Patrz na mnie jak na Boga

Jest coś, co w Jezusie absolutnie mnie… zaskakuje. „Kto mnie widzi, widzi i mego Ojca” – te słowa wprawiają mnie w lekkie osłupienie. Przy całym religijnym obyciu, jakie mam.

Tym bardziej, że za chwilę, dwa wersety dalej, odnosi się to do uczniów, a więc i do mnie (!!!):

Wierzcie mi, że ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie. Przynajmniej z powodu samych dzieł wierzcie mi. …Kto wierzy we mnie, dzieł, których ja dokonuję, i on będzie dokonywał, i większych od tych dokona, bo ja odchodzę do mego Ojca. (Jan. 14:11-12, PUBG)

Wow. Zaraz, czy dobrze rozumiem? Po kolei:

  1. Kto widzi Jezusa, widzi Ojca,
  2. bo uczeń wierzy na podstawie czynów Jezusa,
  3. a wierząc w Niego, będzie dokonywał takich samych i większych rzeczy,
  4. więc patrząc również na ucznia, ludzie zobaczą Boga.

A może przesadzam? Tylko tu nie ma miejsca na przesadę; powiedział, jak powiedział. Ale może źle wnioskuję? No, chyba dobrze. Tylko mam wątpliwości, bo… brzmi to tak fantastycznie, że niewiarygodnie. Ludzie tacy nie są, chrześcijanie, uczniowie Jezusa tacy nie są, na ogół, najczęściej. Nie aż tak.

Nie powiedziałbym nikomu o samym sobie: – Widzisz mnie, widzisz Boga. Poznając mnie, poznajesz Ojca. – Z drugiej strony… bardzo bym chciał. Właściwie… chyba niczego nie pragnę tak mocno, jak tego, by móc tak właśnie powiedzieć. To byłoby piękne: żyć takim życiem pełnym dobroci, łaski, mocy, sprawiedliwości. I mam nadzieję, coraz śmielej myślę, że… można.

Jest coś, a raczej ktoś, kto tę nadzieję czyni żywą, silną, daje jej podstawy. O tym kimś mówi Jezus:

Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, on nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem. (26)

Masz jakiś problem?

Takiego pytania wolałbym nie słyszeć z jakiejś ciemnej bramy. Ale słyszę je, jak wybrzmiewa między wierszami Ewangelii Jana, w tej historii „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”.

I przyprowadzili do niego uczeni w Piśmie i faryzeusze kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do niego:
– Nauczycielu, tę kobietę przyłapano na uczynku cudzołóstwa. W prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A ty co mówisz? – A mówili to, wystawiając go na próbę, aby mogli go oskarżyć. (Jan. 8:3-6a, PUBG)

Jak wiemy, Jezus w końcu „zachęcił” do wykonania wyroku (już poniekąd wydanego przez faryzeuszy) tych, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia. Tym samym dał piękną lekcję pt. „zanim oskarżysz, spójrz na siebie”. No i lekcję przebaczenia. Tak, to usłyszymy na lekcji religii. A jak było naprawdę?

Ja widzę tu trzy strony i trzy problemy:

1. Problem z kobietą – etyczny i… pozorny. Bo oczywiście ta kobieta miała rzeczywisty problem ze sobą, miała grzech na sumieniu. Ale dla faryzeuszy faktycznie problemem nie była, raczej pretekstem. Jan pisze o tym wprost.

2. Problem z Jezusem – polityczny i religijny – mieli faryzeusze. Bo mówił o sobie, że jest Bożym Synem, a więc Mesjaszem, a więc królem żydowskim, a więc też sędzią, a więc… wichrzycielem pax romana. Gdyby Jezus powiedział: „niewinna” – czy stawia się ponad Mojżeszem? A jeśli „winna” – czy stawia się ponad Cezarem?

3. Problem z faryzeuszami – miał Jezus? Nie, właściwie oni sami mieli ze sobą problem, podwójny, tylko nieuświadomiony. Genialnie Jezus to udowodnił, jednocześnie nie unikając żadnego ze wspomnianych aspektów sytuacji: etycznego i religijno-politycznego. Nie zaprzeczył winy kobiety, ale odpowiedzialność za sąd zrzucił na tych, którzy nie mieli podstaw, by sądzić. Bo gryzło ich sumienie.

Co to oznacza dla mnie – dziś? Fakt, że jeśli nie przyjmę Jezusa jak Pana i Zbawiciela, jako kamienia węgielnego, to się o Niego roztrzaskam (dokładnie tak, jak napisano). Ilekroć Go odrzucam, tyle razy muszę stwierdzić własną bezradność: nie mam narzędzi, ani podstaw, ani siły, żeby choć odrobinę naprawić ten świat, oczyścić go z podłości, zła, niesprawiedliwości.

Problem nie jest etyczny (szukanie winy i winnych wokół), ani polityczny (szukanie kary i dziur systemie, wymiarze sprawiedliwości). Problem jest we mnie, kiedy ignoruję i umniejszam Jezusa. I właśnie: nie przyjmuję Go jako Zbawiciela (pokuta, etyka) i Pana (posłuszeństwo, polityka).

Skromne eventy Jezusa

Wielki prorok, nauczyciel i pasterz tysięcy, oblegany i sławny, popularny i skuteczny – taki obraz Jezusa często przychodzi na myśl. Zaskakujące jest, jak wiele fragmentów Ewangelii temu przeczy.

Weźmy na przykład tylko jeden rozdział (8) Ewangelii według Łukasza. Oto seria następujących po sobie przypadków, z których każdy – z punktu widzenia współczesnego kaznodziei – można nazwać co najmniej zniechęcającym. Kolokwialnie: klapa!

Najpierw widać Jezusa, jak naucza tłum i… nikt nie rozumie, o co Mu właściwie chodzi. Przypuszczalnie nikt, bo nawet uczniowie nie bardzo załapali.

I pytali go jego uczniowie, co znaczy to podobieństwo [o siewcy]. A On im rzekł: – Wam dane jest poznać tajemnice Królestwa Bożego, ale innym podaje się je w podobieństwach, aby patrząc nie widzieli, a słuchając nie rozumieli. (9-10, BW)

Potem przeprawia się Jezus z uczniami na drugą stronę jeziora, do krainy Gerazeńczyków, gdzie co prawda dokonuje rzeczy spektakularnej – uwalnia człowieka od legionu demonów, ale ostatecznie:

prosiła go cała ludność okolic gerazeńskich, by odszedł od nich, gdyż ogarnął ich wielki strach. Wtedy On wsiadł do łodzi i zawrócił. (37)

Następnie dobija znów do „swojego” brzegu, gdzie czeka na niego już spory komitet powitalny („wszyscy go bowiem oczekiwali„), ale godna zapisania była najwyraźniej tylko wzmianka o jednym człowieku – Jairze, przełożonym synagogi; ten…

padł do nóg Jezusa, i prosił go, aby wstąpił do jego domu, gdyż miał córkę, jedynaczkę, w wieku około dwunastu lat, a ta umierała. (41-42)

No więc idzie i cały czas otacza go wielki tłum. Moja wyobraźnia podpowiada mi, że w dzisiejszych czasach wszyscy trzymaliby smartfony w rękach i cykali fotki Jezusowi. A tymczasem tylko jedna kobieta dotknęła go w tym czasie z wiarą (co za samotność w misji!). Jezus pyta:

Kto się mnie dotknął? – A gdy wszyscy się zapierali, rzekł Piotr: – Mistrzu, tłumy cisną się do ciebie i tłoczą. – Jezus zaś rzekł: – Dotknął się mnie ktoś; poczułem bowiem, że moc wyszła ze mnie. (45-46)

Wreszcie dociera do zmarłej córki Jaira, tfu, nie zmarłej, bo Jezus twierdzi, że tylko śpi. Ale grupa żałobników, która jeszcze przed chwilą płakała, teraz naśmiewa się z Niego. Znów: porażka? Dlaczego takie znieczulenie, niewiara, obojętność?

On zaś, ująwszy ją za rękę, zawołał głośno: Dziewczynko, wstań. I powrócił duch jej, i zaraz wstała (54-55).

Myślę: ile rzeczy robię z nadzieją, że to będzie wielkie i sławne? A tymczasem… jest wielkie i sławne – w górze, u Boga. Bo ma wpływ przynajmniej na jednego człowieka. A w Jego planie, pewnie jest tego wpływu więcej, tyle że ukrytego przede mną. Warto nie ulegać zniechęceniu!

Superbohater: człowiek-Bóg

To uczucie, kiedy dowiadujesz się, że wszystko, w co wierzyłeś do tej pory, jest nic nie warte i od dziś musisz zacząć tym gardzić. Bezcenne.

To uczucie musiał wywołać u swoich ziomków pewien superbohater; nie człowiek-pająk, nie superman i też nie człowiek-nietoperz. Człowiek-Bóg – Jezus. Wychowany w Nazarecie mężczyzna, który miał jedną supermoc: posłuszeństwo Ojcu.

On właśnie wjeżdża tryumfalnie na oślątku do Jerozolimy, by stoczyć przedostatnią swoją bitwę. Wchodzi do świątyni, gdzie dojdzie do konfrontacji… autorytetów. Nie będzie bitwy na pięści, ale na słowa. Superbronią jest znajomość Pisma i bożej drogi. Na dobry początek Człowiek-Bóg wywraca stoły handlarzy. Potem uzdrawia. Dzieci wołają za nim: uwielbiony Syn Dawida! Coś w stylu: niech żyje król!

Następnego dnia kontynuuje walkę. Arcykapłani i starsi, którzy w tej kulturze mieli niekwestionowany autorytet, mocni rozstrzygać wszystkie kwestie prawa, zaatakowali pierwsi: – Jaką mocą to czynisz i kto ci dał tę moc? – Pytali. Człowiek-Bóg odpowiada serią; każde podobieństwo podkopuje ich stanowisko. Każde jest jak celny cios siekierą, jak napisano: „do korzenia drzew jest przyłożona siekiera i każde drzewo, które nie wydaje szlachetnego owocu, zostaje wycinane i w ogień wrzucane” (Mat. 3:10, Łuk 3:9).

Ostatni cios jest decydujący. Celny jak wszystkie poprzednie i docinający resztę wątpliwości. Jezus zdaje pytanie:

– Co sądzicie o Chrystusie? Czyim jest synem? – Mówią mu:
– Dawidowym. – Rzecze im:
– Jakże więc Dawid w natchnieniu Ducha nazywa go Panem, gdy mówi: „Rzekł Pan Panu memu: Siądź po prawicy mojej, aż położę nieprzyjaciół twoich pod nogi twoje”. (Ps. 110) Jeśli więc Dawid nazywa go Panem, jakże może być synem jego?
I nikt nie mógł mu odpowiedzieć ani słowa, ani też już nikt od owego dnia nie odważył się go pytać. (Mat. 22:42-46, BW)

Zastanawiające, czyż nie? Dziwne pytanie, niby niewinne. A po nim cisza, jak makiem zasiał. Nikt się już nie odważył… W Ewangelii Marka jest podobny tekst; również w Świątyni, mówi Jezus wprost: „jakże to uczeni w Piśmie mogą mówić, że Chrystus jest synem Dawida? (Mar. 12:35, BW)

Stąd wiemy, że taka była oficjalna nauka tamtych czasów. Mesjasz ma być potomkiem Dawida. No i co, źle? Przecież był nim! Tak miał w rodowodzie. Tak wołały za Jezusem dzieci i nie zaprzeczał, jeszcze je pochwalił! Wyraźny wniosek jest taki: arcykapłani spodziewali się mesjasza, który będzie zwykłym człowiekiem. Jezus był zwykłym człowiekiem, a ponadto (!) Bogiem.

To mogło być zaskakujące, przyznajmy! I to do dziś jest tajemnicą. To pytanie w jednej sekundzie ustawiło trzydziestolatka ponad autorytetem arcykapłanów i starszych – rzecz absolutnie nie do pomyślenia dla Żydów! A tajemnica boskości Chrystusa jest do dziś filarem wiary. Tylko Człowiek-Bóg mógł zbawić świat.

Ćma, Feniks i ziarno

Uderzające w ewangeliach jest to, jak Jezus krążył niebezpiecznie wokół światła; coraz bliżej, bardziej uwielbiony przez ludzi i wywyższony przez Ojca, i… coraz mocniej pogardzany i atakowany.

Zbliżanie się do chwały musiało być groźne. Skończyło się na krzyżu. Kiedy czytam o ostatnich tygodniach, miesiącach życia Jezusa, przychodzi mi obraz ćmy, krążącej wokół płomienia świecy. Tyle że kierowana instynktem ćma jest nieświadoma zagrożenia; wpada w nawigacyjną pułapkę. Jezus całkiem świadomie podchodził coraz bliżej i… On sam był światłem, coraz mocniejszym. Robiło się groźnie:

Rzekł do nich Jezus: …Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (Jan. 8:58-59, BW)

Jeżeli jednak dokonuję [dzieł mojego Ojca], to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom (…) I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. (10:38-39)

[Jezus] zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły (…) Wobec tego arcykapłani i faryzeusze …rzekli: Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego (…) Tego więc dnia postanowili Go zabić. Odtąd Jezus już nie występował wśród Żydów publicznie (11:43-44,47-48,53-54)

Publicznie wystąpił dopiero wtedy, gdy nadszedł czas na dokonanie ofiary. A wtedy…

„wielki tłum, który przybył na święto, (…) wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz Król izraelski! (12:12-13)

Kiedy więc Jezus tak krążył wokół śmierci, jednocześnie rosła jego chwała.

…właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. – Wtem rozległ się głos z nieba: – Już wsławiłem i jeszcze wsławię. (12:27-28, BT)

Głos jak grzmot. Tłum nie wiedział, co to. – Anioł… – Mówili. A ten głos był po to, by przyszła jeszcze większa światłość, jasność i oczywistość, i… sąd, jak pisze Jan:

na tym polega sąd, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe. (3:19, BW) Faktycznie:

spośród przywódców wielu w Niego uwierzyło, ale …nie przyznawali się, aby ich nie wyłączono z synagogi. Bardziej bowiem umiłowali chwałę ludzką aniżeli chwałę Bożą. (12:42-43, BT)

Jezus krążył coraz bliżej, aż zginął i odrodził się. Jak Feniks? Trochę tak. A trochę nie, bo Feniks spłonął, no i jest legendą. A zmartwychwstanie Jezusa – faktem. Ofiara Feniksa nie odmieniła żadnego życia. Ofiara Mesjasza – miliardy. Może zostawię już te ćmy i Feniksy. Jezus dał lepsze podobieństwo:

jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje. (Jan. 12:24, BW)

Co mnie zachęca w tym obrazie, to myśl, że i ja mogę tak krążyć i krążyć wokół światła. Ustawicznie myśleć, co by tu jeszcze dobrego, niezwykłego zrobić. Dla przyjaciół i nieprzyjaciół. Przeciwnie do złego człowieka, „w którego sercu jest przewrotność i ustawicznie knuje zło oraz rozsiewa swary”. (Przyp. 6:14, NBG)

Póki dzień, jest światło

Popularny skrót WWJD oznacza: What Would Jesus Do (co zrobiłby Jezus) – i jest dobrym testem na każdą okazję. Odwracam sens: co ja zrobiłbym na miejscu Jezusa? Oto skrót mojego kazania z ostatniej niedzieli (na końcu link do słuchania).

Jezus dowiedział się o chorobie przyjaciela, Łazarza w niełatwych okolicznościach. W Jerozolimie chcieli go ukamienować, a on… oddalił się i odszedł za Jordan. Daleko. Wtem – złe wieści. Zwlekał jeszcze dwa dni, aż wreszcie oznajmił uczniom: musimy znów do Judei – tam, gdzie Jerozolima (niebezpiecznie) i Betania – miasto Łazarza. – Panie, przecież dopiero chcieli cię tam zabić! – Przytomnie oponują uczniowie.

Gdy poznali powód decyzji Jezusa – wolę wskrzeszenia Łazarza – wcale nie wzbudziło to ich entuzjazmu. Przeciwnie; reakcja Tomasza – jak zwykle szczera do bólu, a do tego ironiczna – streszcza ich obawy i niewiarę: – Tak, pójdźmy i my, żebyśmy z nim [Łazarzem] pomarli.

Myślę: to ja! Po pierwsze, ja też nieraz wątpiłem w moc. Po drugie, obawiałem się. Czego? Ano konsekwencji zrobienia tego, co mi podpowiadał Duch. Że głupio, nieprzewidywalnie i w ogóle… Nie, Tomaszem nie chcę być. Muszę zrozumieć Jezusa. Muszę zrozumieć to, co powiedział uczniom, co miało ich zachęcić, zmotywować i uspokoić. Tylko że… to dziwne słowa, z pozoru niepojęte, z innej bajki:

Czy dzień nie ma dwunastu godzin? Jeśli kto chodzi we dnie, nie potknie się, bo widzi światło tego świata. Jeśli zaś kto chodzi w nocy, potknie się, bo nie ma w sobie światła. (Jan. 11:9-10, BW)

Jaki dzień? Jakie światło? Przecież nie światło słońca i księżyca. Raczej światło życia, mądrości, ducha. Światłość świata – tj. tytuł mesjański. Jezus sam tak o sobie mówił; w Ewangelii wg Jana 8:12 („jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota”) albo 9:4-5, 12:35-36,46. To jest światło, które umożliwia sąd (Jan 3:19).

To samo światło, które było przed gwiazdami (patrz historia stworzenia, dzień pierwszy) i które będzie w Nowym Jeruzalem, gdy zgaśnie słońce i pozostanie… chwała Boża (zob. Obj. Jana 21:23). Światło, o którym czytam w Księdze Joba (12:22, 18:5-7) i w Przypowieściach Salomona (13:9). Światło, o którym „prorokowała” menora w Świątyni. Światło, którym rozpromienia się oblicze Boga nad Izraelem (IV Moj. 6:23-27).

A co z tym dniem? Czy Jezus się spieszył? W pewnym sensie tak, jego dni na ziemi, dni życia, służby, misji… były policzone. A ja? Teraz, w XXI wieku mamy dzień, czy noc? Po zmartwychwstaniu Jezus odszedł do nieba, zapadła noc. Ale znowu później zesłał Ducha Świętego, co zapowiadał (Jan. 14:16-21). Znów jest dzień!

Póki dzień, póki mam Jezusa, Ducha Świętego, póki żyję, póki On nie powróci, muszę działać jak i On, z serca muszę robić to, co mi polecił. Póki kocham bliźniego i chodzę w światłości (1 Jan 2:8-11), dopóty się nie potknę! To dla mnie ogromna zachęta!

Wracając do historii Łazarza; to wielka lekcja chodzenia w światłości, bycia światłem. Jezus dostaje trzy ciosy-zarzuty: – Czemu cię nie było? – Pyta Marta. – Dlaczego? – Powtarza Maria. – Dlaczego nic nie zrobił, póki był czas? – Szemrają inni. Jego reakcja to „tylko” rozbudzenie i sprawdzenie wiary. Szczere wzruszenie, płacz, ból z powodu śmierci. I w końcu działanie, wołanie: wyjdź!

Łazarz powstaje i wychodzi, prowokując jednych do wiary w Mesjasza, a pozostałych – do sceptycyzmu tak szalonego, że aż woła o niewinną krew. Po której stronie się znajdę?

Można mnie też posłuchać:

Kto się boi konfrontacji

Ostatnio pewien znajomy zapytał mnie: Janek, a jak to jest, że ty, że wy z twoją żoną wierzycie? Wierzysz w stworzenie świata itd.?

Wierzę w to i inne rzeczy. Ale te filozofie i szukanie jakiejś praprzyczyny nie jest ani bliskie, ani najważniejsze. Myślę, że człowiek przychodzi do Boga nie po refleksjach egzystencjalno-transcendentnych, ale prościej: kiedy zdaje sobie sprawę, że jest słaby. A taki jest każdy, ja też, tylko… czy o tym wiem? Czy wciąż się łudzę?

Dużo ludzi nie wierzy, bo nigdy nie dopuścili do konfrontacji z Jezusem. A to bardzo proste. Czy jest Bożym Synem, czy jest Mesjaszem, zbawicielem Izraela i świata? Czy udowodnił to? To pytanie zdawali sobie już jemu współcześni:

I wielu z nich mówiło: – Ma demona i szaleje. Czemu go słuchacie? – Inni mówili: – To nie są słowa człowieka mającego demona. Czy demon może otwierać oczy ślepych? (Jn 10:19-21, PUBG)

Ma demona, tzn. wariat. Do psychiatryka z nim! – Tak byśmy dziś powiedzieli. – Ale zaraz, czy świr lub oszust mógłby uzdrawiać tak, że niewidomi widzą?

Konfrontacja. Jezus nieraz się tłumaczył. Fakty były po jego stronie. Problem w tym, że wówczas i wciąż niektórzy pytają nie jak Jan Chrzciciel, żeby się dowiedzieć, ale jak faryzeusze – po to, by się utwierdzić w swoim przekonaniu: no wariat! Albo gorzej, oszust!

Jeśli ty jesteś Chrystusem, powiedz nam otwarcie.
– Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Dzieła, które wykonuję w imieniu mego Ojca, one świadczą o mnie. (w. 24-25)

Może myślisz: – Ja jeszcze nie widziałem tych dzieł. – Czyżby? A może widziałeś, ale je odrzucałeś jako nie pasujące do twojej tezy, wiary, przekonania, stylu życia…?

Jezus i jego dzieła, dzisiejsi naśladowcy Jezusa i ich dzieła – stawiają mnie przed wyborem zero-jedynkowym: fałsz – trzeba unikać tych wariatów i oszustów – albo prawda – trzeba w to wejść na 100%.

Wygodnie jest mówić: „fałsz”. Ale to jest właśnie to, co robili Żydzi aż do ukrzyżowania – to był jedyny zarzut: podaje się za Króla, Mesjasza, Boga, a nim nie jest. Mówili tak nawet po zmartwychwstaniu, próbując zakłamać oczywiste fakty. Ilu z nas szło tą drogą? Wszyscy. Ale zawsze można zawrócić.

Ostatnia szansa dla ojca

Wieczorem dwunastoletnia dziewczynka dostaje gorączki. Rodzice nie podejrzewają nic więcej niż przypadkowa infekcja, może przeziębienie. Ale ona? Okaz zdrowia, skowronek. Jeszcze tego dnia pomagała matce, bawiła się, śpiewała. A w nocy rozpalona, nieprzytomna. Bezsenne godziny próbują wypełniać modlitwami, chłodzeniem rozpalonego czoła, uspokajaniem majaczącej dziewczynki.

W końcu wzywają lekarza. Ten bada córkę, coś sprawdza, słucha, mruczy pod nosem. Podaje leki. Nic. Stosują się do zaleceń. Ale nic i nic. Już świta. I jest coraz gorzej, tragicznie. Córka nie daje się dobudzić, leci z rąk. Spojrzenie przemyka gdzieś, ucieka bez życia.

Ojciec wychodzi na patio. Tu nikt go nie widzi. Przez minutę puszcza nerwy, rzuca nim zdławiony szloch. Zaciska zęby. Osuwa się na posadzkę. Wtedy przypomina sobie, że ludzie mówili o jakimś nauczycielu z Galilei, który będzie przechodził. Że uzdrawia wszystkich. Ponad dachami dociera do niego ożywiony gwar. Coś się dzieje na ulicach, tłum idzie. To on!

Zbiera się natychmiast… Bez sandałów leci boso, jak szaleniec. On, szanowany obywatel, przełożony synagogi, znany wszystkim Jair. Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Ani łzy jak groch. Ani domowe ubranie wymięte przez bezsenną noc. Przedziera się przez zatłoczoną ulicę, robi się coraz gęściej i ciaśniej, ale już go widzi. Brnie, rozpycha się łokciami, wreszcie jest, pada na twarz, do stóp.

Ludzie patrzą. Ktoś jakby znany. Szaleniec, skąd się wziął? Robią krok w tył. Co się stanie? Coś mówi, płacze, ciężko zrozumieć. Co? O co mu chodzi? To jakiś ojciec błaga o uzdrowienie dziecka. „Córeczka moja umiera, przyjdź, włóż na nią ręce, żeby odzyskała zdrowie i żyła.” Roztrzęsiony, przerażony człowiek, smutny widok. Hej, to przecież Jair!

A tu Jezus z Nazaretu, we własnej osobie. Nic nie odpowiada, natychmiast idzie za nim. W międzyczasie jakaś kobieta z krwotokiem. Następna wariatka. Przedarła się przez tłum, padła na twarz, ostatnim rzutem ręki muskając tylko szatę nauczyciela. Znowu afera, Jezus staje, tłum staje. – „Kto się mnie dotknął”? – Pyta. Też ma refleks. Uzdrowiona.

Ale to wszystko Jair widzi jak przez mgłę. Prawda, trochę jest spokojniejszy. Pokój, którym emanuje Jezus… to daje nadzieję. I wtedy cios w serce: – „Córka twoja umarła, czemu jeszcze trudzisz nauczyciela?” Ziemia usuwa mu się spod nóg, skamieniał. Przed oczami przelatuje mu w oka mgnieniu ostatnie dwanaście lat życia. Jak nosił małą kruszynkę na ramieniu, jak ją usypiał, całował, bawił, uczył chodzić, potem czytać. Ile serca włożył, jak ją kochał.

Podnosi załzawione oczy na Jezusa. A ten od razu spiorunował go dziwnym spojrzeniem, pełnym miłości i grozy jednocześnie. Tak jakby nic się dla Jezusa w tej chwili nie liczyło, tylko on, Jair i to, co się dzieje w jego głowie. I tonem nieznoszącym sprzeciwu wypowiada słowa, które przygwoździły go jeszcze mocniej – słowa, które Jair zapamiętał do końca życia: nie bój się, tylko wierz!

Uuczniawiajcie

Śmieszne, niepoprawne słowo. Ale cóż zrobić, kiedy takie właśnie byłoby najlepsze. Tak mogłoby brzmieć ostatnie wezwanie Jezusa na ziemi. A co to właściwie znaczy?

Jak wiemy, po zmartwychwstaniu Jezus ukazywał się uczniom przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym (Dz. 1:3). Wreszcie przyszedł czas na ostatnie wskazówki:

Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. (Mat. 28:19-20)

Co ciekawe, to „czyńcie uczniami” jest w oryginale napisane jednym słowem, gr. μαθητεύω (mathéteuó) – stąd to dziwne spolszczenie „uuczniawiajcie”, które mówi tyle, że czynienie kogoś uczniem to nie jednorazowy akt, ale proces. A ponadto, że to trochę coś innego niż „nauczanie”.

Ostatnio miałem do czynienia z człowiekiem, który prosił mnie o pomoc, ale dość bezceremonialnie przyznawał, że jestem mu potrzebny tylko do osiągnięcia jego celów. Jednocześnie opowiadał o osobistych problemach i pozostawał otwarty (przynajmniej pozornie) na to, co mu mówiłem o Bogu. Nawet modlił się ze mną tzw. „modlitwą grzesznika”. Ostatecznie postawiłem sprawę jasno: mam ci do zaoferowania jedno, to znaczy pomóc ci stawać się uczniem Jezusa. Jeśli nie jesteś tym zainteresowany, to twoja decyzja o nawróceniu (wierzę, że szczera) nie rozwiąże twoich problemów. I poszedł swoją drogą.

Ale gdyby poszedł drogą wskazaną przez Jezusa, to co by go czekało? A ja? Mam uczyć tego, co Jezus przykazał, czyli czego? Przejrzałem Ewangelię Mateusza i zrobiłem krótki wykaz jego nauk.

OGÓLNE:

  • kazanie na górze – skarbnica przykazań Jezusa, a uczył „jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie” (Mat. 5-7);
  • poszedł na krzyż – „jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je” (16:24-25);
  • dał moc uczniom, by robili to, co On i posłał ich (cały r.10 obowiązkowo);
  • o szukaniu wielkości (także 20:26), zgorszeniach, upominaniu, przebaczaniu (r.18).

WIARA:

  • uzdrawiał wszystkie choroby i wypędzał złe duchy (mnóstwo wersetów);
  • żywo odpowiadał na wiarę (8:10, 21:31);
  • ganił małowierność uczniów (8:26, 14:31, 17:20, 21:21).

CIAŁO:

  • był w ciągłej podróży, właściwie bezdomny, gotowy na niewygody (8:20);
  • bądź gotowy, by zostawić dobytek (8:22, r.13, 19:23), nie troszcz się (16:9-10);
  • czuwajcie i módlcie się, duch wprawdzie jest ochotny, ale ciało mdłe (26:41).

PRIORYTETY:

  • obchodził wszystkie miasta i wioski, nauczał w ich synagogach i zwiastował ewangelię o Królestwie (9:35);
  • jadł i pił z grzesznikami – „nie potrzebują zdrowi lekarza, ale ci, którzy się źle mają” (9:12), bądźcie jak kwas chlebowy (13:33);
  • relacje – „ktokolwiek czyni wolę Ojca mojego, ten jest moim bratem i siostrą, i matką” (12:49);
  • słuchajcie, przyjmujcie, kochajcie, wytrwajcie (przypowieść o słuchaniu-siewcy, r.13);
  • prawo Boże ważniejsze niż ludzkie (15:6, 19:8);
  • chcę sprawiedliwości, wierności oraz miłosierdzia (błagania o litość), a nie ofiary (12:7, 23:23).

Zwycięzca na krzyżu

Dziś znów konfrontuję ze sobą dwa obrazy Jezusa – dwa sprzeczne ze sobą wyobrażenia, które można sobie stworzyć, czytając ostatnie słowa Mesjasza na krzyżu.

Jak wyliczono, Jezus przed śmiercią odezwał się siedem razy. Każde z tych siedmiu jest znaczące. Moją uwagę przykuła dziś tylko jedna z tych „mów”, jedno zdanie, występujące też w Psalmie 22 (jako pierwsze):

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił…?

Czytając te słowa po aramejsku, w Ewangelii Mateusza lub Marka „Eli, Eli, lama sabachthani?”, zawsze wyobrażałem sobie umęczonego Jezusa, którego Bóg opuścił ze względu na obciążenie grzechami całej ludzkości. I że jego krzyk lub jęk bólu był wyrazem cierpienia zadanego przez ostatni, najcięższy cios: oddzielenie od Ojca, z którym zawsze „był jedno”.

Nie jest to pozbawione sensu, ale kiedy przeczytałem Psalm 22, to stało się jasne, że Jezus musiał do niego nawiązywać. I że choć miał siłę wypowiedzieć tylko pierwsze zdanie, to w jego myślach dźwięczały wszystkie pozostałe, dalekie od poczucia porażki. Na przykład:

A przecież Ty jesteś święty, przebywasz w chwałach Izraela. Tobie ufali ojcowie nasi, ufali i wybawiłeś ich. – Wyraz wierności i uwielbienia.

Albo to – świadome odniesienie do spełnianego w tej chwili proroctwa:

Ale ja jestem robakiem, nie człowiekiem, hańbą ludzi i wzgardą pospólstwa. Wszyscy, którzy mnie widzą, szydzą ze mnie, wykrzywiają wargi, potrząsają głową: zaufał Panu, niechże go ratuje! Niech go wybawi, skoro go miłuje!… (…) Rozlałem się jak woda i rozłączyły się wszystkie kości moje. Serce moje stało się jak wosk, roztopiło się we wnętrzu moim. Siła moja wyschła jak skorupa, (…) położyłeś mnie w prochu śmierci. Oto psy otoczyły mnie, osaczyła mnie gromada złośników, przebodli ręce i nogi moje. Mogę policzyć wszystkie kości moje… Oni przyglądają się, sycą się mym widokiem. Między siebie dzielą szaty moje i o suknię moją los rzucają.

I wreszcie najlepsze, pełna wiary i mocy, natchniona deklaracja zwycięstwa, jakże daleka od moich wyobrażeń o cierpiącym na krzyżu Jezusie:

Ty zaś, Panie, nie oddalaj się! Mocy moja, pośpiesz mi z pomocą! Ocal duszę moją od miecza, z psich łap jedyne dobro moje! (…) Wy, którzy się boicie Pana, chwalcie go! Wysławiajcie go wszyscy potomkowie Jakuba! Bójcie się go wszyscy potomkowie Izraela! (…) Ubodzy jeść będą i nasycą się. Będą chwalić Pana ci, którzy go szukają… Niech serce wasze ożyje na zawsze! Wspomną i nawrócą się do Pana wszystkie krańce ziemi, I pokłonią się przed nim wszystkie rodziny pogan. Bo do Pana należy królestwo, On panuje nad narodami. Tylko jemu oddawać będą cześć wszyscy możni ziemi, padną przed nim na kolana wszyscy, którzy się w proch obracają.