Margines błędu

Byłem ostatnio na warsztatach perkusyjnych z Cezarym Konradem – znanym muzykiem, który nie szczędził nam – uczestnikom – różnych zabawnych i pouczających anegdot. Opowiadał na przykład:

– A teraz bez tego. – Powiedział Zbyszek Namysłowski i zasłonił, prawie oparł się o mój ride. – Ale jak to? – Pomyślałem. – No trudno, pewnie wie, co robi. – Nie muszę wam mówić, jak się męczyłem…

Każdy, kto słuchał choć trochę jazzu, wie, że bez ride’a – tego największego talerza w zestawie perkusyjnym – może być ciężko zagrać stylowy kawałek. A jednak w tym przypadku to umyślne upośledzenie perkusisty wyszło na dobre dla całego nagrania.

Przypomniało mi się to, kiedy czytałem dziś w Przypowieściach Salomona:

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. (Przyp. Sal. 3:5, NBG)

Zatrzymałem wzrok na tych słowach, na „własnej mądrości”. Znaczy co, mam dać sobie wyprać mózg? Nie, nawet jeśli przyjmę cudze przekonania i sposób myślenia, to przyjmę jako… własną mądrość.

A może mam w ogóle pogardzić mądrością? Nie, nie mógł mądry Salomon pochwalać głupoty. Radził tylko, żeby na własnej mądrości „nie polegać”.

Zamiast tego… ufać Bogu. To znaczy powinienem robić najmądrzej, jak umiem. Ale – tak jak dziecko – nie do końca być pewnym, co z tego wyjdzie. A jeśli wyjdzie co złego, Tata naprawi.

Pamiętaj o Nim na wszystkich twoich drogach, a wtedy On wyrówna twoje ścieżki. (6)

To nie zwalnia z odpowiedzialności.

bój się Wiekuistego i stroń od złego (7b)

…ale uwalnia od presji pt. „a co, jeśli zrobię coś odrobinę nie tak?” Albo od obaw: „a co, jeśli zrobiłem wszystko dobrze, a skończy się źle?” Ufność Bogu pozwala przetrwać trudne momenty, bo mam nadzieję, że sprawy nie skończą się tak fatalnie, jak wszystko na to wskazuje. 

Ufność Bogu wreszcie pozwala osiągnąć więcej, niż sobie wyobrażałem, że mogę. Bo po mojemu nie mam szans na przeskoczenie poprzeczki. „Nie polegaj na własnej mądrości”.

Wszystko się może zdarzyć, nie tylko cuda, które ludzkiej mądrości urągają. (Bogu dzięki.) Ale też czasem okazuje się, że mój ogląd rzeczy na początku był fałszywy. Nie ogarniam tej wielkiej układanki, którą Bóg rozumie i kontroluje. Muszę więc zrobić margines błędu mojej mądrości, jak największy. Zagrać czasem bez niej, jak bez tego talerza.

Patrz, na czym siedzisz

Mądrzy, a właściwie nie mądrzy, tylko mędrkujący ludzie krótko po reformacji zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle Bóg zbawia albo karze, czy może jest tylko wielkim architektem lub zegarmistrzem, który puścił w ruch ten glob i układ kosmiczny, a potem przestał się interesować, jaki tu się wyprawia bajzel.

Natomiast Biblia jest warta uwagi o tyle, że może zawierać cenne porady, wskazywać na zasady działania tego mechanizmu, zwanego światem. Jednak nie ma mowy o „tekście natchnionym”, bo przez kogo? Bóg nie jest osobowy, nie może „tchnąć” Ducha, nie ingeruje… 

Ten pogląd, zresztą niespójny i sam w sobie będący powodem sporów, nazwano deizmem. A ta nazwa, jak każdy -izm, brzmi mądrze. Tylko… nie wytrzymuje konfrontacji z samym Pismem i życiem. O mądralach-deistach wypowiada się sam Bóg ustami proroka Sofoniasza:

Tego dnia przeszukam Jeruszalaim z pochodniami oraz nawiedzę ludzi osadzonych na swoich drożdżach; tych, co mniemają w swoim sercu: Wiekuisty nie czyni ani dobrego, ani złego. Ich mienie pójdzie na łup, a ich domy będą pustkowiem (Sof. 1:12-13a, NBG)

Bóg planuje udowodnić, że JEST, karając. Dlaczego tak? Bo po dobroci już próbował. Zauważmy! Na czym siedzą ci ludzie, których zamierza „nawiedzić”? Na drożdżach. Pieką sobie swój chlebek, pędzą sobie winko, jedzą, piją i są zadowoleni… z siebie. Nie dopuszczając myśli, że pełnymi garściami czerpią z bożych darów, na które przecież nie zasłużyli.

Nie wiem jak wy, ale ja planuję nie popełniać ich błędu. – Patrz, na czym siedzisz! – Mówię sobie. – Może nie śpisz na pieniądzach, ale na drożdżach…

W gusła wierzysz?

​Bóg wiele razy powtarza, że on jest jedynym bogiem. Ale po co mi to wiedzieć, mi – człowiekowi XXI wieku, który nie wierzy w gusła i zabobony?

Może sobie być i jedynym, i jednym z wielu, jaka różnica? Przecież ja się nie kłaniam żadnemu! – Tak mogłoby powiedzieć wielu współczesnych ateistów lub zwykłych ignorantów w sprawach wiary.

W księdze Izajasza to zapewnienie występuje nie raz: ja jestem jedynym Bogiem! Czasem w dużym zagęszczeniu, np.: Iz. 43:11, 44:6,8, 45:5,18,21. Wygląda na to, że to piekielnie ważne.

Mam więc to zignorować? W imię czego? Przecież nie innego boga, raczej… No właśnie, czemu lub komu ja w życiu ufam? Sobie, zasadom? Ok… Ale Bóg mówi o sobie:

jestem tym, który… czyni głupców z wróżbitów; który mędrców odrzuca do tyłu i czyni głupstwem ich wiedzę (Iz 44:25, NBG)

Może przyjść moment, kiedy zapytam z rozpaczą w głosie: co robię nie tak?? Wszystko się wali w moim życiu, a ja nie wiem, dlaczego. Wszystkie złote zasady na nic!

Być może dzieje się tak dlatego, że właśnie ufam zasadom, a nie żywemu Bogu. Czym się różnię od czcicieli posągów? Zasady są martwe tak, jak złocone drewno. Bez względu na to, czy są religijne i sprawiają pozór pobożności, czy też zupełnie z tym sprzeczne.

W pierwszym przypadku mogę być jedną z tych osób, które budują zdrowe, harmonijne życie, ale wciąż czegoś im brakuje; żyją zasadami Królestwa, ale nie znają Króla. W drugim przypadku po prostu rujnuję sobie życie. 

Bóg nie chce nakładać na człowieka ciężarów, których nie może unieść. Bo tak robi diabeł i jego „magicy”:

Zgiął się Bel, skulił Nebo; ich posągi są pośród roślin i bydląt; te przez was obnoszone, nałożone jako brzemię dla znużonych (Iz 46:1, NBG) 

Podobnie mówi Jezus o faryzeuszach – mistrzach religijnej poprawności:

Wiążą ciężkie i nie do uniesienia brzemiona, oraz kładą je na ramiona ludzi, lecz nie chcą ich ruszyć swoim palcem. (Mat 23:4, NBG)

Podobnie naucza Paweł:

Jeśli więc umarliście z Chrystusem dla żywiołów tego świata, to dlaczego – jakbyście jeszcze żyli dla świata – poddajecie się nakazom: Nie dotykaj, nie kosztuj, nie ruszaj… (Kol. 2:20, PUBG)

A może nie czuję się jeszcze gotów, by poznać Króla? Mogę się poczuć, czytam przecież: „Wezwałem cię twoim imieniem – mówi Bóg – chociaż mnie nie znałeś” (Iz. 45:4).

Mędrkował i zbzikował

W tym tygodniu przeczytałem uroczą przeróbkę Psalmu 23: „Pan jest pasterzem moim, Nietzschego mi nie braknie!” – Jego wola, nie moja. Trudno trafić celniej w temat. Chociaż Apostoł Paweł też nieźle sobie z tym poradził.

Podsumowując swój pierwszy list do duchowego syna – Tymoteusza, pisze tak:

Jeśli ktoś głosi inną naukę, a nie zajmuje się zdrowymi słowami naszego Pana, Jezusa Chrystusa, oraz nauką w celu pobożności, ten jest zarozumiały/nadęty, nic nie rozumie/nie wie, ale ma bzika/chorobliwą skłonność co do badań i sporów o słowa, z których powstaje zazdrość/zawiść, kłótnia, zniesławianie, niegodziwe domysły.

Jako żywo stają mi przed oczami niekończące się dyskusje na facebooku i różnych forach internetowych, argumenty ad personam i rodzące się stąd głębokie podziały; bardziej emocjonalne oraz wydumane niż logiczne i rzeczowe.

To nie tak, że nauka jest niepotrzebna, że to niebezpieczna gleba, że filozofia, socjologia, politologia, ekonomia czy teologia – to mielizny i diable nasienie. Nic bardziej mylnego! Ale: JAKA nauka jest dobra, właściwa, cenna? Nauka w celu pobożności. Proste kryterium!

A ponadto… no, bądźmy szczerzy, przecież to widać; naprawdę łatwo jest znaleźć tych ludzi zbzikowanych na punkcie sporów o słowa, mędrkowania, akademickich dyskusji – jako zły przykład; czy nie idę ich drogą?

Sławną być

Nie za bardzo znam się na byciu kobietą, ale gdybym nią był, to… chciałabym być sławna.

Czy widzieliście już mem z Kim Kardashian? Z tą gwiazdą, która stała się synonimem niewiele umiejącej celebrytki, płycizny kolorowych pisemek i bezprecedensowo nieproporcjonalnego uwypuklenia fizycznych atrybutów kobiecości, które stały się wartością samą w sobie.

Najpierw zobaczyłem więc tekst: „w świecie pełnym Kardashianek bądź Skłodowską-Curie”. Potem to samo z innym zakończeniem: „…bądź Księżną Dianą”. Potem „…bądź Audrey Hepburn”. Widocznie ktoś zaczął się pukać w czoło tak, jak ja i napisał: „w świecie pełnym Kardashianek, bądź taką kobietą, jaką chcesz i przestań rozpowszechniać łatwo przyswajalną mizoginię, która obraża jedną kobietę, by skomplementować drugą. Świętujmy wspaniałą różnorodność kobiet!”

Coś w tym jest. Zostawmy więc tę biedną-nie biedną panią na „K”. Przeczytałem coś, co pozwala, w tej „wspaniałej różnorodności” jednak oddzielić głupotę od fajności-mądrości. To ostatni wers laurki, jaką autor „Przypowieści” wystawia na koniec księgi „dzielnej kobiecie” (Przyp. 31:10-31).

W bramach niech ją sławią jej czyny.

Wyobrażam sobie taką kobietę. Wyobrażam fikcyjnie i realnie – w twarzach kobiet, które znam. To zachęta nie tylko dla kobiet, by w świecie pełnym próżności pozwolić mówić swoim czynom. To również polecenie dla wszystkich, by takie właśnie kobiety chwalić najwięcej. By takie były sławne.

Jedzenie, picie, seks i niebo

Po przeczytaniu tego wpisu już nigdy nie będziesz zdołowany lekturą Księgi Koheleta – o „marności nad marnościami”. A jeśli nie masz tej lektury w planach, to… już masz.

Księga Kaznodziei Salomona, czyli Koheleta, jak wiemy z lekcji polskiego, od pierwszych słów tchnie beznadzieją: „marność nad marnościami i wszystko marność”. Ale nie jest tak smutno, jak się wydaje.

Wśród trzech ksiąg napisanych przez Salomona można stopniować ich nastrój wraz z wiekiem autora: za młodu popełnił „Pieśń nad Pieśniami” – radosną, prawie beztroską, miłosną ucztę; potem, gdy był dojrzalszy, spisał Księgę Przypowieści / Przysłów – pełną rad i nadziei w dobry porządek świata, a w podeszłym wieku, na skraju dostępnej mądrości (która dostarcza zmartwień – Kazn. 1:18), zapisał te najsmutniejsze myśli. Jak z tych trzech wyciągnie się jakąś średnią, to będzie całkiem nieźle.

Poza tym można i pośród tych „beznadziejnych” wersetów znaleźć takie, które dają zaczepienie w otchłani marności; w poczuciu, że cokolwiek zrobisz, nic ci po tym:

to, co zdobyłem z trudem, muszę powierzyć człowiekowi, który po mnie przyjdzie. A kto wie, czy on będzie mądry czy głupi? (2:18-19) Jak wyszedł z łona swojej matki, tak znowu wraca nagi (5:14)

Jeśli szukam pozytywów, to dwie rzeczy są dobre (i nie marne!): raz, że można „jeść i pić, i być dobrej myśli przy wszelkim trudzie” (5:17) Dwa, że – jak czytam – „celem wszystkich słów, które tutaj słyszano, jest stwierdzenie: obawiaj się Boga i przestrzegaj Jego przykazań” (12:13, NBG)

Co do radosnego używania życia – jedno „ale”: „Również to jest darem Bożym, że człowiek może jeść i pić, i dogadzać sobie” (3:13 albo 2:24). Pieniądze dają szczęście? Może i tak, ale… to właściwie też dar. A mój trud, kariera itd.? To marność. Jednak jedzenie i picie jest fajne. I nie tylko to zresztą:

Używaj życia ze swoją ukochaną żoną po wszystkie dni twojego marnego bytowania (Kazn. 9:9, BW)

Co do tej drugiej rzeczy; posłuszeństwa Bogu… Nie jest łatwo, życie bywa mało zachęcające:

bezbożnych chowano z czcią, natomiast musieli odejść z miejsca świętego ci, którzy postępują uczciwie i byli zapomniani w mieście. To również jest marnością. (…) Ale bezbożnemu nie będzie się dobrze powodziło i jak cień nie będzie żył długo ten, kto się nie boi oblicza Bożego. (8:11,14)

Czyli mimo wszystko opłaca się. I najlepsze: Salomon pyta, „Jaki pożytek ma człowiek z całego swego trudu, który znosi POD SŁOŃCEM?” (Kazn. 1:3) Ale nie w niebie! Kto już dziś stara się żyć tym, co w górze i gromadzi skarby „w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną” (Mat. 6:20), ten opiera się wszechobecnej marności i dziadostwu. Jeżeli przyjemności życia są fajne, to możność wybicia się już dziś ponad doczesność jest megafajna!

Ufaj szkiełku i oku. I sercu. I Bogu

Znam mężczyzn, którzy przyznają otwarcie, że ciężko było im uwierzyć, bo od zawsze myśleli bardzo racjonalnie. Fakt, że nadal trzeźwo rozumują i jednocześnie żyją dla Boga, jest dla mnie genialnym potwierdzeniem prawdy bożego słowa.

Racjonaliści stoją mocno na ziemi. Fajnie? No to przyjmę tak jak oni, że prawdą jest to, co się da poznać, już nie wchodząc w filozoficzne rozważania nad poznaniem. To jest epistemologia – bez dna. Kiedy pytam syna, czy uderzył swoją siostrę, to interesuje mnie prawda. Proste. Kiedy myślę o tym, co zrobiłem złego, to tak samo, nie chcę się oszukiwać. Czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Ale jest coś, co jest równie istotne. Tak samo ważne, jak prawda. Pisze o tym Salomon – tęga głowa.

Niechaj cię nie opuszcza prawda i miłosierdzie; obwiąż je wokół twojej szyi oraz zapisz je na tablicy twojego serca. (Prz 3:3, NBG)

Wypisz sobie na czole, wypisz w charakterze. W innych tłumaczeniach to jest tak: „niech miłość i wierność cię strzeże (BT), „niech cię nie opuszcza łaska i prawda” (BW) Skąd wzięła się ta wierność (albo lojalność, uczciwość, spolegliwość), zamiast prawdy? Ciekawe.

Myślę, że tu chodzi o praktyczne pojęcie prawdy, nie jakieś wydumane, teoretyczne-filozoficzne. Czy ktoś żyje zgodnie z tym, w co wierzy, co jest prawdziwe, bo sprawdzone, poznane przez doświadczenie? Czy może jest fałszywy, wiarołomny, a wierność go wcale nie strzeże?

To jedna strona medalu. Bo co mi to da, że znam tylko prawdę? Mogę osądzić siebie, kogoś innego. Ale czy to będzie mądre? Dokąd to prowadzi? Wszyscy mężowie i żony mogą powiedzieć: na dłuższą metę… donikąd. Bez miłości-miłosierdzia-bycia miłym, a więc i bez przebaczenia nie da się nic trwałego zbudować.

Dlatego rozum czasami nie wystarcza, rozum się buntuje, a moja własna, racjonalna mądrość nie pozwala spojrzeć dalej – tam gdzie widzi On, Tata.

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. Nie bądź mądrym we własnych oczach; bój się Wiekuistego i stroń od złego. (w. 5,7)

Wracając do epistemologii… co ja tak naprawdę wiem? Jaką to prawdę znam? Co ja mogę gruntownie i do końca poznać? Nic. Warto się starać, badać, czytać, słuchać itd., ale… niczego nie mogę być pewnym do końca. To pierwszy powód, by ufać Bogu.

Drugi już wspomniałem: miłosierdzie – to moje, ludzkie – jest chyba równie niedoskonałe, co ludzkie poznanie i wyciągnięta zeń prawda. Hej, racjonaliści! Przewietrzyło się? No to idziemy na dwóch nogach: rozum i serce. A najlepiej jak mnie Tata poniesie.

Rada dla młodych

Dzisiaj wpis dla młodzieży. Będę radził. Nie dlatego, że jestem stary albo mądry, czy jedno i drugie. Ale przeczytałem coś, co mnie – wciąż młodego i głupiego – bardzo zachęca.

Jako się rzekło, za starego się nie uważam. Za mądrego też nie, no bo jakżeby… „On [Bóg] lekceważy wszystkich mądrych we własnym mniemaniu”. (Job 37:24, NBG) Poza tym „nie bądź mądrym we własnych oczach; bój się WIEKUISTEGO i stroń od złego”. (Przyp 3:7, NBG)

A jednak dobrze jest być starym i mądrym. Że mądrym – nikogo nie muszę przekonywać. A czemu starym? Bo nikt mnie nie zbyje, mówiąc: „e, co ty wiesz, młody jesteś”.

Zanim się zestarzeję, minie trochę czasu. Ani tego nie przyspieszę, ani nie opóźnię. Mogę jednak już dziś zrobić coś, co mnie ustawi wyżej od wszystkich starych mistrzów.

Wiecie już? Domyślacie się, co? Ja wiem, bo przeczytałem Psalm 119 – ten najdłuższy, ile w nim smaczków! A wśród nich…

Stałem się rozumniejszym od wszystkich moich nauczycieli, bo moją myślą jest Twe świadectwo. Stałem się roztropniejszym od starców, bo strzegę Twoich przepisów. (w.99-100)

Strzeżenie przepisów to nie praca archiwisty lub ochroniarza. Myślenie świadectwem to nie pranie mózgu. To jest działanie na podstawie logicznych przesłanek.

To ekscytujący sprawdzian, eksperyment, przygoda. Jak podchody w dzieciństwie. Bóg dał mi znak, więc da następny. Zadziałał, kiedy robiłem zgodnie z przepisem, więc na pewno to powtórzy. Krok za krokiem, ścieżką za ścieżką…

Mądry ten, co mądrze robi. A trudno o mądrzejsze działanie niż to zainspirowane przez Ducha Świętego. No to co, młodzi i głupi? Chcemy być mądrzejsi od mistrzów i staruszków?

Jaki straszny manipulator

Czy Bóg mną manipuluje? Skoro robił to z innymi, to ze mną też może! Halo, zaraz, zaraz! Z innymi, to znaczy z kim? O, jest wielu tych, którym Bóg „zatwardzał serca”. Co to znaczy?

Dużo mamy tego w Biblii. Tak dużo, że jest to zastanawiające. Niezbyt dociekliwy czytelnik mógłby zbyć przez nieuwagę jeden przypadek, dwa, pięć, ale nie dziesiątki! Kilka przykładów na szybko: jest faraon, który nie chce wypuścić Izraela, są ludy Kanaanu zmiecione przez Jozuego (dziś głównie o nich), są bałwochwalcy z księgi Izajasza, są słuchacze Jezusa z Nazaretu, którzy nie pojmują przypowieści, są też grzesznicy, o których pisze Apostoł Paweł.

Bóg zatwardza serca, czyni je krnąbrnymi, wydaje na pastwę pożądliwości itd. Do napisania tych zdań skłonił mnie jeden z takich fragmentów, cytuję:

Nie było miasta, które by zawarło pokój z synami izraelskimi, oprócz Chiwwijczyków, mieszkających w Gibeonie; wszystkie inne wzięli w walce orężnej. Bo Pan to sprawił, że serce ich było harde, tak iż prowadzili wojnę z Izraelem, aby obłożył ich klątwą i aby nie było dla nich litości, lecz aby ich wytracono, jak Pan nakazał Mojżeszowi. (Joz. 11:19-20, BW)

No to co z wolną wolą?? Jeśli Bóg manipuluje sercami ludzi, to nie ma nadziei. Jest tylko zły lub dobry los. Ślepy. Albo, co gorsza, złośliwy. Niektórzy nie przebierają w słowach i mówią o Bogu jak o chorym, psychopacie. Nie, musi być inaczej. Musi, bo ja… znam Boga, On taki nie jest.

Może się wydawać, że w sposób okrutny i niesprawiedliwy wytępił ludzi, zamieszkujących Kanaan. A cóż oni winni, w czym byli gorsi od Izraela? Ano w tym, że nie szukali Boga. Nie chcieli zawrócić z raz obranej drogi, raz wyznaczonego szlaku – nawyków, kultu i wpisanych w niego obrzydliwych praktyk religijnych. Nawyk – to jest to, co utwierdza serce – w opozycji do Boga lub w poddaniu.

Kiedy czytam w Biblii, że Bóg zatwardził czyjeś serce, to znaczy, że puścił go wolno, by zły nawyk zrobił swoje. Tak jak wówczas, gdy rzeka wzbiera i robi malutką wyrwę w wałach przeciwpowodziowych. Mała strużka robi się coraz szersza, głębsza, silniejsza, aż w końcu rozwala zabezpieczenia i dochodzi do katastrofy. Żywioł nie oszczędza nikogo.

Powtarzam pytanie z początku: czy Bóg mną manipuluje? Nie. A jeśli nie, to co? Dlaczego, gdy patrzę wstecz, widzę jakby plagi? Czy to nie był owoc hardego serca, nieposłusznego, nieskorego do porzucenia swojej drogi, dumy, przekonań o własnej sile i mądrości? Niechętnego do zawrócenia, do poddania? Dyscyplina nie jest przyjemna. Ale nie jest też potępiająca.

Trzy lekcje od Miriam

O tak zwanym zwiastowaniu napisano już wiele. To barwna i znacząca scena. Efektowna. No bo tu młoda dziewczyna, Miriam, tu archanioł Gabriel, pewnie z jakimś mieczem, świetlisty i w ogóle. I nie lada nowina: że panna pocznie i urodzi Zbawiciela – Jezusa, bożego pomazańca, Bożego Syna.

Podziwiam ją za jedną rzecz: pierwszą reakcję: „jak to się stanie, skoro nie spałam z żadnym mężczyzną, jestem dziewicą?” (Łuk. 1:34) W popularnych tłumaczeniach czytamy „skoro nie znam męża”, ale chodzi o poznanie faceta w łóżku – to widać dobitnie po innych przekładach.

Może Miriam palnęła tak, bo to pierwsze, co jej przyszło do głowy, ale tym bardziej potwierdza to jej rozsądek, mądrość, no i pokorę. Zauważmy, że jakby zbyła milczeniem te wszystkie doniosłe sprawy, które później dopiero rozważała i coraz bardziej się nimi cieszyła; że jej syn

będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego. I da mu Pan Bóg tron jego ojca Dawida. I będzie królował nad domem Jakuba na wieki, a jego królestwu nie będzie końca. (32-33)

Ani się tym nie podniecała, ani nawet słowem wspomniała. Z jednej strony, była opanowana jak dojrzała osoba. Miejmy na względzie fakt, że w tym czasie cały Izrael, cała okupowana Jerozolima wyglądała Mesjasza co najmniej tak, jakby zaraz miały przyjechać w zwycięskiej paradzie ich czołgi, a rozentuzjazmowany tłum obsypywałby je kwiatami.

Z drugiej strony, Miriam musiała przyjąć za rzecz oczywistą, że zgodzi się na plan przedstawiony przez Gabriela. Bo jedyne pytanie, które miała, było – przepraszam za wyrażenie – natury technicznej; „przecież jestem dziewicą”. To z kolei wymagało postawy służebnej, postawy oddania i poświęcenia, wyrobionej od najmłodszych lat. Zgadzam się, tak! Tylko drobny szczegół: jak?

Wiecie co? Józef musiał być szczęściarzem, biorąc sobie taką dziewczynę za żonę. Wspaniała. Piszę to jako chłopak, facet, mąż – tak na marginesie. A zmierzając do sedna, to chciałbym wziąć od matki Jezusa te trzy lekcje: być zawsze gotowym na powiedzenie „tak” Bogu, nie tracić rozumu wobec skali Jego zamierzeń, pytać o szczegóły, nawet gdy to pytanie zdaje się być głupawe.