Biblia w 65 słowach

Popularny w internecie skrót TL;DR („tool long; didn’t read” – „za długie; nie doczytałem”) coraz częściej określa podejście ludzi do jakiejkolwiek treści dłuższej niż sto słów. Nie dotyczy to tylko młodych.

Z jednej strony to chore (coraz trudniej przekazać dłuższe, cenne historie), z drugiej – to zdrowy odruch (informacji jest tyle, że trzeba wybierać i skracać).

A co, jeśli chcielibyśmy przepisać całą Biblię na nowoczesny język TL;DR? Natknąłem się na jedną z takich propozycji. Jednych może to śmieszy, a innym… cóż, może się przyda:

KSIĘGA RODZAJU
Bóg: No dobra, wy dwoje, nie róbcie jednej rzeczy. A co do reszty, bawcie się dobrze.
Adam i Ewa: Dobra.
Szatan: Powinniście zrobić tę rzecz.
Adam i Ewa: Dobra.
Bóg: Co się stało?!
Adam i Ewa: Zrobiliśmy tę rzecz.
Bóg: O, ludzie…
RESZTA BIBLII
Bóg: Jesteście moim ludem, nie możecie robić tych rzeczy.
Ludzie: Nie będziemy!
Bóg: Dobrze.
Ludzie: Zrobiliśmy.
Bóg: O, ludzie…

W tym westchnieniu zawiera się coś więcej, niż zawód. Jest też zapowiedź sądu, ratunku, odnowienia i panowania, i cała paleta emocji. W tym westchnieniu zawierają się setki biblijnych historii, ale też historia moja i twoja. TL;DR?

Wiem, na ile mnie stać. I po co?

„Wiem, co za ile, nie muszę dbać o bilet” – znamy piosenkę z „Kilera”. Czasem to jest błogosławieństwem, a czasem… wręcz przeciwnie. Dlaczego? Wystarczy poznać jedną z historii Dawida.

W księdze Kronik czytam o ciekawej sytuacji: Dawid – izraelski król, na ogół bezbłędny w trzymaniu się litery i ducha bożego prawa, dopuszcza się przestępstwa. A że był nie tylko znawcą, ale i miłośnikiem prawa, wykroczenie najpewniej było świadome. Zresztą później z tego pokutował. Co go podkusiło? Albo ważniejsze: dlaczego?

Wtedy wystąpił szatan przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów. Rzekł Dawid…:
– Idźcie i policzcie Izraela… i donieście mi, abym znał ich liczbę. – Lecz Joab rzekł:
– Niech pomnoży Pan lud stokrotnie w porównaniu z tym, ile go jest teraz; lecz, panie mój, królu, czyż nie są oni wszyscy sługami mego pana? Po cóż pyta o to mój pan? Po co ma to być przewinieniem Izraela? (1 Kron. 21:1-3, BW)

Ostatecznie król, jak to król, postawił na swoim. Joab – główny dowódca – z obrzydzenia wobec rozkazu – nie wypełnił go do końca, pominął w spisie dwa z dwunastu plemion. Ale i tak Izraela spotkała kara za ten spis. O ile się nie mylę (jeśli tak, to krzyczcie) i dobrze czytam, i szukam, nie ma w Biblii wyraźnego zakazu: nie wolno liczyć Izraela. Zdarzały się spisy nie tylko nie karane, ale wręcz nakazane przez Boga. Tyle że były odpowiednio przeprowadzone, między innymi zawierały element okupu: zamiast ludzi, liczono de facto wniesione przez nich opłaty.

Skąd więc wina i kara? Mój znajomy znawca tematu twierdzi, że chodzi o ideę niepoliczalności, która kojarzy się łatwo z obietnicami Boga dla Abrahama, że jego potomstwo będzie jak gwiazdy, jak piasek, że będzie niezliczone. Inna interpretacja mówi, że liczba mężczyzn zdolnych do walki, którą Dawid poznał w rezultacie spisu, dawała możliwość kalkulacji i samodzielnych decyzji bez szukania bożej rady, głosu, prowadzenia. Nie mówiąc już o powodach do dumy, pożywce dla królewskiej pychy.

Tak czy inaczej, łatwo to jest przełożyć na współczesność i moją osobistą sytuację. Bo przecież i ja mam obietnice od Boga, jakieś powołanie, plan, przeznaczenie. Skoro chcę je wypełnić, muszę pokonać przeciwności; wiedzieć, na co mnie stać. Mierzyć zamiary na siły. A może nie?

Może wystarczy mi do szczęścia wiara, że Boża miłość do mnie, jego błogosławieństwo jest bezkresne jak ocean. Może nie muszę tego sprawdzać, próbować objąć, wywalić gały, żeby ten horyzont jakoś przybliżyć? Może nie muszę podpierać swej pewności siebie liczbami, może starczy Boże Słowo? Może czasem wystarczy zaufać, zamiast liczyć?

Zagwozdka: sądzić, czy nie sądzić

Słyszałem powiedzenie: „chrześcijański kościół to jedyna na świecie armia, która dobija swoich rannych”. To bardzo mocna krytyka naszej kościelnej plagi: osądu. Ale właśnie: sądzić, czy nie sądzić? To nie takie proste.

Bo nawet Apostoł Paweł w jednym swoim liście pisze dwie przeciwne rzeczy. A ja kocham te (pozorne) sprzeczności. Przeczytajcie sami:

Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga. (1 Kor. 4:5, BW)

Czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? (1 Kor. 5:12, BW)

Po pierwsze, jeśli już sądzić, to na pewno nie tych, którzy potrzebują przyjść do kościoła. Nie sądzić grzeszników! Oni potrzebują usłyszeć dobrą wiadomość, że Bóg ich kocha, a przyjmując tę miłość mogą cudem uniknąć słusznej i strasznej kary za swój grzech. Jeśli sądzić, to tych, którzy już do kościoła należą.

Po drugie, jeśli sądzić członków kościoła, to nie dlatego, że jeden jest „apollosowy”, drugi „pawłowy”, a trzeci „piotrowy”. Różnimy się, owszem, czasem tak bardzo, że można się zastanawiać, czy to wciąż jeszcze ta sama wiara. Ten problem dotyczył już pierwszych pokoleń chrześcijan! Ale co mówi Paweł? Że bez względu na różnice, jest jeden fundament,

Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus. A czy ktoś na tym fundamencie wznosi budowę ze złota, srebra, drogich kamieni, z drzewa, siana, słomy – to wyjdzie na jaw w jego dziele; dzień sądny bowiem to pokaże, gdyż w ogniu się objawi, a jakie jest dzieło każdego, wypróbuje ogień. (1 Kor. 3:11-13, BW)

To dlatego mam nie sądzić przed czasem. Bo chociaż mój brat wydaje się dziwny, inny, „nie taki”, to tylko Pan zna jego serce i może osądzić (i ostatecznie osądzi), czy idzie dobrą drogą.

Jeśli więc w ogóle mam sądzić, to ludzi w kościele. Jeśli ludzi w kościele, to nie ze względu na ich doktrynę, wyznanie, drogę, charyzmat, rodzaj służby etc. Ale ze względu na rozwiązłość, chciwość, bałwochwalstwo, oszczerstwo (plotkę), pijaństwo, złodziejstwo (1 Kor. 5:11) – rzeczy, które powinny być wyplenione spośród nas. Bo jeśli nie, czym się odróżniamy od niezbawionego świata?

Oczywiście, istnieje pewien „protokół upomnień” (naucza Jezus – zob. Mat. 18:15-18), ale to inna historia. Grunt to pozostać wrażliwym na własne brudy, potem brudy we własnej rodzinie – kościele, a w końcu… nie obruszać się, kiedy któryś z braci trąca kijem mojego bałwana i pyta: – „A TO CO?” – Przemyśleć, nawrócić się, naprawić. Tyle. I aż tyle.

Wojna na policyjne pały

Hajże, kto brudny, tego pałą!!! Po łbie! Aj, zakotłowało się.
– Hej, przestańcie się nawzajem okładać tymi policyjnymi pałami!
Opuścili ręce. Zamarli.
– Spójrzcie na siebie. Ty. I ty, i ty. Jacy brudni jesteście.
Zaczęli siebie oglądać. Pocierać brudne łapy, szyje. I nic.
No więc znów się biją. Każdy siebie po łbie.
– Nie! Nie! Nie, siebie też nie bijcie!
Zobaczcie, wierzycie. Zobaczcie, jesteście czyści.
Po raz pierwszy pojawiły się uśmiechy. Pały poleciały… na bok.
– Nie, znów źle robicie, nie wyrzucajcie ich! Noście je.
Bo gdzie są pały, tam się pamięta o brudzie.
A gdzie wcześniej był brud, tam tym jaśniej świeci czystość.

Wszyscy jak dzieci, bawili się w tych policjantów. Taką lekcję daje im Paweł. Zaczyna od połajanki. Do szeregu zbiórka! List do Rzymian:

Jesteś bez wymówki, człowieku, kimkolwiek jesteś, który osądzasz. Bo w czym osądzasz drugiego, osądzasz samego siebie, ponieważ (…) robisz to samo. (2:1, PUBG)

No to pora spojrzeć na czubek własnego nosa. I to wcale nie jest przyjemne.

Ty więc, który uczysz drugiego, samego siebie nie uczysz? Ty, który głosisz, że nie wolno kraść, kradniesz? (2:21)

No tak, powinienem przestrzegać wszystkiego, wtedy byłbym czysty. Nie?

Z uczynków prawa nie będzie usprawiedliwione żadne ciało (…) Wszyscy bowiem zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga, a zostają usprawiedliwieni darmo, z jego łaski, przez odkupienie, które jest w Jezusie Chrystusie. (3:20,23-24)

A więc nie. Nie muszę się biczować za wszystkie moje przestępstwa.

Człowiek zostaje usprawiedliwiony przez wiarę, bez uczynków prawa. Czy więc obalamy prawo przez wiarę? Nie daj Boże! Przeciwnie, utwierdzamy prawo. (3:28,31)

Jak to, czyli jednak prawo się przydaje? Prawo, które mi nie pomaga w zbawieniu, a tylko przeszkadza? A tak, przydaje się.

Gdyż prawo sprowadza gniew, bo gdzie nie ma prawa, tam nie ma przestępstwa. (4:15)

Po cóż miałbym szukać łaski, jeśli nie czuję się winny? A jak czuć się winny, nie znając żadnych zasad? Tylu już ludzi się obraziło na upomnienia. Tylu mówiło „nie strasz piekłem”. A żaden nie pomyślał o łasce.

A prawo wkroczyło po to, aby obfitował grzech. Lecz gdzie grzech się rozmnożył, tam łaska tym bardziej obfitowała. (5:20)

Jeśli już łaska się wylała, to nie potrzeba więcej grzechu. Wystarczy pozostawać wdzięcznym. Wystarczy pamiętać prawo i pamiętać grzech, i pamiętać łaskę. I nie „gardzić bogactwem jego dobroci, cierpliwości i nieskwapliwości, i wiedzieć, że dobroć Boga prowadzi mnie do pokuty” (2:4).

Miłość? Nic na siłę

Jednym z najgorętszych sporów, jaki przecina i dzieli chrześcijan jest: prawo vs. łaska. Ewangelia przykazań czy miłosierdzia? Czy można mówić w kółko „Bóg jest miłością”, „Bóg cię kocha”? Gdzie prawda i kto ma rację?

Oczywiście, że Bóg jest miłością. A jak ta miłość wygląda w Torze? Po pierwsze, Bóg postanowił wyrwać z niewoli egipskiej Izrael, kiedy co? Na co czekał i dlaczego aż czterysta lat? Przez płonący krzew powiedział Mojżeszowi i wyjaśnił:

Teraz oto krzyk synów izraelskich dotarł do mnie. Widziałem także udrękę, którą Egipcjanie ich dręczą. Przeto teraz idź! Posyłam cię do faraona. Wyprowadź lud mój, synów izraelskich, z Egiptu. (2 Moj. 3:9-10, BW)

„Słyszałem krzyk” – mówi. Bóg odpowiedział na krzyk Izraela. I dzisiaj odpowiada na mój krzyk. I twój krzyk. Nie odpowiada na milczenie. Nic na siłę. Jest miłością. Ale potrafi być miłością czekającą na krzyk. Ofiara i zwycięstwo Jezusa nad śmiercią stało się faktem i jest wyrazem miłości… czekającej na krzyk człowieka zmęczonego i cierpiącego. Jest to pewien warunek, czyż nie? Nie potrzebują zdrowi lekarza…

Potem, w historii wyjścia Izraela z Egiptu, miłość Boga wyrażała się nie tylko w cudownym zaopatrzeniu, ale też wielokrotnym przebaczeniu. Na koniec czytania o wędrówce Izraela przez pustynię wynotowałem sobie najtrudniejsze momenty, to jest te, w których lud narzekał i buntował się. Reakcja Boga była twarda. Ale było też miejsce na wstawiennictwo, skruchę i przebłaganie, a wreszcie litość i przebaczenie.

Polecam zajrzeć, jak to było dokładnie: 2 Moj. 14:11, 15:24, 16:2, 17:3, 32:1. 4 Moj. 11:1, 12:1, 13:32, 14:2, 14:44, 16:2, 17:6, 20:3, 21:5, 25:3. – To są fragmenty, które można nazwać czarnymi kartami w historii Izraela. Lud był nieufny w pragnieniu i głodzie, wyniosły i zazdrosny o Mojżesza, niecierpliwy (złoty cielec).

Wobec tego rodzi się we mnie pytanie: czy Bóg mógłby reagować tak twardo na moje oznaki buntu, nieufności, narzekania, niecierpliwości i bałwochwalstwa? Czemu nie? Czy potrafię przełknąć gorzką pigułkę i przyznać Ojcu rację, licząc w pokorze na Jego przychylność? Czy potrafię przepraszać i wracać do Niego, oczekując miłości, ale porzucając daleko swoje przekonania? Uznać błąd, pogrzebać pychę, żeby zyskać jedno: miłość, to jest Tatę.

Bałwany czczą bałwany

Bałwan? To jest głupek, idiota, pacan. Nierozumny, ładnie mówiąc, który błądzi, jakby nie widział drogi, chociaż widzi. A czemu? Bo czci bałwany. Albo inaczej: symbole sukcesu. Ciekawe, co?

Z Apostołem Pawłem mam kłopot. Bo on często pisze tak: Janek wyszedł z domu, gdyż chciał pójść do sklepu, bowiem był głodny, ponieważ nie jadł od rana. To jest wnioskowanie od tyłu i ciężko to zrozumieć. Dużo łatwiejsze byłoby: nie jadł od rana, zatem był głodny, dlatego musiał pójść do sklepu, a więc wyszedł z domu.

To przykład banalny, ale taka składnia logiczna przy poważnym nauczaniu robi się kłopotliwa. No cóż, trzeba jakoś przebrnąć. I wiecie, co? Nawet potrafię coś z tego wyciągnąć. Czytam List do Rzymian i notuję:

  1. Niewidzialny Bóg, jego moc, bóstwo i chwała (wszystko co można o nim wiedzieć!) są w Jego dziełach do poznania umysłem (sic!).
  2. Dlatego nie mają wymówki ci, którzy poznali Boga, ale go nie uwielbili i nie dziękowali Stwórcy,
  3. za to uwielbili stworzenie (jego obrazy) i temu służyli.
  4. I zgłupieli, znikczemnieli, ociemniali, prowadzeni przez pożądliwości do grzechu.
  5. Dlatego Bóg wydał ich na pastwę ich własnych haniebnych namiętności.
  6. Stąd przeciwko tej nieprawości objawia się Boży gniew.
  7. Wobec tego kto ma moc, by się ostać? Tylko człowiek, który został usprawiedliwiony z wiary (w Mesjasza i jego ofiarę) w wiarę (do wierności Jemu i Jego przykazaniom).
  8. Zatem dobra nowina Jezusa Mesjasza jest mocą do zbawienia każdego.
  9. Dlatego nie wstydzę się jej głosić.
  10. Dlatego chętnie do was, kochani rzymianie, przyjadę 🙂

Uf, jakoś przebrnąłem. Stawiam kawę temu, kto lepiej rozbierze tok tych myśli pawłowych. Ale najważniejsze nie są logiczne akrobacje. Najbardziej mnie ciekawi i fascynuje to, co jest między punktem 3 i 4. Paweł widzi bezpośredni związek między bałwochwalstwem, a głupotą.

Bałwochwalca to ten, który myśli, że Bóg jest z nim, skoro sobie postawił złotego cielca, jak Izraelici pod górą Synaj. Albo inaczej: Bóg jest ze mną, skoro mam pracę, dobrze zarabiam i dostatnio żyję. Albo: Bóg jest ze mną, skoro jestem zdrowy, wysportowany, piękny i mam świetne ciało. Albo: Bóg jest ze mną, skoro wszyscy się do mnie uśmiechają i mnie chwalą. Albo: Bóg jest ze mną, jeśli tylko noszę ten amulet. To wszystko jest bałwochwalstwo.

Ani się obejrzę, jak zaczynam służyć: pieniądzom, ciału, innym ludziom, przesądom, zamiast… samemu Bogu. Tu się włącza głupota i „haniebne namiętności”, tu zaczyna się gniew Boży. I najgorsze: każdy doszedł do tego miejsca. I każdy potrzebuje usprawiedliwienia z wiary w wiarę. Z przekonania w czyn.

Już się tak nie dręcz

Tak próbujemy pocieszać kogoś, kto zbyt długo przeżywa jakiś swój błąd, porażkę, winę. Ale czasem jednak warto się podręczyć. Tak, dosłownie.

W Księdze Kapłańskiej natrafiam na przykazanie dotyczące święta Jom Kippur, o charakterze pokutnym. Warto się z tą żydowską tradycją zapoznać, ale niekoniecznie po to, by to święto obchodzić raz do roku na jesieni. Raczej po to, by jego najważniejszy nakaz przyjąć wprost do siebie i zastosować się. Może nie codziennie, ale okresowo.

Niech to będzie dla was ustawą wieczną: siódmego miesiąca, dziesiątego dnia tego miesiąca będziecie DRĘCZYĆ WASZE DUSZE i nie będziecie wykonywali żadnej pracy, (…) bowiem w ten dzień was rozgrzeszy, by was uczynić czystymi; macie być czystymi przed obliczem Wiekuistego od wszystkich waszych grzechów. (3 Moj./Kpł 16:29-30, NBG)

Inne tłumaczenia mówią: „ukorzycie się” (BW) albo „będziecie pościć” (BT), ale do mnie dużo silniej przemawia to powyższe, o „dręczeniu”. Sprawdziłem, że użyte tam hebrajskie słowo „anah” ogólnie znaczy „zaprzeć się samego siebie”, w tym post – powstrzymywanie się od pokarmów, ale także kąpieli i pielęgnacji (namaszczenia) ciała, seksu… – no to akurat dość logiczne.

Tylko że Jezus naucza, że kiedy poszczę, to mam nie robić z tego wielkiego halo, pokazówki, ale „namaścić swoją głowę i umyć twarz” (Mat. 6:17) – wyglądać jakby nigdy nic, a nawet lepiej. A zatem chodzi o rzeczy ukryte, które widzi Ojciec – po prostu moją duszę, moje serce, moje myśli.

Wspomniane słowo „anah” oznacza dokładnie „zajmować swoją duszę”:

  • ukorzeniem (pokora), potulnym uniżeniem;
  • zmartwieniem, strapieniem, smutkiem, depresją;
  • trudnym doświadczeniem, nieszczęściem, zgnębieniem, uciskiem, prześladowaniem, uciemiężeniem, udręką, niewolą, znużeniem, nękaniem, opresją.

To wszystko odnosi się wprost i kojarzy z myślami o własnym grzechu, żalem za grzech i powrotem do relacji z Tatą. Wszelkie posty – dręczenie ciała, jeśli pozbawione wymiaru wewnętrznego, są daremne. Chodzi raczej o dręczenie duszy – od czasu do czasu – gdy lista moich potknięć, zaniedbań, błędów, świństewek i świństw staje się już nie do uniesienia i zaczyna mnie ciągnąć w dół. Uświadomić to sobie, z całą nieprzyjemnością i żalem – to etap, którego nie da się pominąć. Etap oczyszczenia, uświęcenia, stawania się lekkim, radosnym i pewnym zbawienia.

Jednym uchem wpada, drugim wypada

To jeden z tekstów, które utkwiły mi w pamięci z czasów dzieciństwa. Widać, że jednak nie wszystko, co mówili rodzice, wypadało drugim uchem. Coś jednak zostało. A jak jest ze słuchaniem Boga?

W Psalmie 50 czytam napomnienie o… unikaniu napomnień. Lubię te fragmenty Pisma, w których Bóg zwraca się do hipokrytów (jak np. Jezus do faryzeuszy). Właśnie te jakoś najgłośniej mi dźwięczą w głowie. Są sugestywne i alarmujące. Może dlatego, że życie z Bogiem to nieustanna przygoda, a nie osiąganie stopni wtajemniczenia. Innymi słowy: nigdy nie mogę być pewnym, że jakiś problem już mnie nie dotyczy, bo wszedłem na wysoki schodek. Stale muszę badać swoją duszę i pozwalać badać ją Tacie.

Przez wiarę mówię: nie jestem grzesznikiem. Mój grzech przepadł na krzyżu. Przepadł kompletnie. A jednak przezorność, szczerość i pokora nakazują mi sprawdzić, czy takie słowa nie są zapisane dla mnie:

A do grzesznika Bóg mówi: czemu wyliczasz moje przykazania i masz na ustach moje przymierze – ty, co nienawidzisz karności [nie cierpisz napomnienia] i moje słowa rzuciłeś za siebie? (Ps. 50:16-17, BT)

Co za wymowny obraz lekceważenia: rzucać za siebie czyjeś słowa. Jak śmieci. „Talk to the hand” – można by rzec, choć rzec to Bogu – nie jest mądre. A jednak głupich nie brakuje. Sam bywam głupi. Dlaczego? Być może główny powód, dla którego ja i my wszyscy nie mamy ochoty słuchać Boga, a nawet o Bogu, to fakt, że słuchanie Go wiąże się z przyjęciem napomnienia. Z gotowością do uznania swojej winy, zaakceptowania jakiejś korekty.

Napomnienia mogą być różne, akurat w Psalmie 50 mowa jest o skłonności lub nawet miłości do złodziejstwa, cudzołóstwa, narzekania, osądu, zdrady, krętactwa, kłamstwa i pychy. Wystarczy. Niezła wiązka. Nic nie da zaliczanie siebie do grona tych, którzy mają z Bogiem przymierze. Nic nie da recytowanie przykazań, jeśli w sercu jest zamiłowanie do złych rzeczy, jeśli nogi idą nie tam, gdzie powinny, a język sieje zniszczenie zamiast budować.

O jakim Bogu mówisz?

„Przecież Polska jest tylko jedna…” – mówi Franek Dolas. I ja mam nieraz ochotę powiedzieć to samo o Bogu, kiedy ktoś mnie pyta. Ale jest lepsza odpowiedź…

Mój ulubiony cytat z filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” to ten, kiedy Franek Dolas opuszcza Legię Cudzoziemską, mówiąc: „Musimy walczyć o Polskę.” Na co słyszy sarkastyczne pytanie sierżanta Kiedrosa: „O jaką Polskę chcesz walczyć?” – Odpowiedź jest prosta i bezcenna: – „O jaką Polskę? Przecież Polska jest tylko jedna…”

To samo mam czasem ochotę powiedzieć o Bogu. Ktoś pyta: o jakim ty Bogu mówisz? – I chciałby już machnąć ręką jak sierżant Kiedros. A mi się wyrywa to jedno: – Jak to o jakim? Przecież Bóg jest tylko jeden. – No dobrze, ale są muzułmanie, buddyści itd., więc mogę precyzować: mówię o tym, to jest wierzę w Boga Izraela, Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, Boga Dawida i Boga – Ojca Jezusa – Mesjasza, który umarł za nas i zmartwychwstał, żebyśmy mogli żyć…

To ma jakiś sens, ale czy nie lepsze wrażenie zrobiłby cytat z księgi wyjścia – opisanie Boga tak, jak się zwraca do niego Mojżesz? Mojżesz, który znał Go z długich, osobistych, bliskich spotkań; rozmawiał z nim „jak z przyjacielem”. Napisane jest też, że Bóg znał Mojżesza po imieniu, dlatego ten znajdował u Niego łaskę. I co ten Mojżesz mówi, zwracając się do Boga? Jak opisuje tego swojego bliskiego „Znajomego”?

Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w TYSIĄCZNE pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz nie pozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i CZWARTEGO pokolenia. (2 Moj. 34:6-7, BT)

O takim Bogu mówię. Wszystkie epitety są warte wyuczenia na pamięć, jak detale z ważnej wizytówki. No i proporcje: tysiąc do czterech. Nie mam więcej pytań.

Ułaskawiony? Ja też chcę!

W ostatnich dniach głośno jest o ułaskawieniu. Mam wrażenie, że większość Polaków ocenia Mariusza Kamińskiego jako winnego, i to poważnie. Zatem nie powinniśmy mieć problemu, by wczuć się w jego sytuację.

Słowo Boże uczy, że nie prośby i groźby, nie straszenie piekłem, ale Boża dobroć prowadzi do upamiętania (zob. Rz. 2:4). A trzeba podkreślić, że Boża dobroć, czy miłość polega nie na jakiejś erupcji życzliwości i miłych emocji Pana Boga względem grzeszników, ale na akcie ułaskawienia. Podobnym do tego, który ostatnio miał miejsce w Pałacu Prezydenckim. Pan Bóg kocha tych, którzy się go boją. Reszcie podaje rękę, póki czas.

Nie chodzi o uniewinnienie – nikt z nas nie ma na nie szansy, bo wina jest niezaprzeczalna (choć wielu ma ochotę składać apelacje). Ułaskawienie to uznanie osoby skazanej prawomocnym wyrokiem za wolną od kary. Pod warunkiem, że ta osoba ułaskawienie przyjmie, a nie będzie się odwoływać od wyroku sądu i dowodzić, że jest nieskazitelna. Ułaskawienie było i jest możliwe dzięki ofierze – śmierci Mesjasza na krzyżu i jego zmartwychwstaniu.

Osoba ułaskawiona powraca do normalnego życia, wolna od oskarżeń, wolna w sensie dosłownym – znów może wszystko, co niezakazane. Powrót – to jest właściwy sens hebrajskiego słowa „teszuwa”, tłumaczonego jako upamiętanie lub pokuta. Powracają więc wygnańcy, grzesznicy, skazańcy, winni, ale ułaskawieni do „zwykłego”, świętego życia – tak, jak Jakub wrócił do Kanaanu, swojej Ziemi Obiecanej po dwudziestu latach wygnania (Rdz. 32).