Tyle wiem, a się gubię

Mówią mądrzy ludzie: im więcej wiem, tym więcej widzę rzeczy, o których nie wiem nic. Gromadzenie wiedzy paradoksalnie zwiększa świadomość własnej niewiedzy. A może też poczucie zagubienia? Jak to jest, że Psalmista pisze:

Tułam się jak zbłąkana owca, odszukaj Twojego sługę, bowiem nie zapomniałem Twych przykazań. (Ps. 119:176, NBG)

I kiedy to pisze! – Jako ostatnie zdanie najdłuższego ze wszystkich psalmów – całego poświęconego miłości do słowa, przykazań, wskazówek, prawa bożego. Powinien być nabuzowany poznaniem, jakimś wyższym stanem świadomości i tylko walnąć na koniec okrągłą sentencję w stylu „teraz wiem, jak żyć”. A tu coś zupełnie innego…

– Zgubiłem się, znajdź mnie, bo nie zapomniałem twoich przykazań. – Mówi. Takiemu to bym odpowiedział: – Jak nie zapomniałeś, to se radź sam. – Albo: – Gdybyś naprawdę pamiętał przykazania, to byś się nie zgubił.

Żarty na bok. Ten zagadkowy werset mówi mi jedno: widzieć znaki, a trzymać się właściwej drogi – to dwie różne sprawy. Albo znać przykazania, a nie stracić z oczu pasterza – to też co innego. Czasem zdaje mi się, jakby było mi już wszystko jedno: czy robię coś dobrze, czy źle; grzeszę, czy świecę przykładem, jeśli i tak nie mam czasu spotkać się z Tatą.

Nie zapomniałem Twoich przykazań – znaczy dla mnie tylko to: wciąż pragnę, tęsknię, chcę być z Tobą. Jesteś najważniejszy. Znajdź mnie, bo ja nie umiem Ciebie.

Skaczę z radości

Prostopadłe podanie w pole karne, Kuba Błaszczykowski przyjął, markuje strzał, zwód, dwaj obrońcy zostawili miejsce, tak, ma wolny moment, piłka w okienko! Tak, do bramki! Goooooooool, tak, tak, tak, ha ha, uuuu, yes, haaaa!!!…

– Zrobiłem efektowny wjazd na kolanach przed sam telewizor, a zaciśniętymi z radości pięściami zacząłem walić w podłogę…

Żona usypiała właśnie za ścianą córeczkę, więc mojego szaleństwa nie widziała. Ale synka to bardzo rozśmieszyło. Ta radość mu się tak udzieliła, że ze śmiechu aż zakrztusił się ciasteczkiem. Na chwilę szybko zapomniałem o Błaszczykowskim, a potem obejrzałem mecz do końca, wciąż jeszcze ciesząc się bramką, z nadzieją, że Ukraińcy nic nie strzelą.

Podobne sceny, tyle że z udziałem skonfudowanych żon i tym podobnych, dzieją się w tysiącach polskich domów. – No i czego tak skacze, czego! Totolotka wygrał, czy jak?! – Potrafią gderać, nie pojmując nic a nic z tego podniecenia, żywiołu, emocji najprawdziwszych, a jakże męskich. Drogie Panie, nie dziwić się, ale POdziwiać, że jednak ten mruk potrafi coś autentycznie przeżywać całym sercem. Może jest jakaś nadzieja na wspólne wieczory.

Bo była już jedna taka pani, która zasłynęła z tego, że pogardziła mężem, kiedy ten – w takim właśnie szale uniesień – skakał, cieszył się jak głupi, wyzbywając się na chwilę całego splendoru, jaki mu towarzyszył „z urzędu”. Mowa o Michal – była to pierwsza żona Dawida, która królewską żoną pozostała do końca. Tyle, że jakby w niełasce, bo…

…gdy Skrzynię Przymierza Pańskiego wnoszono do Miasta Dawida, Michal, córka Saula, wyglądała oknem i zobaczywszy króla Dawida podskakującego i tańczącego, wzgardziła nim w swoim sercu. (1 Kron. 15:29, BW)

Czy można się tak bardzo zatracić w radości, że się człowiek nawet nie zastanawia, jak to z boku wygląda? Oj, można. Że się z tej radości tańczy i podskakuje? O Boże, i to poważni ludzie, tak! Lekarze, prezesi, adwokaci… Jak mali chłopcy. Widać niewiele potrzeba, żeby ruszyć serce mężczyzny. Jakiś głupi mecz, jakiś gol, nawet nie mój, tylko tego chłopaka na ekranie. A co ze Skrzynią Przymierza?

To nie jest pytanie retoryczne z rodzaju „weź się ogarnij”. Nie, raczej: „jest coś więcej”. Skakałeś kiedyś z radości? No to dopiero liznąłeś temat.

Na co mi On, Bóg?

Czasami jestem już tak zaganiany i zwiedziony komfortem swojej codzienności, że zapominam o modlitwie. Wtedy pytam: po co mi Bóg? I sobie odpowiadam…

Dosłownie cztery dni temu pisałem, że bogatym trudno jest wejść do nieba, do Królestwa Bożego. Bo nie ufają Bogu. Ale prawda jest taka, że to dotyczy większości z nas, mieszkających w Polsce; jesteśmy na tyle bogaci, samodzielni, ze wszech stron zabezpieczeni, że… nie potrzebujemy Boga. Tak się zdaje.

No bo co? Dobrze mi, wszystko mam, w domu wszyscy zdrowi, to po co gębę otwierać do modlitwy? Dziś sobie o tym myślałem. Jeśli życie mnie rozpieszcza, to jest przynajmniej jeden dobry powód do szczerej, żarliwej modlitwy: dziękowanie Bogu, że tak jest, dobrze.

Ale Psalm 51 skłonił mnie do dalszej refleksji; no co mi On – Bóg? Do czego jeszcze potrzebuję relacji z Tatą? Po pierwszej, pobieżnej lekturze psalmu, można odnieść wrażenie, że Dawid – jego autor – ma tupet! Kto zna jego historię z Batszebą, ten wie, jak haniebne świństwo zrobił izraelski król. I po tym wszystkim po prostu prosi Boga: zmaż moją winę! Zresztą przeczytajcie sami:

Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość! Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego! Uznaję bowiem moją nieprawość, a grzech mój jest zawsze przede mną. (…) Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste i odnów w mojej piersi ducha [prawego] niezwyciężonego! Nie odrzucaj mnie od swego oblicza i nie odbieraj mi świętego ducha swego! Przywróć mi radość z Twojego zbawienia i wzmocnij mnie duchem ochoczym! (Ps. 51:3-5,12-14, BT)

Piękna sprawa. I wiecie co? Może to się wydawać bezczelne, ale Bóg honoruje takie, w gruncie rzeczy pokorne podejście do sprawy. Mamy więc dwie rzeczy: dziękczynienie i pokutę. Ale to nie wszystko, z czym można przyjść do Boga. Myślałem dalej, myślałem i wymyśliłem takie logiczne postępowanie, i na tym zakończę dzisiejszy wpis. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie stosuje tak sztywnych procedur w codziennych relacjach z bliskimi osobami (jak np. Tata), ale łaskawie przymknijmy na to oko. To jest pół żartem, pół serio:

wszystkook

Przybytek nie zbytek

„Przybytek” był namiotem spotkania z Bogiem. W Torze (końcówka Ks. Wyjścia) czytam o nim trzy razy. Ze szczegółami. Po co? Może po to, by docenić dzisiejsze „przybytki”?

Żydzi nazywają ten fragment tory „przykazaniem miszkanu”. „Miszkan” to właśnie ten przybytek, a mówiąc prościej; miejsce święte, tj. oddzielone dla bożej obecności. Namiot, pomieszczenie, w którym przechowywano skrzynię świadectwa, gdzie składano ofiary i spotykano się z Bogiem.

Jak wymyślna to była konstrukcja, można przeczytać w Księdze Wyjścia – jak wspomniałem – trzy razy. Pierwszy, kiedy Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudować przybytek i opisuje go, drugi, kiedy Mojżesz powtarza to przykazanie zgromadzeniu Izraela i wreszcie trzeci, gdy Besalel z Oholiabem pieczołowicie to wszystko wykonują.

Pewnie każdy, kto kiedyś to czytał (może nie raz), zastanawiał się, dlaczego to się znalazło najpierw w Torze, a potem w kanonie biblijnym. Czy nie wystarczyła krótka wzmianka o specjalnym namiocie? Czy te wszystkie materiały, rozmiary i techniki wykonania, i układy przestrzenne są takie istotne? Oto mała próbka:

…po stronie prawej w kierunku południa dziedziniec będzie miał zasłony ze skręconego bisioru, długie na sto łokci po jednej stronie. Do tego zrobisz dwadzieścia słupów i dwadzieścia ich podstaw z miedzi, haczyki zaś u słupów i klamry do nich będą ze srebra… (2 Moj. 27:7-10, BW)

Szaleństwo szczegółów. Po co? Mógłbym się w to trochę wgłębić i pewnie znalazłbym odpowiedzi. Ale mam prostszy wniosek (zwykle bazuję na tych spontanicznych, niezbyt wydumanych): to wszystko, te materialne sprawy mają znaczenie. Bóg, który jest duchem, stworzył materialny świat, przyjmuje materialne ofiary i… chciał spotykać się w materialnym miejscu z materialnymi ludźmi.

Kiedy czytam i wyobrażam sobie, jakie ilości cennych materiałów i jaki ogrom pracy wielu fachowców był potrzebny do wykonania namiotu z jego wyposażeniem, przypominam sobie to wszystko, co dziś robimy wokół naszych spotkań, nabożeństw. To, co nazywamy modlitwą wstawienniczą, jest dzisiejszym odpowiednikiem ofiary kadzidlanej spalanej w przybytku mojżeszowym. Jak pisze Jan w Apokalipsie:

I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złote naczynie na żar, i dano mu wiele kadzideł, aby dał je w ofierze jako modlitwy wszystkich świętych, na złoty ołtarz, który jest przed tronem. (Obj. 8:3, BT)

Przypomina mi się moja służba nagłośnienia, rozkładanie i składanie wzmacniaczy, kabli, mikrofonów, instrumentów… Przypomina mi się, jak robiłem parawan akustyczny dla perkusji z drewna i pleksi itd. I jeszcze bardziej to doceniam. Oby też opis przybytku mojżeszowego był zachętą i motywacją dla wszystkich, którzy jeszcze nic materialnego dla swojego kościoła nigdy nie zrobili.

Jesteś bogiem, rozkazuj

I rzekł Pan do Mojżesza: Oto ustanawiam cię bogiem dla faraona (2. Moj. 7:1, BW)

— Co ja mam mówić, nie znam na pamięć żadnych modlitw?
— Będziesz mówił, co ja ci powiem.
— Ja umiem najwyżej do owiec gadać. A do ludzi? Już o gadaniu do kataru nie wspominając…
— No i to jest właśnie jak gadanie do owiec.
— Jak do owiec?!
— A tak. Słuchają cię owce?
— …
— Idą, gdzie je prowadzisz, tak?
— No, jak by inaczej…
— To się nazywa autorytet.
— Aha, i co?
— I pstro. Pójdziesz teraz i powiesz do tego kataru: odejdź, w imieniu Jezusa!
— A jak ten katar mnie nie posłucha?
— Oto ustanawiam cię bogiem dla tego kataru! A potem dla tików nerwowych, dla kulawej nogi, bólu kolana, dla raka, dla zniszczonych płuc, dla autyzmu, dla zespołu Downa. Ustanawiam cię bogiem dla zakupoholizmu, długów, dla ciągów alkoholowych, narkotykowych, pornografii. Bogiem dla terrorystów… Dalej? Czy już chcesz wyrzucić ten katar?
— Nie, już dobrze, idę.
— Cieszę się.
— Ja też, ale…
— Ale co?
— Jeśli po drodze zacznę się znowu wahać?
— Po drodze pamiętaj o władzy czynienia wszelkich cudów, jaką ci dałem do ręki, i okaż ją.
— Prosto tak powiedzieć…
— A jak kobieta taszczy ciężką walizę po schodach, to jej nie pomożesz?
— Pewnie że pomogę!
— A jak ktoś ma katar, to co?
— No już idę…

Grek-filozof nie dziękuje

Modlitwę „Ojcze nasz” zwykło się uważać za coś w rodzaju wzorca z Sevres – jak się modlić, to tak, tak i tak. Dlaczego więc nie ma w niej dziękczynienia? Przecież to taka podstawowa rzecz!

Trwało to parę dni – moje rozmyślanie nad tą sprawą. Pytałem nawet kilku znajomych, bardziej i mniej oczytanych. Takich, których mogło to obchodzić i takich, którzy zaraz zmienili temat. Nareszcie usłyszałem zadowalającą odpowiedź – pytaniem na pytanie, czyli: a co chcemy wyciągnąć z modlitwy „Ojcze nasz”? Czy to ma być wzorzec na modłę grecką, jakaś filozoficzna konstrukcja, idealny model, kanon modlitwy, gdzie każdy zwrot jest niezbędnym elementem logicznej układanki? Czy raczej tylko jeden z wielu sposobów na rozmowę z Bogiem?

Właśnie, jeden ze sposobów. Myślę (już całkiem samodzielnie), że być może i Jezus miał to na myśli – jakiś rodzaj modlitwy. Tak, jakby chciał powiedzieć: jeśli chcecie o coś prosić, to proście tak… I to się potwierdza w tekście:

Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie (nie-Żydzi – przyp. JPZ). Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie:

  • Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje!
  • Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie.
  • Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
  • i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili
  • i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!
  • Albowiem twoje jest królestwo i moc, i chwała na wieki wieków. Amen. (Mat. 6:7-15, BT i 13b, BW)

To moje streszczenie: Nie róbcie nic na pokaz, Ojciec widzi w ukryciu i wam odda. A wie, czego wam potrzeba, zanim poprosicie, więc gdy prosicie, to zacznijcie od wyrazów uwielbienia, a pierwsza prośba niech będzie o boże, większe cele, potem wasze małe, osobiste potrzeby, jak pokarm i obecność Ojca (Jego przebaczenie) i własna sprawiedliwość. On ma moc, żeby odpowiedzieć.

A co do dziękczynienia, nie ma wątpliwości, że Jezus i o tym uczył, zwłaszcza własnym przykładem…

…gdy nakarmił tłum ludzi:

Wziął siedem chlebów i ryby, podziękował, łamał i dawał uczniom, a uczniowie ludowi. (Mat. 15:36, BW)

…podczas ostatniej wieczerzy:

Potem wziął kielich i podziękował, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy (Mat. 26:27, BW)

…przy wskrzeszeniu Łazarza:

Usunęli więc kamień, gdzie leżał umarły. A Jezus, wzniósłszy oczy w górę, rzekł: Ojcze, dziękuję ci, żeś mnie wysłuchał. (Jan. 11:41, BW)

Samolubne chciejstwo

Sprawa jest prosta i krótka w tłumaczeniu, ale jak mało oczywista, to każdy z czytelników oceni, spoglądając w siebie: gdy o coś proszę Boga, dla kogo proszę?

Myślę, że problem dotyczy nie tylko tych „rozmodlonych” ludzi, ale i tych, którzy w ogóle się nie modlą albo symbolicznie, jak na lekarstwo, godzinę w tygodniu. (Przyjmę bezpieczne stanowisko i nie powiem, w której grupie się znajduję. Najgorzej, jeśli gdzieś pomiędzy: ani gorąco, ani zimno.) Być może wielu ludzi nie modli się dlatego, że próbowali, ale nie zobaczyli owoców swoich modlitw. Powodów może być kilka: brak wiary, brak wytrwałości, ale Jakub podaje jeszcze ciekawszy:

Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności. (Jak. 4:3, BW)

To bardzo krótki cytat, ale nie sądzę, by był „wyrwany z kontekstu”. Kontekst wzmacnia tylko to, co zrozumiałe po przeczytaniu tego jednego zdania: złe prośby to te, które służą zaspokojeniu potrzeb proszącego. „Potrzeb”?? Chyba przesadziłem, co? Tu mowa raczej o przyjemnościach, zachciankach, pragnieniach i namiętnościach? A teraz bądźmy szczerzy: któż to wszystko odróżni? Zachłanność ludzka nie zna granic. Potrzeba, gdy zostanie zaspokojona, nie umiera, ale natychmiast staje się namiętnością. Jest to skądinąd dobra cecha ludzkiej natury, że zawsze chce się więcej i więcej i nigdy nie jest dość. Pytanie tylko, na jakich torach ustawię swoje chciejstwo (i działanie)?

Bóg mówi, że wie, czego potrzebuję i zaspokaja moje potrzeby. Robi to wtedy, gdy proszę i kiedy tylko wzdycham, i nawet wtedy, gdy ani pomyślę, żeby zwrócić się do Niego o pomoc. Bóg troszczy się o mnie bardziej niż o kruki i o lilie, i o trawy polne, jak mówi Jezus (Łuk. 12:24-28). Ryzykownie stwierdzę, że o większość swoich potrzeb, jak pieniądze, dach nad głową, nawet nie muszę się modlić, nie warto na to tracić czasu. Wystarczy, jak będę wdzięczny za to, co już otrzymałem.

Na czym więc powinienem skupić swoje modlitewne wysiłki, że to tak szumnie nazwę? Większy sens modlitwy, a nawet większa ochota na nią jest wtedy, gdy się modlę o innych. Tych innych, którzy są na dobrej drodze, a potrzebują wsparcia albo są na złej drodze i potrzebują się nawrócić… Ta myśl przyszła jak olśnienie, czytaj: objawienie – zupełnie nagle, parę dni temu. Oto jest dobra prośba, oto modlitwa, która dopiero jest fascynująca, bo wysłuchana. Ha, to jest modlitwa, po której można spodziewać się cudów! Czyż to nie jest ekscytujące? Oby ta myśl pozostała we mnie świeża i żywa, żebym każdego dnia ustawiał swoje intencje, marzenia, siły na właściwych torach i jechał z moim „chciejstwem” w dobrą stronę.

Kto mnie owinie w becik?

Becik pozwala dziecku spokojnie usnąć. I tak jak niemowlę uczy się zasypiać, tak każdy człowiek powinien zostać nauczony by się zatrzymać i spędzić czas ze swoim Tatą – Bogiem.

Do becika wrócę, ale po kolei. Pierwsza inspiracja to kazanie pt. „Przystopuj” Marka Ciesiółki, w którym przekonywał on, że dbałość o regularne przystanki, wyciszenia, spotkania z Bogiem to warunek tego, żeby nie zwariować, nie troszczyć się i zachować ten „pokój, który przewyższa wszelki rozum” (Flp. 4:7). Co więcej, jest to warunek tego, by – cokolwiek w życiu buduję – przeżyło mnie i ostało się na Bożym sądzie i było jak budowla ze złota, srebra i drogich kamieni, a nie z drzewa, siana i słomy (por. 1 Kor. 3:12).

Ale czy można się tego nauczyć, tych regularnych spotkań z Bogiem? Z pewnością jest to kwestia nie tylko miłości (do) Taty i właściwej postawy serca, ale też dyscypliny. Pomyślałem, że byłoby nam, chrześcijanom o wiele łatwiej, gdyby każdy z nas miał duchowego rodzica – kogoś, kto pomaga stanąć na nogi na początku drogi z Jezusem, kto uczy elementarnych zasad i dopilnowuje, by duchowy noworodek został całkiem uwolniony, oczyszczony, napełniony Duchem Świętym. Ta myśl też była zainspirowana kazaniem, tym razem Andrzeja Nędzusiaka – pt. „Duchowi rodzice”. Cytowany był dłuższy fragment:

A jako apostołowie Chrystusa mogliśmy być dla was ciężarem, my jednak stanęliśmy pośród was pełni skromności, jak matka troskliwie opiekująca się swoimi dziećmi. Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze, tak bowiem staliście się nam drodzy. (…) Wiecie: tak każdego z was zachęcaliśmy i zaklinaliśmy, jak ojciec swe dzieci, abyście postępowali w sposób godny Boga, który was wzywa do swego królestwa i chwały. (1 Tes 2:7-8, 11-12, BT)

Andrzej Nędzusiak dodał, że skoro teraz rozwijam się dobrze, jestem duchowo zdrowy i przydatny dla Bożego Królestwa, to jest to wynikiem tego, że ktoś zainwestował w moje życie: czas, siły, uczucia. Ktoś poświęcił mi wiele uwagi – jak matka karmiąca piersią („żywicielka” w 1 Tes. 2:7 w BW) – pełna ciepła i „życzliwości” – i jak ojciec, który zachęca i napomina.

A czy przy każdym nowonawróconym znajdzie się duchowy rodzic, który powstrzyma na chwilę entuzjazm młodego i nakaże się uspokoić, pomodlić, jakby krępował ruchy niemowlaka, by mógł zasnąć i nabrać sił? Taki „duchowy becik”. Jezus właśnie tak postąpił ze swoimi uczniami:

I zeszli się apostołowie u Jezusa, i opowiedzieli mu wszystko, co uczynili i czego nauczali. I rzekł im: Wy sami idźcie na osobność, na miejsce ustronne i odpocznijcie nieco. Albowiem tych, co przychodzili i odchodzili, było wielu, tak iż nie mieli nawet czasu, żeby się posilić. (Mar. 6:30-31, BW)

Nie będę przepraszać

Postanowione: nie będę już używał słowa „przepraszam”. Zwariowałem? Nie, wpadłem na genialną myśl: przecież Jezus też nigdy nie przepraszał. A ja mam być przecież jak On.

No dobra, tytuł ma być prowokacyjny. Serio spodziewam się, że to będzie ostatnia rzecz, jakiej się w życiu nauczę: nie przepraszać. Dlatego, że nie jestem doskonały i w odróżnieniu od Jezusa potrzebuję nieraz dostrzec swoją winę i przeprosić. Ale chcę być doskonały! Zresztą tu nawet nie chodzi o moją chęć. Zostałem stworzony doskonały i taki mam pozostać. Z ciałem będzie trudniej – ono się starzeje. Ale to nie powód do zmartwienia, jak mówi Apostoł Paweł: Dlatego nie upadamy na duchu: bo choć zewnętrzny nasz człowiek niszczeje, to jednak ten nasz wewnętrzny odnawia się z każdym dniem. (2 Kor. 4:16, BW). Cel to być doskonałym.

A doskonałość daje dziedzictwo, więc warto się starać. Jest na to masa wersetów z Pisma. Wezmę dwa, ale nie chcę nimi wspierać mojej tezy, chcę się z nich czegoś nauczyć:

1. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie. (Flp 3:12-14, BT)

2. A gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał się Pan Abramowi i rzekł do niego: Jam jest Bóg Wszechmogący, trwaj w społeczności ze mną i bądź doskonały! Ustanowię bowiem przymierze między mną a tobą i dam ci bardzo liczne potomstwo. (1 Moj. 17:1-2, BW)

Oba fragmenty mówią w kontekście doskonałości o nagrodzie i dziedzictwie. Oba podają sposób na doskonałość: po pierwsze, patrzę w przyszłość i pędzę! A jeśli przeszłość jest brudna, to jak się w niej nie babrać? Przeprosić Boga i ludzi. Po drugie (i to się łączy), trwam w społeczności z Bogiem. W tym jest moc! No wiesz, modlitwa, eucharystia i takie tam. Przepraszam, ale bez tego ani rusz.

Nie wódź nas na pokuszenie?

Bzdura! Te kilka słów chcę dziś wyjaśnić. Pochodzą oczywiście z modlitwy Ojcze nasz, którą innym razem może omówię dokładniej. Tymczasem dotarłem do połowy kazania na górze.

Powstało pewne nieporozumienie, związane z fragmentem słynnej modlitwy, której Jezus nauczył swoich uczniów jako tej modelowej, idealnej, jak wzorzec z Sèvres, z pietyzmem przechowywanej w dwóch ewangeliach (Mat. 6:13, Łuk. 11:4). Modlitwa idealna, a tłumaczenie miejscami – spartaczone, nie ma co ukrywać:

I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego (Mat. 6:13, BW)

Tak dla spokoju ducha, czy każdy wie, że słowa „i nie wódź nas na pokuszenie” są bez sensu? Nie każdy? Świetnie. Mogę więc podać dla tego dwa powody. Po pierwsze, Bóg nikogo nie kusi, nie wodzi do złego, nie zwodzi. Mówi o tym inny werset: Niechaj nikt, gdy wystawiony jest na pokusę, nie mówi: Przez Boga jestem kuszony; Bóg bowiem nie jest podatny na pokusy do złego ani sam nikogo nie kusi. (Jak. 1:13, BW). Po drugie, jeśli doczytam list Jakuba, to dowiem się, że pokusy nie są niczym złym, zdarzają się każdemu i mogą być nawet źródłem satysfakcji: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie. (Jak. 1:2, BW). Jezus nie uczyłby zatem swych uczniów, by modlili się o unikanie pokus.

Słowa „nie wódź nas na pokuszenie” wzięły się z wcześniejszych przekładów i… tradycji. Bardzo trudno jest na przykład zmienić tekst śpiewany, a przecież modlitwę Ojcze Nasz śpiewa się często. No więc co zrobić?

  1. Nie narzekać. Przecież nikt nie każe mi powtarzać słów, z którymi się nie zgadzam, tym bardziej, że najbardziej popularny polski przekład, tj. Biblia Tysiąclecia, nie zawodzi i jest dobrą alternatywą (i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!).
  2. Wyluzować się. Nawet jeśli utarło się już mówić tak, a nie inaczej (zwłaszcza wspólnie), można po prostu wiedzieć, o czym się mówi. Nawet jeśli słowa trochę nie pasują do myśli i intencji.