Plan wydatków: 100%

Nie wiem jak wy, ale ja nieraz mozoliłem się nad czymś, a w międzyczasie zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens. Najlepiej jest w ogóle od tego zacząć: obliczyć zasoby. Mierzyć zamiary na siły, na gotowość do poświęceń.

Np. czy jestem gotów sprzedać wszystko, co mam, by ratować upadający biznes? Albo dokończyć budowę? Czy jestem gotów walczyć do upadłego? Jeśli nie, lepiej nie tracić krwi i zawczasu zdecydować się na kompromis, rozejm, nawet niekorzystny.

Na świecie wiele jest niedokończonych budów, które służą za pośmiewisko. Czy chcę, żeby tak samo śmiali się ludzie ze mnie i z mojego życia? Nie, więc myślę i medytuję nad krzyżem. Jezus mówi:

Kto nie niesie swego krzyża, a idzie za mną, nie może być moim uczniem. (Łuk. 14:27, PUBG)

– właśnie w tym kontekście: planowania wydatków – czy starczy do osiągnięcia celu. Co to ma wspólnego z krzyżem? Ano to, że idąc za Jezusem, muszę zaplanować wydatki w wysokości 100% tego, co posiadam. Jeśli poświęcę Bogu same niedziele albo dziesięć lat i koniec, będę… śmieszny.

Jak niosę krzyż, to:

  • już nie bardzo mogę nieść coś innego;
  • nie mogę go na chwilę odstawić i zająć się czymś innym;
  • jestem gotów na nim umrzeć, jako męczennik lub śmiercią naturalną, ale z poczuciem, że zapłaciłem 100% i dokończyłem robotę.

W praktyce oznacza to tyle: wszystkim, co robię, służyć Jemu. Każdego dnia i każdej godziny próbować służyć ludziom i dzielić się z nimi Bożą miłością i ewangelią. Trudne. Ale piękne i daje mnóstwo satysfakcji.

Głupie gadanie

Mówią, że im człowiek starszy, tym częściej mu się zdarza myśleć: jak ja, kurde, mało wiem. Im człowiek dojrzalszy, tym więcej pytań i mniej odpowiedzi. Im człowiek mądrzejszy, tym głupszy? Jak to?!

Do takiego słusznego wieku musiał dojść Sokrates, gdy wypowiedział słynne „wiem, że nic nie wiem”. Podobną dojrzałością cechował się Apostoł Paweł, Szaweł z Tarsu, znawca Pism i Prawa, wykształcony, sroce spod ogona nie wyleciał, a jednak…

Bracia, nie przybyłem do was, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. (1 Kor 2:1-2, BT)

Na pewno nie jest to pochwała ignorancji. Paweł pisze „postanowiłem nie znać/ nie umieć”, a tak może powiedzieć tylko ktoś, kto coś więcej zna i umie. Kiedy tak powie profesor, to nadstawimy ucho, co zamiast…? Kiedy to powie żółtodziób, zaraz prychniemy, że cymbał.

Paweł z pewnością coś wiedział i umiał. Listy apostolskie, będące próbką jego talentu, oddają łatwość, z jaką potrafił przywoływać wersety z Pism hebrajskich, żonglować nimi i perorować. Takie wyznanie, jak z powyższego cytatu, można by więc uznać za przejaw kokieterii.

Z drugiej strony, co bym powiedział o Pawle, gdyby nie ten cytat? Że jest jakimś uczniem sofistów, którzy w tych czasach mieli już łatkę retorów, co to każdego kota ogonem odwrócą. „I nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne…” Tak i Paweł naumiał się Prawa, a teraz na podstawie Mojżesza i proroków spiera się z wyznawcami… Mojżesza i proroków!

No, dosyć tych fantazji. Przecież napisał wyraźnie: nie przyszedłem, żeby kazać wyniośle ex cathedra, brylować i błyszczeć, nie… Postanowiłem wrócić do prostoty. – Na czym się znam? – Pytacie. Na Jezusie. I to ukrzyżowanym. Znam się na Chrystusie bezprawnie skazanym, haniebnie zamordowanym i pozbawionym czci. Oto moja wiedza. Kupujecie to?

No właśnie. Dlatego pisze Paweł dalej: „przybyłem do was w słabości i w lęku, i w wielkiej trwodze” (2:3, BW) Dzisiaj mamy trochę inny kontekst, mówię komu: słyszałeś o Jezusie na krzyżu? – Pewnie, stary, ale o co ci chodzi? – Chrystus jest dziś inną figurą kulturową niż wtedy. Ale jedno się nie zmieniło: mowa o krzyżu jest głupia.

Oczywiście, żeby to przyznać, trzeba zdjąć płaszczyk religijności. I okulary mądrali. Głupio się wtedy wygląda. A może ta głupota to nie głupota, ale taka „niezręczna cisza” – miejsce na „Ducha i moc”. To są dwie rzeczy, których boją się wszyscy mądrale.

Krzyż jest absurdalny

Dla wielu ludzi tak właśnie jest. Przyzwyczaiłem się do tego. Jak pisze Apostoł Paweł „mowa o krzyżu jest głupstwem dla świata”. Jest absurdem. Jak ten absurd pojąć i przyjąć? To dość oczywiste.

Przeczytałem w pewnym miejscu rzecz, która miała być jednym z koronnych argumentów za tym, by chrześcijaństwo uznać za fałszywe:

Teologia chrześcijańska jest niespójna tak, że dochodzi do absurdów. Bóg, zabijający swego syna po to, by przebaczyć nasze przyszłe grzechy to jakbym ja złamał swojemu synowi nogę, żeby móc przebaczyć sąsiadowi na wypadek, gdyby kiedykolwiek zaparkował na moim podjeździe. To śmieszne!

U początku każdego nonsensu zwykle stoi jakieś kłamstwo, czyż nie? No to zastanówmy się, jak to jest z tym zabijaniem własnego syna. Hm… Właściwie nie potrzebuję zbyt długo nad tym myśleć. Niech sprawę wyjaśni sam ten „zabity syn”. Natychmiast przychodzi mi do głowy jego – Jezusa przypowieść:

Pewien człowiek zasadził winnicę i wydzierżawił ją wieśniakom, i odjechał na dłuższy czas. A we właściwym czasie posłał do tych wieśniaków sługę, aby mu dali owoców z winnicy. Ale wieśniacy, obiwszy go, odprawili z niczym. [Tak też było z drugim i trzecim] Rzekł właściciel winnicy: – Co mam uczynić? Wyślę syna mego umiłowanego; może tego uszanują. – Lecz gdy go wieśniacy ujrzeli, rozprawiali między sobą, mówiąc: To jest dziedzic, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze. I wyrzuciwszy go poza winnicę, zabili. Co więc uczyni im właściciel winnicy? Przyjdzie i wytraci tych wieśniaków, a winnicę odda innym. (Łuk. 20:9-16, BW)

No to kto tu jest śmieszny, niepoważny? Kto ociera się o absurd? Pan winnicy – Bóg, czy raczej dzierżawcy – wieśniacy? Ja nie mam wątpliwości, ale gdyby ktoś miał, to jeszcze raz:

To jest dziedzic, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze.

To jest naprawdę śmieszne. I straszne. Przerażająca jest ludzka głupota. Boże uchowaj mnie! Uchowaj, bo jak mówi przysłowie, „nie śmiej się, dziadku, z czyjegoś wypadku… dziadek się śmiał i to samo miał”. Czy Bóg posłał swojego syna na świat po to, by go zgładzić? Tak, ale jego odrzucenie i śmierć oraz zmartwychwstanie jest zarówno powodem sądu i kary, jak i przebaczenia i zbawienia. Jak na kamieniu węgielnym można oprzeć budowę albo… roztrzaskać się o niego.

Czegoś więc brakuje w tej analogii. Nie tylko zmartwychwstania, to jest jakby uzdrowienia złamanej nogi. Fałszywe jest przypisywanie sprawstwa tej kaźni Bogu. Tak, „spodobało się Panu zmiażdżyć go cierpieniem” (Iz 53:10, BT), ale czy zrobił to sam? Nie, ale zrobili to dzierżawcy winnicy – my, grzeszni ludzie. Każdy z nas dołożył swój kamień, swój gwóźdź do krzyża. Nie skorzystać wobec tego z ostatniej szansy – to dopiero absurd.

Zwycięzca na krzyżu

Dziś znów konfrontuję ze sobą dwa obrazy Jezusa – dwa sprzeczne ze sobą wyobrażenia, które można sobie stworzyć, czytając ostatnie słowa Mesjasza na krzyżu.

Jak wyliczono, Jezus przed śmiercią odezwał się siedem razy. Każde z tych siedmiu jest znaczące. Moją uwagę przykuła dziś tylko jedna z tych „mów”, jedno zdanie, występujące też w Psalmie 22 (jako pierwsze):

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił…?

Czytając te słowa po aramejsku, w Ewangelii Mateusza lub Marka „Eli, Eli, lama sabachthani?”, zawsze wyobrażałem sobie umęczonego Jezusa, którego Bóg opuścił ze względu na obciążenie grzechami całej ludzkości. I że jego krzyk lub jęk bólu był wyrazem cierpienia zadanego przez ostatni, najcięższy cios: oddzielenie od Ojca, z którym zawsze „był jedno”.

Nie jest to pozbawione sensu, ale kiedy przeczytałem Psalm 22, to stało się jasne, że Jezus musiał do niego nawiązywać. I że choć miał siłę wypowiedzieć tylko pierwsze zdanie, to w jego myślach dźwięczały wszystkie pozostałe, dalekie od poczucia porażki. Na przykład:

A przecież Ty jesteś święty, przebywasz w chwałach Izraela. Tobie ufali ojcowie nasi, ufali i wybawiłeś ich. – Wyraz wierności i uwielbienia.

Albo to – świadome odniesienie do spełnianego w tej chwili proroctwa:

Ale ja jestem robakiem, nie człowiekiem, hańbą ludzi i wzgardą pospólstwa. Wszyscy, którzy mnie widzą, szydzą ze mnie, wykrzywiają wargi, potrząsają głową: zaufał Panu, niechże go ratuje! Niech go wybawi, skoro go miłuje!… (…) Rozlałem się jak woda i rozłączyły się wszystkie kości moje. Serce moje stało się jak wosk, roztopiło się we wnętrzu moim. Siła moja wyschła jak skorupa, (…) położyłeś mnie w prochu śmierci. Oto psy otoczyły mnie, osaczyła mnie gromada złośników, przebodli ręce i nogi moje. Mogę policzyć wszystkie kości moje… Oni przyglądają się, sycą się mym widokiem. Między siebie dzielą szaty moje i o suknię moją los rzucają.

I wreszcie najlepsze, pełna wiary i mocy, natchniona deklaracja zwycięstwa, jakże daleka od moich wyobrażeń o cierpiącym na krzyżu Jezusie:

Ty zaś, Panie, nie oddalaj się! Mocy moja, pośpiesz mi z pomocą! Ocal duszę moją od miecza, z psich łap jedyne dobro moje! (…) Wy, którzy się boicie Pana, chwalcie go! Wysławiajcie go wszyscy potomkowie Jakuba! Bójcie się go wszyscy potomkowie Izraela! (…) Ubodzy jeść będą i nasycą się. Będą chwalić Pana ci, którzy go szukają… Niech serce wasze ożyje na zawsze! Wspomną i nawrócą się do Pana wszystkie krańce ziemi, I pokłonią się przed nim wszystkie rodziny pogan. Bo do Pana należy królestwo, On panuje nad narodami. Tylko jemu oddawać będą cześć wszyscy możni ziemi, padną przed nim na kolana wszyscy, którzy się w proch obracają.

Oddychać, nie zdychać

Umrzeć dla samego siebie – hasło rzucone przez Jezusa (i doskonale przezeń wypełnione) kojarzy się często i niesłusznie ze smutnym umartwianiem i jedną nagrodą: życiem po życiu. A gdzie zabawa, gdzie przygoda?

Otóż powiem wam: przygoda zaczyna się od właściwego zrozumienia tego niesamowitego wezwania:

Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż SWÓJ na siebie codziennie, i naśladuje mnie. Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zachowa” (Łuk. 9:23-24, dusza – z gr. „psyche”, stąd psychika – może też oznaczać po prostu życie lub tchnienie życia).

Wytłuściłem słowo „swój”, bo to ważne, żeby wiedzieć, czym jest „MÓJ krzyż”. Mam szukać guza, czy jak? Bynajmniej! A czym był krzyż dla Jezusa, jeśli nie wyrazem miłości do człowieka? Był też ceną, którą zapłacił za to, by uwolnić świat – każdego z nas z osobna – od grzechu. Jak to się przekłada na moje życie?

Czy pamiętacie film „Podziemny krąg” („Fight club”) z Bradem Pittem? Jego główny bohater – charyzmatyczny lider organizacji spiskowej, „dla rozgrzewki” nakłania członków klubu do atakowania przypadkowych, obcych mężczyzn. Można bić, polewać wodą, kopać, rzucać przedmiotami – byle sprowokować do bitki. I zaczyna się sekwencja komicznych, absurdalnych scen, w których mężczyźni zaczepiają innych, „bogu ducha winnych”, zdezorientowanych facetów. Ci reagują na agresję różnie: krzyczą, uciekają, bronią się… Żaden, rzecz jasna, nie odbiera tego pozytywnie.

Jest jednak inny, o wiele bardziej charyzmatyczny przywódca, który nakłaniał do… okazywania miłości. Ci, którzy radykalnie poszli za jego wezwaniem, zaczęli szukać okazji do opowiadania jednej prostej i mocnej historii, a przy okazji pomagania, uzdrawiania, uwalniania od złych duchów itd. Wywołali i wywołują do dziś chaos i zamieszanie, gdziekolwiek się znajdą. Niektórzy przypłacili to życiem, ale żaden nie żałował. Pachnie przygodą? W istocie, to zabawa nie na żarty, że tak powiem.

A mówiąc jaśniej, w odpowiedzi na zadane wyżej pytanie „jak to się przekłada na moje życie?” – chodzi o wyrażanie miłości do ludzi – tak, jak bohaterowie „Podziemnego kręgu” wyrażali agresję. To jest okazywanie dobroci (jeśli zajdzie potrzeba, w nadnaturalny sposób) z istotnym dopiskiem: w imieniu Jezusa. Wszystko, co będę musiał poświęcić, żeby iść tą drogą, mogę nazwać swoim krzyżem.

Przede wszystkim jednak każdy naśladowca Chrystusa musi pogodzić się z tym, że dla Niego straci duszę, tzn. przestawi całą psychikę na nowe tory. Można to też nazwać odnowieniem umysłu albo „postradaniem zmysłów” – na wzór zakochanych. Bo właśnie miłość jest tutaj iskrą zapalną.

Zostanie z ciebie mokra plama

Jeśli bardzo zależy mi na czymś ważnym, to na pewno będzie ciężko. Co w takim razie myśleć o cierpieniu? Czy jest ono w jakiś sposób cenne, a może nie ma sensu?

Kiedy przychodzi nieszczęście, czyli shit happens, mam wybór:

  • mogę wziąć to na klatę i iść dalej z nadzieją, że to trudne doświadczenie uzdolni mnie do czegoś,
  • mogę się z tym nie pogodzić i postawić w roli ofiary, która albo się poddaje i zostaje cierpiętnikiem, albo jeszcze walczy i zostaje bohaterem tragicznym – to już nie ma większego znaczenia.

Pogodzenie się z cierpieniem jako czymś, co może wyjść na dobre – to nazwałbym cechą dojrzałego człowieka. Jest to cecha, której każdy się uczy chyba przez całe życie. Napisałem „każdy”? Przepraszam, był pewien człowiek, o którym wiem, że nigdy się nie wahał. Owszem, przeżywał takie uczucia jak lęk, stres, ból odrzucenia, wstyd, ale nie cofał się przed tym, co uznawał za słuszną drogę, choć mogło mu sprawić przykrość. Oczywiście myślę o Jezusie, a „przykrość” to mało powiedziane. Jezus przeżył coś więcej niż przykrość, przeżył swoją mękę i śmierć, jeśli można tak powiedzieć. Tuż przed tym, jak został wydany, z jego czoła płynął krwawy pot. Po co? Chyba każdy wie: żebym ja i ty, i każdy człowiek mógł być zbawiony z łaski przez wiarę, nie z uczynków…

Cierpienie Jezusa miało sens. Ale co ze mną? Chyba każdy w trudnych chwilach pyta: jaki sens ma moje cierpienie? Mój ból, łzy, zawód, jęki, bezsilna złość i płacz? Tadeusz Nalepa śpiewał taką piosenkę „Kiedyś ci wierzyłem” z tą niezapomnianą puentą: Powiedz Ojcze nasz (…) Powiedz czemu dźwigać mam twój krzyż? Nieśmiało odpowiem za Boga: może właśnie dlatego, żebym ja i tysiące fanów mogli słuchać tych przejmujących piosenek i szukać odpowiedzi na trudne pytania?

Niedawno wracałem z gór, a w Skoczowie odwiedziłem znajomych i ich kościół. Na kazaniu padły słowa, które były dla mnie inspiracją do napisania tego posta: kiedy Bóg dopuszcza, byś był miażdżony przez okoliczności, On też podniesie cię i wysłucha, będzie cię trzymał tak, byś to przeszedł, przetrwał. A ty wylewaj przed nim swoje serce, tak jak Ewa po śmierci Abla, jak Anna, przyszła matka Samuela, o której kapłan Heli pomyślał, że jest pijana, tak jak Maria, oblewająca stopy Jezusa łzami i perfumami (bez których była skończona jako prostytutka). A ja zaryzykuję i dodam: …i tak jak Nalepa!

Wyrażenie „miażdżony przez okoliczności” jest nieprzypadkowe. Głoszący przyrównał Jezusa i Ducha Świętego do oliwek i oliwy. Ile potrzeba zmiażdżyć oliwek, lnu, lawendy… do wyprodukowania jednego litra oleju? Ile trzeba było cierpienia i krwi Jezusa, aby został on uwielbiony, a Duch Święty – wylany? Trzeba było całej krwi i cierpienia bez granic…

A w ostatnim, wielkim dniu święta stanął Jezus i głośno zawołał: Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije. Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo, z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej. A to mówił o Duchu, którego mieli otrzymać ci, którzy w niego uwierzyli; albowiem Duch Święty nie był jeszcze dany, gdyż Jezus nie był jeszcze uwielbiony. (Jan. 7:37-39, BW)

A ile ja muszę znosić zgniatanie i łzy, abym był zdolny współczuć i poświęcić się dla słabszego człowieka? Bo co z tego, że Duch jest mi dany z łaski i nie muszę na to zasłużyć? Wciąż przecież może mnie spotkać los Jonasza, czyż nie? Rzeczywiście, wielu jest współczesnych Jonaszów, którzy nie chcą się narażać, Piotrusiów Panów, którzy nie chcą dojrzeć, facetów, którzy nie zamierzają cierpieć…

Niech cię szlag… ominie

Wielkanoc zwana jest świętem Paschy, z hebrajskiego ‘pesach’, czyli ‘omijać’, ‘przejść obok’. Może to elementarz, ale jakże potrzebny w tym czasie zajączków, jajeczek i żuru z białą kiełbą.

Ominąć? Ale co, kiedy, dlaczego, w jakim celu? I co do tego mają Żydzi? Bardzo dużo. Bo to oni świętowali Wielkanoc po raz pierwszy. Cel: wyjść z niewoli. Przeszkoda: uparty faraon. Środek: cud. Cudem była każda plaga, bo każda podkopywała hardość faraona. Bóg Izraela kpił sobie z bogów egipskich, uosabianych przez: Nil, żaby, komary, muchy, bydło, pył ziemi (wrzody), grad, szarańczę, światło (ciemności). Ale dopiero plaga dziesiąta sprawiła, że faraon zmiękł i marzył już tylko o jednym: niech Żydzi się wynoszą!

Bóg po prostu odwiedził nocą wszystkie domy w Egipcie i zabił wszystko, co pierworodne. Jeśli jakiś dom – rodzina uniknęła tego, to z jednego powodu: zgodnie z mojżeszowym-bożym poleceniem zjadła wieczorem baranka i pomazała jego krwią drzwi.

A krew ta będzie dla was znakiem na domach, gdzie będziecie. Gdy ujrzę krew, ominę was, i nie dotknie was zgubna plaga, gdy uderzę ziemię egipską. (2 Moj. 12:13, BW)

W Wielki Piątek, kiedy żydzi jedzą kolację sederową, odpowiednik tamtej pierwszej kolacji z barankiem, umarł Jezus Chrystus – Baranek Boży. Dziś, jeśli chcę, by boży sąd mnie ominął, muszę pomazać krwią Chrystusa swoje drzwi i zjeść jego ciało, a więc jem chleb i piję wino. Ktoś powie: – Phi, co tam może znaczyć taki chleb i wino? Przecież to tylko chleb i wino. – Cóż, tamte baranki w Egipcie to też były tylko zwykłe baranki, a jednak duchowe znaczenie tego posiłku było ogromne. To była kwestia życia i śmierci. I jeszcze jedno: baranek musiał być w każdym domu. To znaczy, że dziś przyjęcie Baranka Bożego to sprawa indywidualna, nie żadna tradycja.

Baju baj, baju baj…

Pamiętam piosenkę Czesława Niemena, w której śpiewał: „Czy mnie jeszcze pamiętasz, dowód na to mi daj. Czy jak inne dziewczęta – baju baj, baju baj”. Pewnie podobne „baju baj” mogą mówić dziewczyny, którym w kółko ktoś prawi puste komplementy, zapewnia o swoich uczuciach, ale na tym wszystko się kończy. Nie ma żadnego „wóz albo przewóz”, żadnego „raz kozie śmierć”, nikt się nie oświadcza. A ja właśnie tego chcę uniknąć w mojej przyjaźni z Jezusem. Nie chcę być nieokreślony, nie chcę powtarzać, że żyję dla Niego, a tak naprawdę zapominać o Nim. Chcę konkretów w swoim działaniu.

A co do poprzedniego wpisu… No proszę! Wystarczy tylko zadać pytanie, zamiast rozstrzygać rzeczy, a już ktoś komentuje. Podoba mi się to. Zgadzam się z Truskawką, że szczęście hedonistyczne można zastąpić poświęceniem dla ludzi i twórczości, bo dopiero to poświęcenie daje spełnienie.

I właśnie na tym polega naśladowanie Jezusa. W jednym tłumaczeniu jest to napisane wprost: Jednego ci nie dostaje; idź, sprzedaj co masz, a rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź, naśladuj mię, wziąwszy krzyż (Mar. 10:21, BG).

Krzyż to nie „dopust boży”. To po prostu rezygnacja z hedonizmu. Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną (Mat. 16:24, BW).

Dokładnie to samo czytam tutaj: Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. (Jan. 13:34, BW) Kto kocha, ten daje siebie. Jest to najprostszy krzyż, jaki może być. Kiedy wiszę, to jestem równie oddany, co bezbronny.

Mógłbym tak jeszcze długo się rozwodzić. Lubię to. Ale to dla mnie zbyt ogólne, a w poprzednim wpisie chodziło mi przecież o konkrety. Miłość? Tak! Ale jak?

Tylko praktyczne uczniostwo może być atrakcyjne w naśladowaniu Jezusa. To jest postawa, mówiąca tyle, co: „można tak? Ja też chcę! Wypróbuję to! Będę tak żyć!”. Miłość, krzyż – to tylko idee, punkt wyjścia, tego się nie da zmierzyć. Z tą myślą kończę wpis i szukam dalej i coś mi mówi, że zacznę od Kazania na górze (Mat. 5-7).

Aha! I jeszcze jedno. Nie oczekuję spektakularnych rzeczy, raczej cichej, stopniowej, lecz zdumiewającej przemiany. W dziedzinie miłości już tak jest, że najbardziej spektakularne są wielkie krzyże. Największy z krzyży poniósł Jezus. Jego „spektakularność” była tak wielka, jak jego odrzucenie i niezrozumienie. W tej kwestii trzeba sobie przestawić myślenie.

Kobiety, pieniądze, zabawa. Dlaczego nie?

Zwlekam z wpisem. Czytałem Słowo, ale nie chciałem brać czegokolwiek, chciałem napisać o czymś, co akurat mnie nurtuje. A na to nie mogłem znaleźć prostej odpowiedzi. Właściwie nadal nie mogę, dlatego tym razem nie będzie złotej rady. Będzie za to złote pytanie!

Co to znaczy dzisiaj „naśladować Jezusa”?? Proste? No, niezupełnie. Ale od początku.

I oto ktoś przystąpił do niego, i rzekł:
– Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby osiągnąć żywot wieczny? – A On mu odrzekł:
– Czemu pytasz mnie o to, co dobre? Jeden jest tylko dobry, Bóg. A jeśli chcesz wejść do żywota, przestrzegaj przykazań. – Mówi mu:
– Których? – A Jezus rzekł:
– Tych: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca i matkę, i miłuj bliźniego swego, jak siebie samego. – Mówi mu młodzieniec:
– Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej; czegóż mi jeszcze nie dostaje? – Rzekł mu Jezus:
– Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, potem przyjdź i naśladuj mnie. – A gdy młodzieniec usłyszał to słowo, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele majętności. (Mat. 19:16-22, BW albo Mar. 10:17-22, Łuk. 18:18-23)

Bardzo lubię ten fragment i często do niego wracam. Dlatego, że mogę się wczuć w bohatera. Chcę żyć po śmierci, więc przychodzę do Jezusa. Pytam go, jako tego „dobrego”, co dobrego mogę zrobić. A on na to: nic, bo to działa inaczej. Tylko Bóg jest „dobry”, a ty… Ty masz NIE robić nic złego. O tym uczy dekalog, ale uwaga! Jezus wymienił tylko przykazania z grupy 4-10 (które nie dotyczą Boga). Łatwiej jest ich dotrzymać, tak po ludzku. I załóżmy, że mówię: jeśli o to chodzi, jestem bez winy.

I co, spadają na mnie gromy oskarżeń? Dziwne, nie! Jezus się nie kłóci, nie wytyka grzechów, o których pewnie zapomniałem.
Ale tu jest ważna rzecz! Młodzieniec pyta: czego mi jeszcze brakuje? Czyli wie, że ma jakieś braki, mimo że zawsze był „grzecznym chłopcem”! Nie pił, nie palił, nie ćpał, czekał z seksem do ślubu, nie okłamywał, był posłuszny rodzicom, wreszcie kochał wszystkich naokoło. I jednocześnie mógł myśleć: i na co mi to wszystko? (Gdyby nie był grzecznym chłopcem, zastąpiłby „co” innym słowem na „c”.) Wciąż mi czegoś brakuje!

I tu pojawia się reszta przykazań (1-3), a zwłaszcza pierwsze: – Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną. – Ale Jezus nie wali mnie po głowie tym twardym prawem. Mówi z miłością (Mar. 10:21): zostaw to, do czego się przywiązałeś. Sprzedaj to. Tak, to nie jest bezcenne. Zostaw wszystko, wokół czego musiałeś biegać, dbać. Bogactwo to nie jest złota komnata z TV, megałóżkiem i wianuszkiem pięknych, oddanych ci kobiet (tylko lenistwo i seks). Bogactwo to jest troska. Zostaw to, nawet jeśli tego jeszcze nie zdobyłeś, ale myślisz, że „coś ci się od życia należy”. I przyjdź i naśladuj mnie.

No dobrze. A teraz jak mam to powiedzieć bliskiej mi, nienawróconej osobie? Nie szukaj dziewczyn, pieniędzy, rozrywki. Naśladuj Jezusa. Czyli co? Na czym to polega? Czy ja jestem dobrym przykładem? Dlaczego mam komuś radzić, by kręcił się wokół Jezusa, a nie kręcił się wokół kobiet, luksusu i zabawy? Co to oznacza konkretnie, co to daje? Dlaczego to jest atrakcyjne?

Na tym kończę. Odpowiedzi szukam, wciąż tropię, choć wydaje mi się, że już wiem. Może pokuszę się o nią w następnym wpisie.