Liczę na cud

Liczysz na cud? Oczywiście. Zapewniam cię, że tak. Nawet, jeśli w cuda i znaki nie wierzysz. Dlaczego? Mogą być cztery powody.

1. Jestem w potrzebie. I przyznaję: sam nie dam rady. Pomocy! Może to bieda, choroba, niebezpieczeństwo, grzech. Palący problem stawia mnie w sytuacji bez wyjścia, czyni bezradnym. Jak Jaira albo kobietę cierpiącą na krwotok, którym poświęciłem poprzedni wpis. Potrzebuję cudu dla doraźnej pomocy, ale przede wszystkim, żeby się nawrócić. Większość znaków i cudów, które czynił Jezus, miały na celu… nawrócenie.

2. Jestem uczniem. Chciałbym, żeby przez moje ręce działy się cuda. Ale jak to zrobić? Potrzebuję znaków i cudów, żeby uwierzyć, naśladować i nie zniechęcać się. Uczniowie Jezusa musieli napatrzeć się na wiele znaków, zanim coś z tego pojęli. Krótko po rozmnożeniu chleba dla tysięcy martwili się, że do łódki zabrali tylko jeden bochenek.

3. Jestem sceptykiem. Faryzeuszem. Liczę na cud z przekory, przekonany, że się nie zdarzy. Mam swoje zasady (ludzkie tradycje) i są dla mnie ważniejsze niż boże przykazania. Tym śmielej kpię sobie ze wszystkich „cudotwórców”. „Wszystko da się jakoś wytłumaczyć” – to moja dewiza. „Mocą Belzebuba wygania demony”. Faryzeusze prosili Jezusa o znak. (Mar. 9) Po co? Nie musieliby prosić, gdyby uważniej patrzyli. Nie widzieli, bo nie chcieli widzieć.

4. Jestem prorokiem – jak Jan Chrzciciel. Siedząc w więzieniu, pytał Jezusa przez posłańców: czy to ty jesteś tym, który ma przyjść, czy mamy czekać na innego? A Jezus odpowiedział: „oznajmijcie Janowi, co słyszycie i widzicie: ślepi odzyskują wzrok, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli są wskrzeszani, a ubogim zwiastowana jest ewangelia.” (Mat. 11)

Albo jestem zwiadowcą (ten sam typ) – jak Kaleb i Jozue (4 Moj. 13). Oni też potrzebowali znaku – to były obfite płody Ziemi Obiecanej. Ale widzieli to, bo chcieli widzieć. Inni zwiadowcy rozpowiadali dla odmiany, że nie dadzą rady wejść do Kanaanu, że czeka ich klęska.

Wydaje mi się, że wiem, co mógł wtedy czuć Mojżesz. Sam prowadziłem nieraz wycieczkę i znając mapę, upierałem się przy jakiejś drodze. Ale było ryzyko, że to przekracza możliwości tych najsłabszych. Byłem zawiedziony i sfrustrowany. Wejście do Ziemi Obiecanej z pewnością narażało Izraelitów na nierówną walkę z silniejszymi plemionami, dzieci i kobiety – na śmierć i gwałty.

A jednak weszli. Ci najmłodsi – jak na ironię. Do lat dwudziestu. Wszyscy starsi ponieśli konsekwencje swojej niewiary, nieufności – pomarli na pustyni. Wszyscy z wyjątkiem Jozuego i Kaleba.

Zobaczyć cuda i znaki – to wymaga wiary, zaangażowania. Jeśli podpieram ścianę z rękami w kieszeniach, nic się nie wydarzy. Niczego się nie doczekam, chyba tylko jednego: zobaczę, jak inni korzystają. Wszyscy, tylko nie ja.

Wbij to sobie do głowy!

Jurand mówił jak natchniony. To nie ulegało wątpliwości. Patrzyłem na niego zadziwiony, nie dowierzając – taki świetny mówca. Ani kto pisnął, klasa słuchała jak zamurowana. Kogo? Tego śmiesznego chłopaka, który słabo sobie radził na WF-ie, ledwo piłkę lekarską mógł podrzucić.

Wszyscy koledzy mu to pamiętali, a że babka od polskiego akurat wtedy przerabiała „Krzyżaków”, to dostał ksywę Jurand. Tak, wszystkim to było do śmiechu, prócz Juranda oczywiście. Ale jakoś mimo wszystko trzymał fason.

Do tej pory to on raczej słuchał mnie. To ja go w to wszystko wciągnąłem. I paru innych. Ale on przejął się najbardziej. Chodził ze mną na wszystkie spotkania. A nawet więcej, chciał być ze mną na wszystkich przerwach. A zwłaszcza na długiej, kiedy wychodziliśmy na boisko. Podczas gdy wszyscy grali w piłkę albo rozsiadali się pod murami, my spacerowaliśmy sobie wzdłuż i wszerz, i szukaliśmy ich. To znaczy tych, o których można byłoby się modlić. Czasem to był ktoś ze skręconą nogą, czasem ktoś, kto na pierwszy rzut oka nie wyglądał ani biednie, ani smutno. Po prostu pytaliśmy…

No i tak się to zaczęło. W klasie mieliśmy już swoją grupkę. Pozostali patrzyli na nas raczej z sympatią i zaciekawieniem. Oprócz tych trzech. Spod ciemnej gwiazdy. Zawsze na nie. Zawsze złym okiem łypali. Każdą religię rozwalali, zadając katusze Bogu ducha winnemu księdzu. Czasem stawaliśmy po jego stronie, a właściwie po swojej własnej – kiedy kpiny z wiary sięgały zenitu. Byliśmy przekonani, że nie toczy się tutaj wojna o dobre stopnie z zachowania, ale coś więcej: serca.

Pewnego razu przegięli pałę. Mówili, że nas zniszczą, że brzydzą się tą wodą, którą mamy w mózgach. Kipiała z nich bezinteresowna nienawiść, z którą nie da się negocjować. Zero dialogu. Zacisnąłem zęby. Mówię do Juranda:
— Weź, zbierz chłopaków, zrobimy ustawkę. My kontra oni. Na religii. – Wywalił gały.
— No co, co ty… Chcesz się bić? W szkole??
— Tak, ale to nie my ich pobijemy. My tylko będziemy mówić. Ciach, jak mieczem. Ty pierwszy. Czujesz to?

I teraz siedzieli tutaj z nami, w milczeniu nie odrywali wzroku od Juranda. Cieniutki, jak zwykle w swoich czarnych spodniach i czarnej koszuli, wyglądał jak połowa księdza, który stał z boku w sutannie opiętej na brzuchu, oparty o szafę. Potem była jeszcze Anka, Marek, Fikus, Boniek. A ja siadłem z tyłu w kącie i w myślach się modliłem, podnosząc ręce. A jak na chwilę się rozpraszałem, Jurand zacinał się, jąkał. Więc znów podnosiłem, a jak mi zdrętwiały, opierałem o parapet.

I tak dotrwałem do dzwonka. Wychodziliśmy uśmiechnięci. Po raz pierwszy udało nam się zatkać im usta. Wyciągnąłem kanapkę i Biblię. Otworzyłem i zatkało mnie:

I tak ręce jego były stale podniesione aż do zachodu słońca. Tak pobił Jozue Amalekitów i ich lud ostrzem miecza. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Zapisz to dla pamięci w księdze i wbij to w głowę Jozuego, że całkowicie wymażę pamięć o Amalekitach pod niebem. Potem zbudował Mojżesz ołtarz i nazwał go: Pan sztandarem moim! (2 Moj. 17:12-15, BW)

— Jur… pfle! Kawałki bułki wyleciały mi z ust na podłogę. Przełknąłem pośpiesznie resztę. – Jurand! – Nie słyszał, zajęty rozmową. Wszyscy chcieli go nagle o coś pytać.
— Jurand!
— No co?
— Chodź, musisz sobie wbić do głowy…

Twój mózg – DIY (zrób to sam)

Wracam do pisania i wracam z myślą, która ma mnie zachęcić do nowego początku. Jest to myśl o myśleniu! Myślenie ma przyszłość – tak, ale jakie? O czym?

Czy o tym, co akurat wpadnie mi w oko, w ucho? A może o czymś, co sam sobie wybiorę? Taki wybór, takie uparte i świadome przestawianie myślenia na nowe, inne, właściwe, dobre tory – jest trudne, ale konieczne.

Moja siostra zrzuciła mi z balkonu książkę. Żebym zabił czas, czekając aż dzieci wyśpią się w samochodzie. Torebka z książką plasnęła o ziemię. Wyciągnąłem, zobaczyłem – jak dar z nieba: „Naucz swoje dziecko myśleć” – Edward de Bono. W istocie, zanim dotarłem do meritum, miałem już tyle ciekawych myśli, że nie dałem rady zapamiętać…

Zainspirowała mnie na przykład uwaga autora o myśleniu twórczym. Jeżeli „ludzki umysł funkcjonuje samoorganizująca się sieć neuronów”, to aby mógł się rozwijać, „potrzebuje zdolności twórczych, innowacyjności”. Potrzebuje myśli zaskakujących, na pozór nielogicznych, nowych, „myśli w bok”, żeby poszerzać potencjał połączeń nerwowych. Może się to brać z bodźców zewnętrznych (np. inspirującej książki) albo być owocem ćwiczeń i własnego wysiłku.

Tutaj właśnie pojawiła się „myśl w bok”, poza wątkiem autora. Przecież fizyczny kształt tej sieci neuronów, a więc indywidualny sposób, zwyczaj mojego rozumowania zależy od tego, jak byłem wychowany, co przeżyłem, co przeczytałem, obejrzałem, co mnie zaskakiwało przez całe moje życie, wymagając ciągłych zmian myślenia.

A jeśli mógłbym zdecydować o tym, jak kształtuje się ta moja sieć neuronów? Wybierać treści tak, żeby uzyskać umysł, który poprowadzi mnie do dobrych wyborów, do szczęścia, do Boga? Co jeśli wziąłbym sobie do serca słowa, które usłyszał Jozue od Boga, kiedy po śmierci Mojżesza miał przejąć przywództwo nad narodem Izraelskim?

Niechaj nie oddala się księga tego zakonu od twoich ust, ale rozmyślaj o niej we dnie i w nocy, aby ściśle czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło. (Joz. 1:8, BW)

To słowo: „rozmyślaj” oznacza też „rozważaj”, „medytuj”. To hebrajskie ‚HAGAH’ tłumaczone jako „niski, niewyraźny, ciągły dźwięk, jak mówienie szeptem (jak szum fal)” * Z czym się to kojarzy? Z jakąś mantrą! A jednak to nie wschodnia religia, to wiara i mądrość dzieci Abrahama, a także uczniów Jezusa.

Taka jest moja motywacja na nowy rok szkolny: żeby rozważanie tego, co przeczytam ze Słowa, było nieustannie w moich myślach i na moich ustach.

* Tu posiłkuję się starymi notatkami pastora Marka Ciesiółki. Przy okazji, w temacie rozważania, polecam jego kazania z 8 i 15 stycznia 2012 r. (do odsłuchania/pobrania po zalogowaniu na stronie: droga.waw.pl.

Każdy jest zwiadowcą

Ostatni tydzień w polityce upłynął pod znakiem „afery taśmowej”. Jak zwykle w takich wypadkach, kiedy coś mnie bulwersuje i chcę o tym powiedzieć, mam wybór: przekazać dobre, czy złe wieści?

Ktoś powie: – A co dobrego można powiedzieć o zgniłej polityce? Cokolwiek się słyszy o tych decydentach, śmierdzi grubą, brudną kasą, a to są przecież nasze pieniądze, podatników! – Prawda? Po pierwsze, jednak można powiedzieć coś dobrego, chociażby to, że to zło skończy się niebawem, bo tam też nastanie Boże panowanie. Po drugie, czy to nie brzmi jak wymówka? Jeśli ktoś wszędzie widzi gnój, to nie tylko w polityce –jest takim człowiekiem-muchą. Zgodnie z dowcipem obrazkowym już lepiej być człowiekiem-pszczołą, który wszędzie widzi kwiaty i miód. Takimi ludźmi byli Jozue i Kaleb. Zostali wysłani do ziemi obiecanej jako zwiadowcy. Zwiadowców było dwunastu – po jednym z każdego plemienia – ale dziesięciu pozostałych siało tylko zwątpienie, niewiarę, strach i panikę. Ciekawe, bo szli razem, widzieli te same rzeczy i co? Doszli do innych wniosków?

— Przyszliśmy do ziemi, do której nas wyprawiłeś; ona rzeczywiście opływa w mleko i miód, a to są jej płody. Tylko że mocny jest lud, który mieszka w tej ziemi, a miasta są obwarowane, bardzo wielkie; widzieliśmy tam także potomków Anaka. (…) – Kaleb uspakajał lud wzburzony na Mojżesza, mówiąc:

— Gdy wyruszymy na nią, to ją zdobędziemy, gdyż ją przemożemy. – Lecz mężowie, którzy poszli z nim, mówili:

— Nie możemy wyruszyć na ten lud, gdyż jest on od nas silniejszy. – I rozpuszczali między synami izraelskimi złą wieść o ziemi, którą zbadali, mówiąc: – Ziemia, przez którą przeszliśmy, aby ją zbadać, to ziemia, która pożera swoich mieszkańców, a wszystek lud, który w niej widzieliśmy, to mężowie rośli. Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów, i wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach. (IV Moj. tzn. Ks. Liczb 13:27-33)

Potem zaczęła się rozpacz, płacz, krzyki, narzekania, rozruchy, szemranie i spiskowanie, posypały się oskarżenia, atmosfera była napięta, aż kipiało… Co dalej? Poczytajcie sami, a ciekawe jest zwłaszcza to, jak zareagował Bóg i jak rozstrzygnął spór. Ale to nie jest już tematem dzisiejszego wpisu. Tylko ta jedna myśl: czy dostrzegam raczej dobre, czy złe znaki? Co rozpowiadam? Że zło jest nie do pokonania, czy raczej dobro zwycięży?

Są ludzie, którzy bez względu na moje gadanie zobaczą zwycięstwo dobra nad złem. A czy ja będę wśród nich – to zależy od tego, gdzie mnie zaprowadzi mój język.

Co się odwlecze…

…to nie uciecze – mawiamy. Ale przez zwlekanie mogę stracić bardzo wiele. Zwłaszcza zwlekanie z tym, by zrezygnować ze wszystkiego, co było moim życiem, zanim je oddałem Jezusowi.

Piszę to na bazie wniosków, które wyciągam z historii Izraela, opisanej w Biblii – nie w jednym miejscu, ale w wielu kontekstach i to, jak się okazało, trochę mnie przerosło. Ale nic to, ważne by zainspirować. W Księdze Powtórzonego Prawa (5 Mojżeszowa), zawierającej mowy Mojżesza przed jego śmiercią i przed wejściem Izraela do Ziemi Obiecanej, bodaj dwa razy pojawia się nakaz, by wyrżnąć sześć (20:17) lub siedem (7:1) konkretnych narodów. Wszystkim innym Izrael miał zaproponować pokój (de facto służbę), a dopiero odmowę potraktować jako powód do agresji (20:10-15).

Dlaczego dobry Bóg nakazał przelewać tyle krwi? Powody były dwa. Po pierwsze, narody te miały sporo czasu, jakieś 500 lat, jak ktoś wyliczył, żeby się upamiętać, ale zamiast tego brnęły jeszcze dalej w zło. Po drugie, Bóg uzasadnił to tak:

aby nie uczyli was czynić tych wszystkich obrzydliwości, jakie oni czynią swoim bogom, i byście nie zgrzeszyli wobec Pana, Boga waszego. (20:18) Nie będziesz z nimi zawierał małżeństw. Swojej córki nie oddasz jego synowi, a jego córki nie weźmiesz dla swojego syna, gdyż odciągnęłaby ode mnie twojego syna i oni służyliby innym bogom. Wtedy zapłonąłby przeciwko wam gniew Pana i szybko by cię wytępił. (7:3-4)

I tu się zaczyna problem, bo okazuje się, że Gibeonici (tj. Chiwwijczycy – naród z „czarnej listy”) podstępem zawarli przymierze z Izraelem (Joz. 9:3-17), z kolei

Jebuzejczyków, mieszkających w Jeruzalemie, nie mogli synowie Judy wypędzić i Jebuzejczycy mieszkają z synami Judy w Jeruzalemie do dnia dzisiejszego. (Joz. 15:63, BW) Synowie Beniamina nie wypędzili Jebuzejczyków mieszkających w Jeruzalemie, i Jebuzejczycy mieszkają z synami Beniamina w Jeruzalemie aż do dnia dzisiejszego. (Sędz. 1:21, BW)

Jebuzejczyków wykurzył z twierdzy Syjon dopiero Król Dawid, co jest wspomniane dwa razy (2 Sam. 5:6-7 oraz 1 Kron. 11:4-5, BW), natomiast Salomon – syn Dawida – zaciągnął potomków nie wytępionych narodów do robót pańszczyźnianych. Ale nie o to chodziło, żeby się nachapać; podbić kraj, a ze zwyciężonych zrobić niewolników. Chodziło o to, by dobrze żyć – tak, jak chciał Bóg i jak uczył Mojżesz.

Tymczasem „łaska” okazana niektórym narodom bardzo szybko obróciła się przeciwko Izraelowi. Np. w Księdze Sędziów (rozdz. 19-21) – opisana jest zbrodnia, która wstrząsnęła całym krajem, co w epoce bez „Faktów” i YouTube’a nie było wcale prostą sprawą. To było nawet gorsze niż Josef Fritzl, bo nie jeden człowiek okazał się zwyrodnialcem, ale wielu. A stało się to właśnie tam, gdzie mieszkali Jebuzejczycy i Gibeonici.

Co to oznacza dla mnie dzisiaj? Moją Ziemią Obiecaną jest nowe życie w Chrystusie. Bóg nie tylko wyrwał mnie z niewoli grzechu (Egiptu), ale też obiecał mi, jak Izraelowi, że wypędzi przede mną narody, tzn. wszystko, co mogłoby mnie zniewolić w tym nowym życiu. Pytanie: czy ja jestem tak bezwzględny, że wybiłem już wszystkich „Jebuzejczyków”? Czy naprawdę umarłem dla Chrystusa, aby mieć życie w Nim? Z czym zwlekam?

Pielęgnowanie doświadczeń

„Szanujmy wspomnienia, bo warto coś mieć, gdy zbliży się nasz fin de siècle” – śpiewali Skaldowie. Zgoda, ale wspomnienia doświadczeń warto szanować i pielęgnować również z innego powodu…

Może pamiętacie jeszcze mój wpis z początku lipca pt. „Bój się… z uśmiechem”? Jeśli nie, można nadrobić zaległości, a jeśli tak, to tym lepiej, bo dzisiaj kontynuuję temat. Minęło trochę czasu, znów otworzyłem Biblię na księdze Jozuego, doczytałem ją do końca i co? Z pasją połknąłem niemały fragment o tym, jak Izrael rozgromił wszystkie ludy, mieszkające w Kanaanie (i wokół). Od połowy księgi zaczęło się wyliczanie, jakie ziemie i miasta dostały poszczególne plemiona izraelskie – przez to jakoś przebrnąłem, z nadzieją, że kiedyś zrobię to raz jeszcze, z mapą! No i dotarłem do pożegnalnej mowy Jozuego – faceta, który był dla Izraela wodzem przez te wszystkie lata podbojów, na którym spoczywała odpowiedzialność po śmierci Mojżesza, by cały naród wprowadzić do Ziemi Obiecanej.

Ale co było najważniejszym doświadczeniem Jozuego? Oto dobre pytanie! Kiedy, jak napisano, „posunął się w latach” (zmarł, mając lat 110), zwołał starszych, naczelników, sędziów i przełożonych Izraela nie po to, by prawić im kazania i ustanowić jakąś teologię. Opowiedział im o swoim doświadczeniu, właściwie o ich wspólnych doświadczeniach. Mówił im o Abrahamie, Jakubie i Egipcie, o plagach i przejściu przez Morze Czerwone, przez pustynię i Jordan, wreszcie o tym, jak Pan Bóg „wydawał w ich ręce” wszystkie ludy, tak że nikt się nie obronił, wielu uciekało, a wszyscy zaatakowani zostali wybici.

Dałem wam ziemię, nad którą się nie mozoliliście, miasta, których nie budowaliście, a jednak w nich zamieszkaliście, jecie zaś z winnic i drzew oliwnych, których nie sadziliście.

Oddajcie tedy Panu zbożną cześć i służcie mu szczerze i wiernie; usuńcie bogów, którym służyli wasi ojcowie za Rzeką i w Egipcie, a służcie Panu. (Joz. 24:13-14, BW)

Po co Jozue opowiadał tę całą historię? Czy oni, „starsi” jej nie znali? Oczywiście, że znali. Ale Jozue szanował te wspomnienia, wiedząc, że pamięć o doświadczeniach bożej dobroci i wierności będzie dla Izraela fundamentem duchowego i materialnego dobrobytu. Dlaczego? Bo kiedy doświadczyłem czegoś konkretnego, dobrego, co Bóg dla mnie zrobił, to dysponuję czymś więcej niż teologia, a „służenie Panu” przestaje być religią, a zaczyna być przyjaźnią i daje mi szansę na ponadnaturalne błogosławieństwo.

Bój się… z uśmiechem!

W nietypowy sposób Bóg uczył Izrael (swoje dzieci), żeby się go bano. Nie pogroził palcem, nie opowiadał strasznych historii, nikogo nie uśmiercił, ale… zatrzymał rzekę Jordan.

Pisząc to, mam w pamięci historię mojego znajomego, Adama, który opowiadał mi, jak poszedł ze swoją córeczką nazbierać kasztanów. Jak wiadomo, dzieci + zapałki + kasztany = ludziki, no więc poszli pod znane sobie kasztanowce, a tam… pusto. Wszystko wyzbierane. Córeczka już była zawiedziona i czekała tylko: co teraz? Niech tata coś zaradzi, może znajdzie się inne miejsce? A tymczasem Adam odsunął córeczkę w bezpieczne miejsce, chwycił za jeden z konarów, wdrapał się na niego i jak małpa zaczął trząść drzewem. Kasztany zaczęły sypać się jak grad. Wiedząc, że już starczy, zeskoczył z gałęzi i zobaczył rozdziawioną buzię córeczki, która w pełni zachwytu powiedziała: – Tatusiu, ale ty jesteś słodki!

Myślę, że jeszcze bardziej rozdziawiali usta Izraelici, kiedy widzieli, jak nurt Jordanu został przerwany tak, by mogli suchą stopą wejść do Ziemi Obiecanej. Woda napływająca z górnego biegu rzeki została spiętrzona, a woda spływająca w dół po prostu ustąpiła. Jest to opisane w trzecim i czwartym rozdziale księgi Jozuego, którą ostatnio sobie czytałem. Bóg spodziewał się, że w następnych pokoleniach znajdzie się wielu mędrków, którzy nie będą dowierzać tej historii, a Pisma nie będą rozumieć literalnie. Dlatego rozkazał Jozuemu, by wyznaczyć dwunastu mężczyzn, po jednym z każdego plemienia, by każdy wziął jeden kamień z dna rzeki, na pamiątkę.

I rzekł do synów izraelskich: Gdy w przyszłości wasi potomkowie pytać się będą swoich ojców: Co znaczą te kamienie? Pouczcie waszych synów, mówiąc: Suchą nogą przeszedł tu Izrael przez Jordan, gdyż Pan, Bóg wasz, wysuszył wody Jordanu przed wami, aż się przeprawiliście, podobnie jak Pan, Bóg wasz, uczynił z Morzem Czerwonym, które wysuszył przed nami, aż się przeprawiliśmy, aby poznały wszystkie ludy ziemi, że ręka Pana jest mocna, i abyście się bali Pana, Boga waszego, po wszystkie dni. (Joz. 4:21-24, BW)

Znamienne jest, jak Jozue tłumaczy cud, którego Bóg dokonał na oczach swojego wybranego narodu: wysuszył wody Jordanu, aby bali się Pana. To tak, jakby Adam powiedział do swojej córeczki: natrzęsłem z tego drzewa kasztanów, abyś się mnie bała. Zabawne, czyż nie? Przynajmniej dla mnie, bo bojaźń boża wciąż bardziej kojarzy mi się z groźbami niż z pozytywnym okazaniem mocy. A tak nie powinno być. Bóg chce, żebym go poważał, bał się, był posłuszny ze względu na to, jak wielkie i dobre rzeczy dla mnie zrobił, a nie ze względu na to, jaki jest straszny.