jestem wcale taki sprawiedliwy. A przynajmniej tego nie doceniam. Bo jestem teologicznym zbukiem, który nie potrafi się cieszyć z prostych rzeczy i chwytać nadziei.

Dawid nie był filozofem. Często myślał i pisał sercem. Czy przesadzał? Może. Tym bardziej mi się podoba to oddawanie Bogu swoich, nawet przesadzonych, obaw, smutków i radości. To… emocjonowanie się przed Bogiem.

A najbardziej podoba mi się to, że w każdej sytuacji, czy Dawid był zgnębiony, czy podniesiony na duchu, pozostawał wdzięczny tylko Bogu i tylko z Nim widział swoją przyszłość.

Tylko staw się i stój!

Zegar tyka. Palce stukają o blat. Oczy wędrują to na zegar, to na palce. To znów na monitor, ale tamtędy prześlizgują się tylko. Nie ma szans skupić się na czymkolwiek. Tylko ten zegar, stukanie w blat. Czekanie. No dobrze, pora iść. Wstaje i bierze głęboki oddech, przeciera czoło. Ręka ześlizguje się po klamce. „Ręka? Jaka spocona! Do cholery, to już przesada. Wziąć się w garść trzeba”. Wychodzi, trzaska. Trzasnęło jakoś za mocno chyba. „Może tym zajmę myśli, zmartwię się zastępczo…” Idzie przez korytarz długi i ciemny, światła na automat wyłączają się zaraz dla oszczędności. Idzie przez zapach wytartej wykładziny i starej farby. Idzie, by stanąć i zawahać się przed samym wejściem, przed tabliczką „Dyrektor”. Zerka w bok. I wchodzi natychmiast, patrzy – tu on, dyrektor, trochę zaskoczony, że bez pukania… tam mignęła ona, której nie chce widzieć. Nie chce i dlatego tak nagle wparował. Jeszcze przez te pięć sekund uniknąć wzroku i „dzień dobry”. „Na pewno przygotowała się świetnie ta jędza. Papiery ma, tak, papiery na mnie, coś niosła. Oszczerstwa, puste słowa. A jednak słowa. I potem słuchaj: słowo przeciwko słowu. A czyje? Czy nie kłamliwe? To już nieważne, nieważne. Przechlapane”. A jednak przyszedł.

* * *

Zegar tyka. Długopis pędzi po kartce jakby w obłędnym natchnieniu. Geniusz? Ha, o piękna ironio! Dureń, błazen, cymbał, ale nie geniusz. Nic, nic nie wiedziałem. Nie wiedziałem przez te okropne pół godziny pustki. Jakby między uszami hulał wiatr. I w końcu olśnienie. Marne, bo marne, ale uchwyciłem się tej myśli, tego przebłysku pamięci, konceptu, który ma szanse na tróję, może czwórkę nawet. Może całoroczna średnia jest uratowana? Został kwadrans, a ja się modlę, żeby chociaż bez błędów to poszło. Z nerwów zjadłem już pewnie tuzin przecinków. Może nie warto było próbować? Przecież był ten drugi termin, poprawkowy. Wtedy, właśnie wtedy trzeba było przyjść, odroczyć to o parę dni, przygotować się. A jeśli i wówczas miałbym to samo zaćmienie, co dziś? Lepiej mieć drogę odwrotu. Lepiej spróbować pierwszej nadarzającej się okazji. Żeby móc wcześniej wygrać. Albo wcześniej ponieść porażkę. A jednak przyszedłem.

* * *

Zza miejskiego muru wstaje słońce. Gdzieś tam, w oddali majaczy pustynia Jeruel i podnóża gór, i wejście do doliny. To miejsce wzywa. Pomruk bitwy, której nie chcemy, a na którą jesteśmy skazani. Albo na zgnicie w głodowych męczarniach, w mieście oblężonym przez Moabitów i Ammonitów. Nie, to wykluczone. Padły już słowa. Wypowiedziane z przekonaniem i mocą. I z nadzieją.

Nie waszą rzeczą będzie tam walczyć, ustawcie się tylko i stójcie, i oglądajcie ratunek Pana, o Judo i Jeruzalemie! Nie bójcie się i nie lękajcie! Jutro wyjdźcie przed nich, a Pan będzie z wami! (2 Kron. 20:16-17, BW)

Dwa style pierwszej pomocy

BHP-owcy powtarzają: chcesz komuś pomóc? Najpierw pomyśl o sobie i swoim bezpieczeństwie. Chcesz kogoś zawrócić ze złej drogi? Najpierw pomyśl, czy go jeszcze nie wkurzysz.

Jak w tym powiedzonku Jezusa: „nie rzucajcie pereł przed wieprze, żeby ich nie podeptały i obróciwszy się, nie rozszarpały was” (Mat. 7).

Z jednej strony czytam ten wielki nakaz, żeby „czynić uczniami wszystkie narody” (Mat. 28) i pytania Pawła: „jak mają uwierzyć w tego, o którym nie słyszeli? A jak usłyszeć, jeśli nie ma tego, który zwiastuje?” (Rzym. 10:14, BW). No dobrze, to idziemy! Lecim z koksem! Od drzwi do drzwi, jak „jehowi”. Albo zaczepiać na ulicy. Nie mówię, że to źle, ale…

Inaczej było z grupką trędowatych, którzy pozostawieni pod murami oblężonego miasta postawili wszystko na jedną kartę i poszli do obozu wroga… opuszczonego i aż proszącego się o szaber. Najedli się, napili, pochowali złota, ile się dało, aż wreszcie któryś się zreflektował:

Niedobrze robimy. Dzień dzisiejszy jest dniem radosnej wieści; jeżeli to przemilczymy i będziemy zwlekać, aż zaświta ranek, spotka nas kara. Nuże więc, chodźmy teraz i donieśmy o tym w domu królewskim.
(2 Król. 7:9, BW)

Ci ludzie działali spontanicznie, bez wielkiej misji. Wiedzieli dwie rzeczy: tu jest opuszczony przez wroga obóz, a tam oblężone, wygłodniałe miasto. Naturalnie, że trzeba się podzielić dobrą wieścią. Zrobić rzecz oczywistą – tak, jak się oddaje zgubiony portfel, bez poczucia wielkiej misji, wyższości, że ja kogoś teraz nauczę itd.

Z drugiej strony rzadko sytuacja jest tak klarowna, jak z tym oblężonym miastem. Ludzie żyją swoim życiem, które nie musi wyglądać na przegrane, wygłodniałe, biedne. A przecież też potrzebują Jezusa. Co wtedy? Jak nie wyjść na nachalnego? Jak nie zrazić do siebie i, co gorsza, do wiary w ogóle?

Odpowiedź jest prosta: czekać. Niech sami zapytają. O co? – Dlaczego jestem inny. – A jestem inny? O właśnie. Dobre pytanie! Czy jestem inny, święty? Że robię pewne niezwykłe rzeczy (dla ludzi), a nie robię innych – zwykłych i niedobrych?

No… wypadałoby. Bo nieraz o tym czytam: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz” (3 Moj. 19:2) albo „niech świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mat. 5:16) albo „Chrystusa Pana poświęcajcie w sercach waszych, zawsze gotowi do obrony przed każdym, domagającym się od was wytłumaczenia się z nadziei waszej” (1 Piotr. 3:15, BW).

Nie w tym rzecz, żeby czuć się lepszym. Ale żeby dawać nadzieję, że każdy może być lepszy; być swoją najlepszą wersją – podobną do Jezusa. Dzięki Bogu i jego łasce.

Co robię w złe dni

Siedząc w dole, naturalnie myśli się, że z dołu trzeba wyjść jakoś kozacko, przebojem, coś przy okazji udowodnić i zadziwić gapiów. – To ponad moje siły. Ale wystarczy coś bardzo małego…

Mam dość, czuje się beznadziejnie i beznadziejny. Cztery dni bólu głowy, jakby kto młotkiem łupał i słabości, i – mam wrażenie – zupełnej bylejakości, że jak nie mam siły, to prawie wszystko w domu i w pracy jest mi obojętne.

Może mam prawo tak się czuć? To nic nie zmienia. Ale może Słowo coś zmieni. Pamiętam, ostatnio czytałem…

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła. (Przyp 24:10)

Oczywiście, ta moja niedola to żadna niedola. Ludzie mają sto razy gorsze problemy. Można ten werset zinterpretować tak, że tylko pogorszy mój stan. – Bo jeśli oni dają radę, a mają gorzej, to co mam myśleć o sobie? Pewnie, że słabiak!

Nie, takie zrozumienie mi się nie podoba. To jest gadanie kogoś, kto akurat ma się dobrze i przeczyta werset, i pomyśli: – tak, przyjdzie ten zły dzień i wtedy pokażę na co mnie stać! – Gucio! Nic nie pokaże.

Inaczej i lepiej zrozumie to ktoś, komu jest źle. Nieważne, czy jego udręka jest wielka, czy mała. Pomyśli tak: – nie jest dobrze. Czuję się słabo. Ale tu jest napisane coś o sile. Wątła jest moja siła, jeśli… zwątpiłem. Nie, nie zwątpię.

To nie jest przecież takie trudne, nie przerasta mnie. Nie muszę dokonywać niemożliwego, pokazywać muskułów, charakteru ze stali i ducha walki jak dzwon. Wystarczy… nie wątpić.

W co? W co tylko chcę, jeśli jest sprawiedliwe. Mogę to zrobić! A jeśli teraz, gdy jest mi trudno, nie wątpię, ale ufam Bogu, wierzę, to i moja siła jest… niewątła, znaczna, rzeczywista. Naprawdę? Tak, naprawdę!

Nadzieja wagi ciężkiej

Chcę się cieszyć czasem z dziećmi, ale jestem leniwy? Chcę bez wahania pomagać potrzebującym, ale martwię się o swoje jutro? Jest na to jeden sposób: zainwestować w nadzieję.

W rozdziale 6 listu do Galacjan Paweł zachęca:

Czynić dobrze nie ustawajmy! Bo we właściwym czasie będziemy żąć bez znużenia. (Gal. 6:9, BW)

Dobre zachowanie, czyny i słowa – to w przenośni są nasiona, które mi dadzą zysk, jak rolnikowi. I, jak wynika z poprzedniego zdania Pawła, jest to siew „z Ducha” – wiadomo. Owocem Ducha są: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość”.
(Gal. 5:22-23, BW) Z takiego siewu żnie się i zbiera…  co? Życie wieczne

To jest logiczne i powinno działać, ale w praktyce… bywa różnie. Co to właściwie znaczy; to „sianie”? – Siać pieniądze?
– Ale mi brakuje pieniędzy.
– No to może siać czas?
– Ech, nie mam już czasu.
– To może chociaż dobre słowo? Albo… o, modlitwę!
– No, może… – Bez przekonania.

Hej, a propos tego „nie mam” i „brakuje mi”. Czy to nie Jezus mówił, że „kto nie ma, temu będzie odebrane i to, co ma”? „A kto ma, temu będzie dodane”. Tak, Mateusza 13:12. Cokolwiek mógłbym siać, prawdopodobnie to mam; w jakiejś ilości – odpowiedniej na ten czas i miejsce. I jeśli zasieję, to mi się zwróci, będzie mi dodane. Salomon uczy:

Kto się lituje nad biednym – pożycza Wiekuistemu; On mu wynagrodzi jego zasługę. (Przyp. 19:17, NBG)

Łoho! Mogę pożyczyć Bogu! Ja-człowiek-proch – pożyczyć Stwórcy wszechświata. Rajcuje mnie to bardziej niż luksusowe jachty. A to z jednego powodu: pozwalam sobie na coś więcej niż luksus – na spojrzenie poza granicę śmierci, na nadzieję większą od wszystkich bogactw. To zupełnie niecodzienne uczucie, myśl. Objawione przez Ducha. Jak w Liście do Efezjan:

Aby Bóg (…) oświecił oczy serca waszego, abyście wiedzieli, jaka jest nadzieja, do której was powołał, i jakie bogactwo chwały jest udziałem świętych w dziedzictwie jego (Efez. 1:18, BW)

To jest nadzieja, która skłania do wiernego działania w miłości. Do robienia tego, do czego tak naprawdę jestem stworzony.

Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili. (Efez. 2:10, BW)

Ale jest jeden myk. Jeden haczyk: trzeba zacząć. Dopóki zbieram do skarpety, kręcę się wokół skarpety. Im więcej wsadzam w akcje, tym bardziej mnie obchodzi giełda. Im więcej serca wkładam w wychowanie dzieci, tym bardziej je kocham. Im większy skarb odłożę w niebie, tym bardziej mnie tam ciągnie, tym większa nadzieja – nadzieja wagi ciężkiej. Dzięki niej nie ustaję.

Śmierć? Nie zgadzam się

I po Świętach Wielkanocy. Noc była wielka, bo to noc wyjścia z Egiptu, noc uwolnienia od grzechu, noc śmierci ofiarnego Baranka, zapowiedź zwycięstwa. Ale co mi po tym, jeśli dziś zgadzam się na śmierć?

W wielkanocnym kazaniu Mateusza Wicharego słyszę, że sednem wiary chrześcijańskiej jest krzyż. Bo co to znaczy, że jestem chrześcijaninem? – Że się zachwycam stworzeniem? – Pyta Wichary. – Tak, też, ale czy tego nie robią też muzułmanie i inne religie? Albo że dziękuję Bogu za każdy dzień? Tak, też, dobrze jest dziękować, ale co w tym niezwykłego?

Ale bycie chrześcijaninem wymaga wiary w śmierć ORAZ zmartwychwstanie Jezusa Mesjasza. A zatem… niezgoda na śmierć, rozkład, choroby, obumieranie, przemijanie. Jest ta niezgoda widoczna w Prawie mojżeszowym (m.in. przepisy dot. rytualnej nieczystości). I jest widoczna w służbie Jezusa, który był Słowem wcielonym i Prawo wypełnił.

Niezgoda ma być mądra, a nie głupia. Wiem, że moje ciało w końcu padnie, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał się „wylogować”, by użyć słów zmarłego właśnie ks. Jana Kaczkowskiego. I moi bliscy też się wylogują. I niebliscy. Pięknie pisze o tym pastuszka biedronek. Wiem, że dobrze jest o tym pamiętać.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca. (Ps. 90:12, BT)

Ale wiem też, że to nie jest normalne. Jak powiedział Jezus w kontekście rozwodów, „od początku tak nie było”! Śmierć nie była wpisana w ludzkie (czy każde inne) DNA. To przekonanie nazywam mądrą niezgodą na śmierć. Na śmierć nie godził się Jezus, jak wspomniałem, w swojej służbie – uzdrawiał, wskrzeszał z martwych. Jego niezgoda miała kulminację trzeciego dnia po śmierci, kiedy… wyszedł z grobu – „jako pierwszy spośród tych, co pomarli” (1 Kor. 15:20)

To jest fundament, na którym opieram moją dzisiejszą niezgodę na śmierć. Trzeba przyznać, że jest to niezgoda i nadzieja trudna, niewygodna. Z jednej strony wspaniała, z drugiej – jakoś tak jest, że niechętnie przestępujemy próg śmierci – choćby po to, by pomodlić się o chorego kolegę. – „Nie wygłupiaj się” – to tylko potrafi szeptać diabeł. I jakże łatwo to łykamy. Kto? My! My, którzy śmiemy się nazywać chrześcijanami – uczniami zmartwychwstałego Jezusa!

Czy rzeczywiście nimi jesteśmy? Czy jako kościół rzeczywiście chcemy i potrafimy wchodzić i wychodzić przez bramy piekła, by wyrywać diabłu życie, które zagarnął? Bo tak powiedział o kościele Jezus, że „bramy piekielne go nie przemogą” (Mat. 16:18). To zależy od odpowiedzi na jedno pytanie (nie trzeba długich testów):

Czy wierzę w zmartwychwstanie?

Bo jeśli wierzę, to nie mogę się godzić na śmierć, która mnie otacza. A jeśli się godzę, jeśli stałem się obojętny, przechodzę mimo, jakby nigdy nic, to… nie wierzę! A jeśli nie wierzę, nie jestem chrześcijaninem. Ostre to. Nie wiem, czy nie za bardzo. Bo jeśli tak się rzeczy mają, to ja jestem pierwszy do odstrzału. Albo do nawrócenia.

Bez wiary, bez nadziei, bez miłości

„Tak więc trwają te trzy: wiara, nadzieja, miłość. Z nich zaś największa jest miłość.” – Wszyscy znamy ten tekst, ale czy wszyscy wiemy, do czego służą „te trzy”?

Chyba najłatwiej jest to zrozumieć, jeśli wyobrazimy sobie, że którejś z tych trzech cnót nam zabraknie. Tak jak w mieszaniu świateł: czerwony, zielony i niebieski dają biały. Każde osłabienie jednego z trzech kluczowych kolorów da się zauważyć. Podobnie człowiek jest spełniony, mając wiarę, nadzieję i miłość. A kiedy jednego z tych trzech zabraknie, dzieją się różne dziwne rzeczy, wynaturzenia znane z codziennego życia:

RGB circles wiara nadzieja miłość faith hope love

1. FRAJER – to gość, który chciałby obdarować cały świat. Ale nie ma nadziei, że to dobro do niego wróci, że osiągnie jakiś cel. Nie kieruje się żadnymi zasadami, nie jest nikomu i niczemu wierny. Po prostu chce dobrze. W efekcie traci wszystko i nic nie dostaje.

2. DYZIO MARZYCIEL – „i szkoda, że całe niebo nie jest z tortu czekoladowego (…) Wyciągnąłbym tylko rękę i jadł, i jadł, i jadł…” – Puste, egoistyczne nadzieje, bez wiary i wykonania, które nikomu nie przynoszą pożytku – ani Dyziowi, ani światu.

3. KORPOLUDEK. Spotykam dwóch pracowników na budowie. – Co robisz? – Pytam pierwszego. – Wożę cegły stąd tam. Nie mam czasu gadać. – Mówi. – A ty? – Pytam drugiego. Odpowiada: – Buduję katedrę! Chcesz zobaczyć plany? – Ten pierwszy to właśnie korpoludek.

4. WYPALONY – To człowiek czynu. W odróżnieniu od korpoludka interesuje się drugim człowiekiem, pomaga, kocha, a nie tylko kręci się wokół swoich spraw. Jednak nie mając nadziei, poczucia sensu i celu, męczy się pracą i zawodzi na ludziach.

5. DOBRE CHĘCI – charakteryzują marzyciela-idealistę. Jego pragnienia poddane są wyższym sprawom. Widzi dalej niż czubek własnego nosa i wszystko byłoby pięknie, gdyby… coś z tym zrobił. Lenistwo lub niewiara sprawia, że stoi w miejscu, a życie ucieka.

6. TERMINATOR – niczym filmowy robot-kiler wytrwale i systematycznie pracuje, by wypełnić misję, która jest jego nadzieją. Ale nie oszukujmy się, bez miłości nawet najsprawniejsi geniusze potrafią tylko zepsuć świat, zamiast go naprawiać.

WIARA – to przekonanie, pewność co do słuszności, celowości i skuteczności działań, których się podejmuję. Wiara zawsze owocuje wiernością: zasadom, ludziom, Bogu.

NADZIEJA – zawsze odnosi się do przyszłości – tej najbliższej (za sekundę) i wiecznej. Nadaje sens rzeczom. Zachęca, popycha do działania. Jest ostatnią deską ratunku, kiedy doświadczam porażki.

MIŁOŚĆ – nadaje dobry kierunek wierze. Dzięki niej nadzieja znajduje się w dobrym kontekście, a na mecie… nie okaże się próżna.