Na co się gapisz?

Od tego, jak i na co patrzę, wiele zależy. Przede wszystkim moje zdrowie.

— Na co się gapisz, walizki z forsą nie widziałeś?
— No nie, nie widziałem…
Bo co, zawsze gapię się na to, co robi na mnie wrażenie. Oczywiście, czasem muszę lub chociaż staram się powstrzymywać – skąpo ubrane dziewczyny itp. Ale drogie samochody, zegarki, wille, jak się ktoś „ustawił” – gapię się i nie kontroluję, no bo co w tym złego? Właściwie nic.

Jest jednak fragment kazania na górze, który daje mi cenną wskazówkę. Na ogół czytałem go bez zrozumienia i idę o zakład, że większość z was także. Co mówi Jezus?

Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest zdrowe, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśliby oko twoje było chore, całe ciało twoje będzie ciemne. Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie! (Mat. 6:22-23, BW)

Z pewnością mogę stwierdzić, że Jezusowi nie chodziło o niewidomych, którzy nie wpuszczają dość światła do swoich płuc, żołądka, nóg (przez oczy, naturalnie). To byłoby bez sensu. Na czym więc polega ta choroba oczu i ciemność ciała? Może ktoś ma lepszy pomysł, ale ja spojrzałbym na kontekst.

Po pierwsze, w całym kazaniu na górze Jezus piętnuje powierzchowną religijność, a próbuje dobrać się do serca. A zatem chore oko może być okiem, które nasyca się patrzeniem na rzeczy efektowne z zewnątrz, a nie zwraca uwagi na ukryte zalety. Po drugie, przed fragmentem o oczach jest mowa o tym, by gromadzić sobie skarby nie na ziemi, lecz w niebie. Po fragmencie o oczach – podobnie: Jezus każe, by nie troszczyć, nie martwić się materialnymi potrzebami jak picie, jedzenie, odzież, czy mieszkanie. Ale znów: szukać Królestwa Bożego (skarby w niebie) bogacić się i powiększać stopniowo stan swojego konta… w niebie – to jest cel! Okazywać ludziom dobroć, kształtować swój charakter, poświęcać czas Bogu ­– to są rzeczy na ogół… niewidzialne!

A jednak, powinienem gapić się, jak robią to inni, doceniać to i naśladować. Oko podpowiada sercu, co jest cenne. W innych przekładach napisano, że „oko jest lampą ciała” – narzędziem, które pozwala się zorientować w przestrzeni, by wybrać cel i kierunek. Ciało skierowane do dobrego działania nazwane jest „pełnym światła”.

A co, jeśli oko – jako ta lampa – jest ciemne, skoncentrowane na próżności? „Sama ciemność jakaż będzie!” – ostrzega Jezus. Jakie ciemne, skazane na złe drogi będzie ciało, które samo w sobie jest ociemniałe, a jego całą mądrością jest dogodzić sobie i być pępkiem świata.

Pewna inwestycja? Tylko w niebie

Topię smutki w kieliszku… Ewangelii. A zasmucił mnie – cóż, prozaiczna rzecz – koszt naprawy samochodu.

Wytargowałem nieco ponad pięć procent ceny za tę naprawę. Więcej chyba by nie wypadało. Zapłaciłem mniej, ale to ledwie osłodziło żal i inne negatywne emocje, które nieuchronnie wiążą się z dużymi wydatkami. Oczywiście chciałbym te emocje jakoś wyprzeć, zracjonalizować stratę itd. Na przykład tłumaczę sobie, że gdybym był bardziej doświadczony, mógłbym posłuchać intuicji („coś jest nie tak z tą skrzynią biegów”), przewidzieć taką naprawę, potencjalne koszty i wytargować więcej przy kupnie samochodu. Poza tym auto może i jest zadbane, wyremontowane, ale jednak ma prawie dziesięć lat, więc muszę się z tym pogodzić, że zjada i będzie zjadać moje pieniądze.

Te i inne podobne myśli jednak nie do końca mnie pocieszały. – Fakty są takie – myślałem – że jestem do tyłu z kasą i ciężko nad tym nie biadolić. – I wtedy przypomniał mi się fragment z Kazania na Górze:

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną, ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój – tam będzie i serce twoje. (Mat. 6:19-21, BW)

Czy to znaczy, że posiadanie samochodu albo innych kosztowności jest złe? Samo w sobie – nie. Gdyby to było coś złego, Jezus powiedziałby pewnie coś w rodzaju: „albowiem posiadanie drogich rzeczy to grzech”. Ale On mówi o sercu. Ja odebrałem Jego słowa jako naganę i pocieszenie – dwa w jednym. Naganę, bo okazało się, że eksploatacja samochodu i związane z tym zaskakujące wydatki zasmucają mnie. Moje serce w jakiś sposób przylgnęło do tego, co mam. Przejąłem się. A co, nie powinienem? Chyba dobrze jest dbać o swój dobytek, żeby nie zmarniał, oszczędzać itp. Tak, ale dobrze jest też skupić się na Bożej dobroci, łasce i mocy w chwili, gdy spotyka mnie nieszczęśliwy wypadek, przechodzę próbę. Zaufać Jemu i uwielbiać Go nawet wtedy, gdy sprawy nadal idą źle. A zwykle idą źle, bo „mól i rdza niszczą, a złodzieje podkopują”. Sorry, taki mamy klimat.

Te słowa to również pocieszenie, że istnieje sposób na pewną inwestycję – gromadzenie skarbów w niebie – bez ryzyka, że to sprawi mi zawód, złamie serce lub zasmuci. Jak podczas hiperinflacji: wydaj czym prędzej, bo zaraz wszystko, czym płacisz, straci wartość. Bo goły przyszedłeś na ten świat i goły odejdziesz.

Obraza uczuć religijnych? A co to?

Przy okazji poprzedniego wpisu przypomniał mi się jeden pastor, który odmówił wzięcia udziału w programie telewizyjnym po kolejnej aferze z „obrazą uczuć religijnych”. Dlaczego?

To proste: stwierdził, że nie ma czegoś takiego jak „obraza uczuć religijnych”. Jezus nie powiedział: – Obrażajcie się, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! – Nie! Mówił coś zupełnie przeciwnego:

Błogosławieni jesteście (…) Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. (Mat. 5:11-12, BW)

Ludzie sobie kpią z tych wszystkich, którzy chcą wpakować Nergala i jemu podobnych za kratki. I tak ma być, taka ich rola, żeby sobie kpić, mają pluć nam, chrześcijanom w twarz. Bardzo dobry tekst na ten temat popełnił mój kolega (zob. Poplotkujmy o Nergalu).

A ja wam powiem, co byłoby prawdziwą obrazą uczuć religijnych: zamiast Biblii spalić wszystkie porno pisemka, DVD, skasować terabajty dziewczyn, a wszystkich panów, którzy się tym zajadają, obnażyć na jakimś festiwalu i śmiać się z rozmiarów ich członków, duże są czy małe – bez znaczenia. Ależ by powstał lament w całym kraju! Bo seks stał się bogiem.

To musi boleć, kiedy ludzie śmieją się z czegoś, co dla mnie stanowi ogromną wartość. I nie ma różnicy, czy robią to z poczucia złeeej misji, czy tylko dla pieniędzy, czy z ignorancji („szatan jest bardzo fajną postacią”). Ale ból to nie powód, by się obrażać, przeklinać, odrzucać bluźnierców i mścić się wszelkimi sposobami. Bóg pomści, a ja mam kochać.

Pobożny czyli jaki?

Bez odpowiedzi na to pytanie można w ogóle nie zawracać sobie głowy „dobrym życiem”. Bo każdy pozytywny bohater, a takim chcę być, okazuje się w gruncie rzeczy… pobożny.

Jezus mówi w kazaniu na górze, że kiedy „robię” swoją pobożność, mam tego nie pokazywać wszystkim naokoło, czyli nie liczyć na poklask u ludzi, ale na nagrodę od Ojca (Mat. 6:1). A pobożność „robi” się na trzy sposoby: przez jałmużnę, modlitwę i post. Każdemu z tych trzech poświęciłem tutaj jeden wpis. Ale dopiero dziś mnie olśniło: te trzy rzeczy tworzą pewną całość! Cieszę się jak dziecko, które rozwiązało niechcący genialną układankę. Tylko w efekcie powstało coś, co trudno mi zdefiniować: pobożność.

Ratuje mnie słownik! Pobożny znaczy tyle, co religijny (człowiek) lub będący wyrazem czyjejś religijności (czyn). A religia to zespół wierzeń i praktyk. A religijny to odznaczający się głęboką wiarą i pobożnością. Czyli pobożność można utożsamiać z praktyką? Jak najbardziej. Robi to Apostoł Piotr:

I właśnie dlatego dołóżcie wszelkich starań i uzupełniajcie waszą wiarę cnotą, cnotę poznaniem, poznanie powściągliwością, powściągliwość wytrwaniem, wytrwanie pobożnością, pobożność braterstwem, braterstwo miłością. (2 Piotr. 1:5-7, BW)

Łatwo zauważyć, że to, co przed pobożnością, pozostaje wewnątrz mnie. To, co następuje po niej, jest uzewnętrznieniem moich zalet budowanych na wierze i odnosi się do ludzi. Pobożność buduje fundament pod serdeczne więzi, a więc owocne i dobre życie.

Nie należy tylko stracić z oczu tej instrukcji pobożności, że nie składa się ona z suchych obrzędów, zasad, form. Nie, w ogóle nie o to chodzi! Chodzi o jałmużnę, modlitwę i post – żywe przejawy relacji z Bogiem. Bo przecież na tym polega chrześcijaństwo, że po drugiej stronie nie ma „systemu”, ale Osoba, trochę większa niż ty i ja.

Zauważyłem też, że w zrozumieniu pobożności najlepiej pomagają trzy najważniejsze cnoty: wiara, nadzieja i miłość. Bo czy nie jest tak, że modlitwa to akt wiary, a post to akt nadziei, a jałmużna to akt miłości?

Wzgórze czaszki i parówki

Czytam dalej kazanie na górze. I co znajduję? Post – temat na czasie. Ale co to właściwie jest? Z postem jest trochę jak z miłością; dużo się o tym słyszało, tylko jak wytłumaczyć?

Wyobrażam sobie taką scenę: Jezus Chrystus wisi na krzyżu. Jego ciało nie przypomina już człowieka. Pod krzyżem są Jan i Maria. Maria – wiadomo, chce być z Synem do końca, choć jest w tym głębszy sens: ona wierzy, że jest Mesjaszem, w przeciwieństwie do jej licznej rodziny, która uznała Jezusa za świra. Jan również przeżywa tę chwilę po swojemu. Kiszki grają mu marsza, bo nie jadł od prawie doby. Przypomina sobie jednak, że w zanadrzu ma pajdę chleba i dwie parówki. Odchodzi kilka kroków i posila się.

Głupie, nie? Tak nie było. Jan w tamtym momencie, stojąc lub klęcząc na wzgórzu czaszki, nie myślał o jedzeniu, bo… oprócz cierpienia śmierci ukochanego przyjaciela i mistrza przeżywał coś, co trudno wyrazić słowami: doświadczenie łaski. Poczucie uniżenia, jakie ma zbrodniarz, kiedy patrzy, jak ktoś nieskazitelny idzie pod mur zamiast i dla niego. Poczucie tak mocne, że aż trudne do zniesienia. Wtedy nie je się parówek.

Post kojarzył mi się zawsze z powstrzymaniem przyjemności, by dostrzec i skupić się na bożej łasce. Ale to bardzo złe zrozumienie. Izajasz, Joel i wreszcie sam Jezus w kazaniu na górze wprost krzyczą, że to nie jest post!!! W takim razie czym jest post? Czymś odwrotnym: najpierw medytuję nad łaską, nawracam się „w płaczu i narzekaniu” (Joel. 2:12) i z tego powodu odchodzi mi ochota na zwykłe i dobre skądinąd przyjemności. Nawrócenie jest równoznaczne z zaprzestaniem podłości, uwolnieniem się od nich i zwróceniem uwagi na naprawdę ważne i pociągające rzeczy: dobre uczynki (Izaj. 58:6-7). Teraz, kiedy wszystko jest jasne, mogę zacytować słowa Jezusa:

A gdy pościcie, nie bądźcie smętni jak obłudnicy; szpecą bowiem twarze swoje, aby ludziom pokazać, że poszczą. (Izajasz: zwieszają głowy, wkładają wory, kładą się w popiele. Joel: rozdzierają szaty, a nie serca.) Zaprawdę powiadam wam: Odbierają zapłatę swoją. Ale ty, gdy pościsz, namaść głowę swoją i umyj twarz swoją. (Mat. 6:16-17, BW). I co z tego? Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. (Mat. 6: 18, BW) A ja wiem, jak odpłaci, mam to napisane u Izajasza (58:8-9) i polecam! Lekcja postu jest trudna, bo jak tu płakać i ładnie wyglądać? Ale nie chodzi o powierzchowność. Post zaczyna się od rozdartego serca.

Nie wódź nas na pokuszenie?

Bzdura! Te kilka słów chcę dziś wyjaśnić. Pochodzą oczywiście z modlitwy Ojcze nasz, którą innym razem może omówię dokładniej. Tymczasem dotarłem do połowy kazania na górze.

Powstało pewne nieporozumienie, związane z fragmentem słynnej modlitwy, której Jezus nauczył swoich uczniów jako tej modelowej, idealnej, jak wzorzec z Sèvres, z pietyzmem przechowywanej w dwóch ewangeliach (Mat. 6:13, Łuk. 11:4). Modlitwa idealna, a tłumaczenie miejscami – spartaczone, nie ma co ukrywać:

I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego (Mat. 6:13, BW)

Tak dla spokoju ducha, czy każdy wie, że słowa „i nie wódź nas na pokuszenie” są bez sensu? Nie każdy? Świetnie. Mogę więc podać dla tego dwa powody. Po pierwsze, Bóg nikogo nie kusi, nie wodzi do złego, nie zwodzi. Mówi o tym inny werset: Niechaj nikt, gdy wystawiony jest na pokusę, nie mówi: Przez Boga jestem kuszony; Bóg bowiem nie jest podatny na pokusy do złego ani sam nikogo nie kusi. (Jak. 1:13, BW). Po drugie, jeśli doczytam list Jakuba, to dowiem się, że pokusy nie są niczym złym, zdarzają się każdemu i mogą być nawet źródłem satysfakcji: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie. (Jak. 1:2, BW). Jezus nie uczyłby zatem swych uczniów, by modlili się o unikanie pokus.

Słowa „nie wódź nas na pokuszenie” wzięły się z wcześniejszych przekładów i… tradycji. Bardzo trudno jest na przykład zmienić tekst śpiewany, a przecież modlitwę Ojcze Nasz śpiewa się często. No więc co zrobić?

  1. Nie narzekać. Przecież nikt nie każe mi powtarzać słów, z którymi się nie zgadzam, tym bardziej, że najbardziej popularny polski przekład, tj. Biblia Tysiąclecia, nie zawodzi i jest dobrą alternatywą (i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!).
  2. Wyluzować się. Nawet jeśli utarło się już mówić tak, a nie inaczej (zwłaszcza wspólnie), można po prostu wiedzieć, o czym się mówi. Nawet jeśli słowa trochę nie pasują do myśli i intencji.

Modły na pudy

Nudy? Nie, tam. Kolejny raz wypada mi podkreślać różnicę między wiarą, a religią; można się modlić, bo tak trzeba – to religia. A można też się modlić, bo tak potrzebuję – to wiara. Proste? No to jadę dalej.

A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją. (Mat. 6:5, BW)

Przerwę na chwilę. Tu jest jasna sprawa. Pisałem już o tym. Po co się modlę? Żeby ludzie to zobaczyli? Oczywiście, że nie. A może, żeby samemu dobrze się z tym poczuć? To już zdarza się częściej, nawet najlepszym. Ale to jest tak, jak przestrzeganie konwenansów. Trzeba odezwać się do cioci, bo nie wypada inaczej. Nie wypada nie pomodlić się, powiedzmy, raz w tygodniu. No, nie wypada. A co mnie, psia mać, obchodzi, co wypada, a co nie? Chyba chodzi o to, czego chcę, nieprawdaż?

Człowiek, który modli się albo dzwoni do cioci, „bo wypada”, wpadnie w inne towarzystwo, gdzie modne będzie inne zachowanie i zaniecha dawnych zwyczajów. Bo tak naprawdę nigdy ich nie potrzebował. Tak jak nic nie znaczył dla niego Bóg, tak i ciocia nie reprezentuje sobą zbyt wiele. Ale jeśli Bóg coś znaczy, sprawy zaczynają wyglądać inaczej:

Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. (Mat. 6:6, BW)

Jedne z najgorszych myśli przychodzą rano. Są one w stanie zgnoić cały dzionek, zrównać z ziemią wszelkie dobre zapędy i podniety, jeśli kiedykolwiek pojawiły się one w moim sercu. Kiedy zamykam za sobą drzwi, rano lub w dowolnym czasie, oczekuję, że Ojciec mi odpłaci. Pokojem, miłością, zaopatrzeniem, uzdrowieniem. Złe myśli odchodzą. Złe zdarzenia pozostają w sferze domysłów i fikcji.

A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; albowiem oni mniemają, że dla swej wielomówności będą wysłuchani. Nie bądźcie do nich podobni, gdyż wie Bóg, Ojciec wasz, czego potrzebujecie, przedtem zanim go poprosicie. (Mat. 6:7-8, BW)

No i to jest najlepsze. Zaklinaczom dziękujemy. Gadulstwem nie ściąga się żadnej bożej obecności. Ona jest. On mówi. On słucha. Patrzy mi w oczy i słucha. Każde słowo ma znaczenie, bo mam do czynienia z Bogiem, który po pierwsze, wszystko słyszy, a po drugie, za bardzo mnie ceni, żeby mnie ignorować.

Jeśli tylko potrzebuję, nie muszę udawać, że modlitwa to coś, co wypada albo nie wypada robić. Jeśli potrzebuję, to po prostu zwracam się do Niego. I naprzeciw mnie siedzi i słucha Ten, który wie o mnie wszystko i jest. Najpierw po prostu jest ze mną i to wystarczy. A poza tym… daje mi wszystko, czego mi potrzeba.

Kto daje i zabiera…

…ten się w piekle poniewiera. To polskie powiedzonko ma wiele wspólnego z nauczaniem Jezusa. Gdzie to znalazłem? Proste, w Kazaniu na górze.

W wersecie, o który mi chodzi, Jezus piekłem nie straszy, mówi tylko o braku nagrody u Ojca. Ale na pewno potępia to „dawanie i zabieranie”. Naucza tak:

Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6:1-4, BT)

Potem mówi o innym „pobożnym uczynku” – modlitwie, tym zajmę się w następnym wpisie, a teraz interesuje mnie tylko jałmużna. „Jałmużna” to przestarzałe słowo. Prawie nikt go już potocznie nie używa, chyba że odnośnie żebractwa. A ja chciałbym „jałmużnę” oswoić. W Nowym Testamencie jałmużna oznacza nie tylko „datek ofiarowany ubogiemu” (za: sjp.pwn.pl). Często mowa jest o jałmużnie po prostu jako o dawaniu, doraźnej pomocy lub nawet usługiwaniu. Jałmużna nie zawsze też dotyczy biednych, którzy nie potrafią się odwdzięczyć (por. 2 Kor. 8:13-14).

Jezus mówiąc o „pobożnych uczynkach”, zakłada, że ja je wykonuję. Lubię jego optymizm, podnosi mnie na duchu. Mowa Jezusa idzie dalej: ostrzega przed tym, że jeśli już coś daję, pomagam i służę ludziom, to żebym nie trąbił o tej jałmużnie na prawo i lewo.

A teraz szczerze: czy ja tak robię? – Łaskawy Panie, ja nigdy, nigdy nie trąbię i nie trąbiłem, przyrzekam! – Dobrze – odpowiada Pan – ale ja powiedziałem strzeż się, żebyś nie robił dobrych rzeczy w celu bycia zauważonym i docenionym przez ludzi. Ci, którzy tak robią, otrzymują swoją nagrodę.

Zawsze mnie ciekawiło: co to za nagroda, którą otrzymują obłudnicy? Może Jezus ironicznie wspomina o mękach piekielnych! Ha! „Kto daje i zabiera…”, dostaniecie za swoje! itd. Czy tak jest ? E, wątpię. Myślę, że Jezus mówił serio o nagrodzie, jaką obłudnik dostaje od ludzi. To jest uznanie, często szczere.

Teraz ja mam z tego uznania zrezygnować. Dlaczego? Bo jeśli daję i zabieram, to się w piekle… nie poniewieram, ale na pewno nie dostaję nagrody od Boga. Proste: czy można dostać dwie nagrody za jedną zasługę? A jeśli mam wybierać, to wolę wziąć od Boga niż od ludzi. Nagroda ludzka też jest fajna, ale ma się nijak do nagrody w niebie  (albo już za życia, tak czy inaczej – od Ojca). A ta jest realna: Ojciec twój, który widzi w skrytości, ten ci jawnie odda – tak brzmi czwarty werset (Mat. 6) w Biblii Gdańskiej.

Oprócz pytania „w jakim celu daję?” warto zadać sobie inne: „z jakiego powodu daję?”. To jest równie ważne. Jako dopełnienie tej puenty serwuję fragment hymnu o miłości:

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał. (1 Kor 13:3, BT)

Ćwiczę to na swoich wrogach

Nie wiem, jak wy, ale ja każdego dnia mam niedosyt. Doskwiera mi to, że wszystko jest ‘zrobione’, nie ma nic dobrego ot tak, znikąd. Wyjątkiem jest na pewno modlitwa i… poniekąd randka. Nie lubię słowa „randka”, ale niech już zostanie.

Z tego niedosytu bierze się zachłanność. Wiem, że muszę coś namieszać, żeby posmakować mojego krótkiego czasu. Dlatego stawiam sobie te wszystkie wyzwania, biorę przykazania Jezusa, opisuję je i staram się wypełniać. Następne jest takie:

Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował bliźniego swego, a będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela swego. A Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują (Mat. 5:43-44, BW)

Takie to oklepane, że aż nie chciałem się tym zajmować. Tym bardziej, że ‘chwilę’ wcześniej Jezus powiedział coś bardzo podobnego. Pisałem o tym tutaj. Powiedział, żeby nie gniewać się (Mat. 5:21-26). A ‘nie gniewać się’ znaczy chyba to samo, co ‘zaniechać nienawiści’. Nie?

Zapytałem najmądrzejszej narzeczonej. Może się nie obrazi, jak ją zacytuję. Powiedziała: mogę się gniewać również na kogoś, kogo kocham. A nienawiść będzie już zaprzeczeniem miłości. Ja dumałem, dumałem, a ona… trafiła w sedno. W istocie, Jezus mówi: każdy, kto się gniewa na BRATA swego, pójdzie pod sąd (Mat. 5:22, BW). A nienawiści zakazuje w stosunku do NIEPRZYJACIÓŁ, a więc nie powtarza się!

Kto więc jest tym ‘nieprzyjacielem’? Wiadomo, że nie brat. Jeden mój znajomy narzeka, że w swojej pracy musi się uśmiechać do wielu osób, o których wie, że go obgadują i oczerniają. Ale chętnie wypaliłby im tak, że by im w pięty poszło. Nie może. Musi zacisnąć zęby albo… pokochać.

Ale nieprzyjacielem jest nie tylko ten, kto działa na moją szkodę. Może być nim każdy, kogo nie nazwę przyjacielem, bo nie mogę mu ufać, bo widać, że źle myśli, źle mówi i źle postępuje. A ponadto każdy, kogo nienawidzę z zasady, chronicznie, organicznie, na przykład kierowców autobusów, którzy „wożą kartofle”. Powinienem ich wszystkich kochać.

Nie znaczy to, że mam nie reagować na zło – walczyć z nim albo uciekać, gdy trzeba. Jezus określił to jasno, powiedział: miłujcie ich i módlcie się za nich. W zasadzie nie trzeba robić wokół tego wielkiego zamieszania. Wszystko może odbywać się po cichu, że nikt nie zauważy. Po co? Będę szczery: chcę być doskonały. Po co? „Zło szerzy się tam, gdzie milczą ludzie dobrzy”. Nie ma „ludzi dobrych”, ale są tacy, którzy osiągają doskonałość w Chrystusie. Poza tym mowa jest o jakiejś zapłacie. Jeszcze raz: po co kochać swoich nieprzyjaciół?

Abyście byli SYNAMI Ojca waszego, który jest w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie ZAPŁATĘ? Czyż i celnicy [bandyci] tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonali, JAK OJCIEC wasz niebieski doskonały jest. (Mat. 5:45-48, BW)

„Miłowanie nieprzyjaciół” najwznioślej kojarzy się z męczennikami, którzy w chwili śmierci szepcą modlitwy wstawiennicze za swych oprawców. Ale czy to znaczy, że w moim „zwyczajnym” życiu to przykazanie nie ma mocy?

Supersize me!

Pamiętacie ten film Morgana Spurlocka? Opowiadał o tym, jak można się skrzywdzić, pochłaniając ponadprzeciętne porcje jedzenia, do którego, delikatnie mówiąc, człowiek nie jest stworzony.

Ja chcę napisać o tym, jak zrobić sobie dobrze, wydalając z siebie ponadprzeciętne porcje. Jezus mówił przecież, że nie to, co wchodzi do ust, kala człowieka, lecz to, co z ust wychodzi. (Mat. 15:11, BW) To mogą być złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, rozpusta, kradzieże, fałszywe świadectwa, bluźnierstwa. (Mat. 15:19, BW) To wszystko wypływa z serca i wylewa się przez usta. I moje ciało za tym podąża.

Z drugiej strony Salomon napisał, że z serca tryska źródło życia (Przyp. 4:23, BW). To prawda. Takie źródło tryska, ale pod warunkiem, że strzegę serca pilniej, niż wszystkiego innego. I, rzecz jasna, zapraszam tam Boga. Dzisiaj mogę się modlić i prosić Ojca: supersize me! Pomnóż to, co dobrego wychodzi z mojego serca, z moich ust!

A jak to wygląda w praktyce? Wybaczcie, że powtórzę się z cytatem, ale we wpisie Łaska mnie podnieca po prostu pominąłem ważną rzecz. Pisałem, że ludziom, którzy mnie krzywdzą, wyrywają moją własność, wymuszają, mam przebaczyć i okazać łaskę. Ale nie wspomniałem o ludziach, którzy po prostu mnie o coś proszą.

Temu, kto cię prosi, daj, a od tego, który chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się. (Mat. 5:42, BW)

To jest szansa na supersize – poszerzenie. Zacząłem już nad tym pracować i z zadowoleniem dostrzegam na bieżąco wiele swoich niedociągnięć. Wiele razy, gdy ktoś mnie o coś prosi, po prostu nie chce mi się. Ale Jezus mówi: daj, nie odwracaj się.

To jest elementarz. Bo Jezus stopniuje wyzwania, tym razem od najtrudniejszego: ktoś cię bije? Pozwól mu. Ktoś ci wyrywa? Odpuść mu. Ktoś cię przymusza? Poddaj się z nawiązką. Ktoś cię prosi? Daj, zrób to dla niego. Ktoś chce pożyczyć? Nie pozostawaj obojętny.

Może zacznę od tych ostatnich, najłatwiejszych, które i tak sprawiają mi problemy. Potem pomyślimy o dalszych.