Nad rzekami Babilonu

Każdy słyszał Boney M.: „By the rivers of Babylon, there we sat down Ye-eah we wept, when we remembered Zion”. Dużo mniej z nas wie, że słowa pochodzą z Psalmu 137, a już tylko garstka wzięła je sobie do serca.

Tymczasem ja czuję, jakby były napisane dla mnie na dziś. A nawet na dziś wieczór. Na teraz. Izraelici wieszają na wierzbach swoje lutnie. Ja odkładam na bok swoje ukulele. Ciężkim krokiem, już po ciemku niosę zakupy z samochodu i po schodach. Ciężko w ciele, ciężko na duszy. Co ich trapiło, a co męczy mnie?

Babilon. Uprowadzenie, życie w rozproszeniu na obcej ziemi, w kraju okupanta. Z jednej strony, życie się nie kończy, trzeba jakoś do przodu. Z drugiej strony…

Jakże my mamy śpiewać pieśń WIEKUISTEGO na obcej ziemi? Jeżeli cię zapomnę, Jeruszalaim, niech zdrętwieje moja prawica. Niech mój język przylgnie do mego podniebienia, jeślibym nie pamiętał o tobie, jeślibym nie postawił Jeruszalaim [ponad największą moją radością]. (Ps. 137:4-6, NBG)

„Obca ziemia” to dzisiaj co innego; nie obszar geograficzny, jak Babilon. Jak mówią; nie kraj, ale stan umysłu. Skupienie na kręceniu swoich spraw, zapomnienie o czymś absolutnie najważniejszym, pięknym, doskonałym, potężnym: o Królestwie Bożym.

O świecie bez złości i chorób. O świecie poddanym Jezusowi z miłości. Jeżeli o tym zapomniałem, niech zdrętwieje mi ręka, niech język stanie kołkiem. Jeśli zapomniałem, to nie tylko jestem niewolnikiem, ale nawet się z tym pogodziłem.

Żydzi nie powinni byli się przyzwyczajać do wygnania babilońskiego. Ja nie powinienem nigdy przywyknąć do troski. Jezus uczył: „nie troszczcie się… spójrzcie na lilie wodne…” Ilekroć troska powraca jako treść codzienności, tylekroć żywot robi się ciężki, nieatrakcyjny, nieznośny.

Co jest najciekawsze: do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do takiego szarego życia. Tylko czy warto? Nie… A jeśli nie, to… Czy umiem jeszcze co jakiś czas zapłakać nad rzekami Babilonu?

Jak drzewo figowe, jak brama

Źle się dzieje. Ale dzieje się też dobrze. Jeśli na czymś można oprzeć nadzieję, to właśnie na tym, co dobre wokół, na powrocie Króla, mimo innych złości, okrucieństwa, zimnicy serc.

Słowa Jezusa z Ewangelii Marka 24 to zapowiedź czasów ostatecznych, czyli co się stanie, zanim przyjdzie koniec epoki, zanim On powróci „jak błyskawica, z wielką mocą i chwałą”. Jezus powiedział to zresztą na wyraźną prośbę uczniów. Polecam ten rozdział wszystkim „ciekawskim”.

Są wojny i wieści wojenne, wrogość narodów, głód, zaraza, trzęsienia ziemi, prześladowania, nienawiść i zabijanie sprawiedliwych, fałszywi prorocy i mesjasze, uchodźcy, pochwycenia do nieba.

A od figowego drzewa – mówi w końcu Jezus – uczcie się podobieństwa: gdy gałąź jego już mięknie i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie to wszystko, wiedzcie, że blisko jest, tuż u drzwi. (Mat. 24:32-33, BW)

Rzeczywiście figowiec – roślina o wyjątkowo twardym drewnie – mięknie, kiedy po zimie w jego gałęziach zaczynają krążyć mleczne, kauczukowe soki. Wypuszcza liście, rozpoczynając kolejny cykl wegetacji, którego kulminacją są znane nam, pyszne owoce.

Nadejście lata jest metaforą Królestwa Bożego, a zima symbolizuje nieszczęścia u kresu czasów. Ta sama przepowiednia Jezusa jest opisana przez Łukasza w rozdziale 21 jego ewangelii i tam, w kontekście figowca, czytam:

A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha (wyprostujcie się) i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. (Łuk. 21:28, BT)

To jest właśnie to: jak soki wzbierają w gałęziach, by te, sprężyste, podniosły się do góry, tak ja nabieram ducha, prostuję się, podnoszę głowę. Mimo wszelkich okropieństw, o których słyszę od znajomych, w telewizji, internecie – dalekich i bliskich. Mimo wiosennych przymrozków („ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu” – Mat. 24:12).

Żeby jeszcze wzmocnić ten obraz, zacytuję przypadający mi na dziś w planie Psalm 24:

Podnieście, bramy, wierzchy wasze, I podnieście się, bramy prastare, Aby wszedł Król chwały!

Znów mowa jest o podnoszeniu, otwieraniu. Bramy są w miastach, a czym są miasta? To my! My, święci, jesteśmy światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze” (Mat. 5:14). My się otwieramy. Puszczają hamulce, puszczamy soki. Nie raz, ale codziennie. Kiedy wjeżdża zwycięski Król, można – ha! trzeba otwierać. Nie bronić się już przed zimą, przed najeźdźcą. Mięknąć, prostować szyję, cieszyć się latem i słodkimi figami.

Zawracaj, teraz się uda!

Zatrzymuję obcego człowieka na ulicy i mówię: upamiętaj się, przybliżyło się bowiem Królestwo Niebios! – Śmieszne? Tak właśnie zaczął swoją służbę Jezus.

Gdyby w czasach Jezusa istnieli specjaliści od public relations, ciekawe co by Mu doradzili? Jak powinien zacząć? Może jakiś teaser? Oczywiście, o prasie, radiu, czy telewizji można zapomnieć, w grę wchodzi tylko outdoor. No więc Jezus wychodzi na ulice i zaczyna głosić:

upamiętajcie się, nawróćcie, przybliżyło się bowiem Królestwo Niebios. (Mat. 4:17, BW, BT)

Mateusz i Marek opisują to podobnie. Ale nie była to żadna kampania reklamowa, żaden teaser – niezrozumiały do końca przekaz obliczony głównie na to, by zwrócić na siebie uwagę i przygotować odbiorców na ciąg dalszy, jakieś cuda niewidy. Nie, przekaz od początku był jasny, Jezus przeszedł do meritum, do sedna.

„Upamiętajcie się” – to chyba nie wymaga tłumaczenia, znaczy: zawróć, pokutuj, zmień sposób myślenia, przestań czynić zło. Brutalny przykład: „opamiętaj się, człowieku, natychmiast, przestań ją bić!”. A co z „Królestwem Niebios”? „Przybliżyło się” – to znaczy co? Czy ja w ogóle rozumiem Jezusa?

Czy to miała być pogróżka? „Upamiętaj się, bo przybliżyła się kara”? To nawet wygląda całkiem sensownie, z jednym „ale”: Jezus, chodząc po ziemi, nikogo nie sądził, a tym bardziej nie potępiał i nie karał. Na to jeszcze przyjdzie czas za x lat albo za „krótką chwilę”, w dniu sądu, czy raczej w dniu egzekucji. A tymczasem… Jezus uzdrawiał, uwalniał, a nowina o Bożym Królestwie była… dobra!

Zatem to żadna pogróżka, to raczej szansa! Lepiej to tłumaczyć tak: „Upamiętajcie się, bo przybliżyła się łaska” – łaska do dobrego życia, zgodnie z „instrukcją obsługi”, życia pełnego miłości, pokoju, radości, bez chorób, bez bólu i cierpienia, bez samotności, bez złości, nieprzebaczenia, bez poczucia wewnętrznej pustki i beznadziei, bez niewoli itd. Innymi słowy: upamiętaj się, bo jeszcze nigdy dotąd nie było to tak łatwe. Zawróć z tej drogi, po której idziesz, bo nie umiesz inaczej, chociaż jest ci coraz ciężej z bagażem i z lustrem.

Na potwierdzenie można dodać, jak według Łukasza zaczęła się służba Jezusa. Przyszedł do synagogi, gdzie odczytał fragment księgi Izajasza (61:1-2), mówiąc o sobie samym: „…namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność, abym zwiastował miłościwy rok Pana”. (Łuk. 4:18-19, BW). A u Jana jest już zupełny szał, bo zaczyna opis służby Jezusa od… cudu przemiany wody w wino. A zatem upajajmy, pardon, upamiętajmy się! W Nim i dla Niego!

Każdy jest zwiadowcą

Ostatni tydzień w polityce upłynął pod znakiem „afery taśmowej”. Jak zwykle w takich wypadkach, kiedy coś mnie bulwersuje i chcę o tym powiedzieć, mam wybór: przekazać dobre, czy złe wieści?

Ktoś powie: – A co dobrego można powiedzieć o zgniłej polityce? Cokolwiek się słyszy o tych decydentach, śmierdzi grubą, brudną kasą, a to są przecież nasze pieniądze, podatników! – Prawda? Po pierwsze, jednak można powiedzieć coś dobrego, chociażby to, że to zło skończy się niebawem, bo tam też nastanie Boże panowanie. Po drugie, czy to nie brzmi jak wymówka? Jeśli ktoś wszędzie widzi gnój, to nie tylko w polityce –jest takim człowiekiem-muchą. Zgodnie z dowcipem obrazkowym już lepiej być człowiekiem-pszczołą, który wszędzie widzi kwiaty i miód. Takimi ludźmi byli Jozue i Kaleb. Zostali wysłani do ziemi obiecanej jako zwiadowcy. Zwiadowców było dwunastu – po jednym z każdego plemienia – ale dziesięciu pozostałych siało tylko zwątpienie, niewiarę, strach i panikę. Ciekawe, bo szli razem, widzieli te same rzeczy i co? Doszli do innych wniosków?

— Przyszliśmy do ziemi, do której nas wyprawiłeś; ona rzeczywiście opływa w mleko i miód, a to są jej płody. Tylko że mocny jest lud, który mieszka w tej ziemi, a miasta są obwarowane, bardzo wielkie; widzieliśmy tam także potomków Anaka. (…) – Kaleb uspakajał lud wzburzony na Mojżesza, mówiąc:

— Gdy wyruszymy na nią, to ją zdobędziemy, gdyż ją przemożemy. – Lecz mężowie, którzy poszli z nim, mówili:

— Nie możemy wyruszyć na ten lud, gdyż jest on od nas silniejszy. – I rozpuszczali między synami izraelskimi złą wieść o ziemi, którą zbadali, mówiąc: – Ziemia, przez którą przeszliśmy, aby ją zbadać, to ziemia, która pożera swoich mieszkańców, a wszystek lud, który w niej widzieliśmy, to mężowie rośli. Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów, i wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach. (IV Moj. tzn. Ks. Liczb 13:27-33)

Potem zaczęła się rozpacz, płacz, krzyki, narzekania, rozruchy, szemranie i spiskowanie, posypały się oskarżenia, atmosfera była napięta, aż kipiało… Co dalej? Poczytajcie sami, a ciekawe jest zwłaszcza to, jak zareagował Bóg i jak rozstrzygnął spór. Ale to nie jest już tematem dzisiejszego wpisu. Tylko ta jedna myśl: czy dostrzegam raczej dobre, czy złe znaki? Co rozpowiadam? Że zło jest nie do pokonania, czy raczej dobro zwycięży?

Są ludzie, którzy bez względu na moje gadanie zobaczą zwycięstwo dobra nad złem. A czy ja będę wśród nich – to zależy od tego, gdzie mnie zaprowadzi mój język.

Jestem nikim

…w pewnym sensie. Ja sam w sobie, jeśli obedrzeć mnie z darów bożych jak ze skóry, jestem nikim. I szczerze mówiąc, mało która rzecz może mnie tak wyluzować.

Przypatrzcie się zatem sobie, bracia, kim jesteście według powołania waszego, że niewielu jest między wami mądrych według ciała, niewielu możnych, niewielu wysokiego rodu, ale to, co u świata głupiego, wybrał Bóg, aby zawstydzić mądrych, i to, co u świata słabego, wybrał Bóg, aby zawstydzić to, co mocne, i to, co jest niskiego rodu u świata i co wzgardzone, wybrał Bóg, w ogóle to, co jest niczym, aby to, co jest czymś, unicestwić, aby żaden człowiek nie chełpił się przed obliczem Bożym. (1 Kor. 1:26-29, BW)

Wyobrażam sobie, że te słowa Apostoła Pawła od wieków musiały nieodmiennie luzować napiętych, uspokajać nerwusów i brać za chabety wszystkich pędziwiatrów. Ja między wierszami czytam nawet więcej: – Chcesz dokonać czegoś nieprzeciętnego? Dobrze, i dla ciebie znalazł się plan, bo Bóg cię wybrał. Byłeś głupi, biedny, niskiego rodu, słaby, wzgardzony, w ogóle byłeś niczym i nie miałeś nic, czym byś mógł się pochwalić. Z drugiej strony dzisiaj jesteś mądry, bogaty, wysokiego rodu, mocny, podziwiany, dziś jesteś kimś i masz z czego się chlubić. Paweł pisze dalej:

Ale wy dzięki niemu jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i poświęceniem, i odkupieniem, aby, jak napisano: Kto się chlubi, w Panu się chlubił. (1 Kor. 1:30-31, BW)

Ten cały fragment dotyczy nie tylko natury każdego z nas, ale tego, co wychodzi z ust, z rąk, co jest twórczością człowieka, co może zyskać uznanie. Paweł podkreśla kontrast, jaki powstaje między tym, co godne u ludzi, a tym, co uznaje za cenne Bóg. Nie chodzi w tym o to, że piękno, sława, siła, intelektualna sprawność i oraz wszelkie mistrzostwo w sztuce i nauce jest nic nie warte. Chodzi o to, że wszelkie szczyty osiągane ludzką siłą, wyglądają mizernie przy dziełach bożych, które powstają z niczego. Mogę sobie gadać, rozprawiać o swoich dokonaniach, ale pewnego dnia przyjdzie ktoś i zapyta: a gdzie twoja moc? Paweł pisze właśnie coś w ten deseń trzy rozdziały dalej: Ja jednak przyjdę do was wkrótce, jeśli Pan zechce, i zapoznam się nie ze słowem pysznych, lecz z ich mocą. Albowiem Królestwo Boże zasadza się nie na słowie, lecz na mocy. (1 Kor. 4:19-20, BW)

Nie mam NIC do stracenia

Trudno, myślę, nie zaszkodzi spróbować żyć naprawdę dla Boga. Przecież nic nie tracę, przeciwnie! I to nie jest nowa myśl (był zakład Pascala), ale na świeżo objawiona, wyśniona.

Śniło mi się, że zostałem zahibernowany. Jak zlodowaciała żaba w leśnej ściółce siedziałem w chłodni przez około pięćdziesiąt lat. Kiedy się obudziłem, wielu moich krewnych, przyjaciół i znanych ludzi już umarło, moja narzeczona była doświadczoną staruszką, a świat był już nie ten, co dawniej. Moje rzeczy, uporządkowane przez rodzinę, mieściły się w jednej walizce. Nadal miałem przed sobą większość lat swojego życia, ale… to oczywiste: kompletnie się załamałem, mistrzostwo świata w depresji.

Wtedy, jeszcze śniąc, zadałem sobie pytanie: – Czy mam jeszcze po co żyć? Wszystko jest inne, wszystko zmieniło się nieodwracalnie. Nie ożenię się już z kobietą, którą kochałem nad życie pół wieku temu. A choćbym nawet… Boże! Po co ja się w ogóle budziłem! To moje drugie życie jest nic nie warte! Zaraz… Czy to znaczy, że moje pierwsze życie było warte dokładnie tyle, ile straciłem? – Obudziłem się z gotową odpowiedzią: nie! Jest COŚ więcej i to nadaje smak, wartość całej reszcie, którą powinienem być gotów stracić, opuścić. Na co mi to? Zresztą gdy zacznę drugie życie jakby po hibernacji, zyskam stokrotnie. Zrozumiałem…

Wtedy Piotr odezwał się do Niego: – Oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy z Tobą. – Jezus odpowiedział: – Zapewniam was, kto ze względu na Mnie i na ewangelię opuścił dom, braci, siostry, matkę, ojca, dzieci lub pola, otrzyma już teraz, w tym czasie stokrotnie więcej domów, braci, sióstr, ojców, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a w przyszłości życie wieczne. (Mar. 10:28-31, BE).

Jest taki (k)raj…

Wszyscy go szukają, a nikt nie wierzy, że istnieje. Opowiada się o nim legendy, jakoby kiedyś istniał i został utracony, a on wciąż jest, choć nieuchwytny. Co za kraj, jakiś raj?

Andreas Altmann, niemiecki autor książek podróżniczych, wydał rok temu rodzaj autobiografii pod długim tytułem: Das Scheißleben meines Vaters, das Scheißleben meiner Mutter und meine eigene Scheißjugend, tzn. Gówniane życie mojego ojca, gówniane życie mojej matki i moja własna, gówniana młodość. Ten człowiek wychował się w religijnej rodzinie zatrutej przemocą i obłudą, w katolickiej szkole i… prawdopodobnie wie wszystko o zgorszeniu kościołem i religijnością. I wylał to na papier. Jedna jego myśl zapadła mi w pamięć: – Kościołowi chodzi o to jedno, co jest celem zawsze i wszędzie: o władzę. Osiąga ją i podtrzymuje poprzez terror poczucia winy, który zaczyna się już od kołyski, dzięki idei grzechu pierworodnego. – Współczuję szczerze Altmannowi i wielu jemu podobnym, bo doświadczył zła w imię Boga i pewne drzwi w jego sercu, jak sam napisał, zostały zatrzaśnięte do końca życia. To jest właśnie zgorszenie, chleb nasz powszedni.

A jednak jest taki kraj, który przeczy wszelkiemu zgorszeniu, zwany przez marzycieli rajem na ziemi, a przez żydów i chrześcijan Królestwem Bożym. To przestrzeń, gdzie jest sprawiedliwość, jest pokój i jest radość – rzeczy powszechnie pożądane i nie do kupienia. Ten kraj jest w ludzkich sercach, bywa w kościele i przyjdzie bezwzględnie razem z Chrystusem. „Jest taki kraj!” – to jest dobra nowina, którą niósł Jezus i nie pozostawał gołosłowny. Wciela(ł) te idee w życie tych, którzy chcieli przyjąć jego miłość i panowanie.

On [Jezus] zaś rzekł do nich: Muszę i w innych miastach zwiastować dobrą nowinę o Królestwie Bożym, gdyż na to zostałem posłany. (Łuk. 4:43, BW)

Nie tracę wątku – cz. 3

Dziś opisuję ostatni z trzech krótkich dialogów (patrz: Łuk. 9:57-62), które uczą, czego NIE robić, żeby nie stracić wątku, robić to, co najważniejsze i niczego potem nie żałować.

Potrzebne mi tylko krótkie tło, dla porządku. Pierwszy człowiek sam zgłosił się do Jezusa jako uczeń i musiał się liczyć z tym, że rozpocznie życie w drodze, bez stałego kąta, gdzie mógłby się przytulić. Do drugiego człowieka Jezus zwrócił się sam: – Pójdź za mną! – A tamtemu właśnie zmarł ojciec. Pochować – to była jego zwyczajna, ba, nawet święta powinność. Stanął przed wyzwaniem: zaufać Jezusowi, że ten wie, co mówi. Wszystko się dobrze ułoży, gdy w pierwszej kolejności zajmie się Królestwem Bożym. I w końcu trzeci człowiek, też powołany przez Jezusa, chciał sobie zostawić „tyły”, zanim pójdzie z mistrzem.

Powiedział też inny: – Pójdę za tobą, Panie, pierwej jednak pozwól mi pożegnać się z tymi, którzy są w domu moim. – A Jezus rzekł do niego:
– Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego. (Łuk. 9:61-62, BW)

Ja widzę tu siebie w roli jednego z dwunastu, jak mówię Jezusowi, komentując: – Wyluzuj, Panie, on chce tylko pożegnać swoich bliskich. – A Jezus nieustępliwie do tamtego: – Stary, chcesz iść ze mną i mówić o Królestwie, czy nie chcesz? Twoja decyzja, teraz, co robisz? Nie ma nic cenniejszego, więc jeśli powiesz „tak”, to już nie warto wyskakiwać z wagonika.

Ostatecznie Królestwu potrzebni są ludzie o trzech cechach: 1. świadomi i chętni do znoszenia niewygód, 2. mający właściwe priorytety, 3. gotowi do natychmiastowych działań.

Nie tracę wątku – cz. 2

Są takie trzy krótkie dialogi (Łuk. 9:57-62), które uczą, czego NIE robić, żeby nie stracić wątku, robić to, co najważniejsze i niczego potem nie żałować. Dziś opisuję dialog drugi.

Pisałem już o sytuacji typowej dla kultury żydowskiej, jak to przychodzi człowiek do nauczyciela i woła: – Rabbi, chcę być twoim uczniem, bądź moim mistrzem! – A Jezus na to: – U mnie nie znajdziesz schronienia, bo ja sam go nie mam. – To parafraza. Skądinąd wiadomo, że Jezus od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku; sam bowiem wiedział, co było w człowieku. (Jan. 2:25, BW). Można więc sądzić, że odpowiedź, jaką dał potencjalnemu uczniowi, dostosował do jego nieujawnionych oczekiwań. Wniosek: kiedy to ja wybieram Boga, prawdopodobnie wyobrażam sobie tę „nową drogę życia” inaczej niż On. Lepiej jest, kiedy to Jezus pierwszy mnie kocha, wybiera, chce, powołuje. On ma lepszy plan.

Do drugiego zaś rzekł: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól mi najpierw odejść i pogrzebać ojca mego. Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże. (Łuk. 9:59-60, BW)

Znów trzeba założyć, że słowa Jezusa padły pod tym warunkiem: znał myśli człowieka, z którym rozmawiał. Nie powiedziałby przecież: – ludzie Izraela! Od dziś nie grzebiemy zmarłych, wszyscy za mną! – Nie. Nie chodziło o generalną zasadę, ale o pewien newralgiczny moment. Kiedy Jezus woła: – Pójdź za mną! – To co? Może se wołać. W tej chwili nie On jest najważniejszy. A czemu? Bo Mu nie ufam. A On wie, co mówi, wie że zmarłemu tatusiowi nic się nie stanie, psy go nie zjedzą. I, co ważne, zawsze daje kolejną szansę. Nie mówi: – A, idź do diabła! – Nie, wzywa ponownie, mówi: – Idź i głoś Królestwo.

Nie tracę wątku – cz. 1

Są takie trzy krótkie dialogi, które uczą, czego NIE robić, żeby nie stracić wątku, robić to, co najważniejsze i niczego potem nie żałować. Pochodzą z jednego fragmentu (Łuk. 9:57-62).

Dziś dialog pierwszy. Oczywiście z jednej strony jest Jezus, a z drugiej… jakiś ktoś, powiedzmy ja, który rozpoznaję w Jezusie mistrza. To dziwnie brzmi dla współczesnego człowieka, bo dziś mało jest mistrzów, bo… ludzie ich nie szukają i nie znajdują. Nie ma pogoni za autorytetem. A szkoda. U Żydów jednak było i jest inaczej. Jest to zwykła sytuacja:

Gdy tedy szli drogą, rzekł ktoś do niego:
– Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz. – A Jezus rzekł do niego:
– Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił. (Łuk. 9:57-58, BW)

Kolega trafił na człowieka niezwykłego, na Jezusa Chrystusa. Dobrze trafił. Jezus nie był mistrzem w stylu Pai Meia (Kill Bill), który ma swój pałacyk i tam walą do niego tłumy adeptów. Owszem, mieszkał gdzieś (ponoć w Kafarnaum), ale nie uczynił sobie tam żadnego „centrum posługi”, najlepiej z wielkim szyldem „Jesus Ministries”, jak w Ameryce.

Jego odpowiedź mogła kandydata na ucznia zbić z tropu, zdziwić, nawet zniechęcić, ale nie oznaczała, że Jezus go odrzucił, czy uznał, że się nie nadaje. Po prostu stwierdził, że na wstępie dobrze będzie ostudzić emocje i wyprostować wyobrażenia. Chcesz iść za mną? Dobrze, ale proszę, nie próbuj kopać sobie jamy jak lis, ani wić gniazdka jak ptak, nie próbuj budować poukładanego życia. Bo stracisz z oczu to, co najważniejsze: Królestwo Boże.